AKT Maluch
Aktualnosci O klubie Imprezy Chatka Rada klubu Galerie Linki Kontakt
PGA - Czarnohora '97

Wspomnienia z wyjazdu w Czarnohorę we wrześniu 1997 roku

Uczestnicy:
  Paweł Grzegorz Angerman (PGA)
  Rafał Maślak
  Sebastian Romatowski (Sebi)
  Grzegorz Kawałek (Yeti)

Czas:
  2 - 12 września 1997 roku

Fundusze:
  ok. 130zł/os (na Ukrainie mieliśmy na wydatki średnio 35hv/os).
  Podana suma nie uwzględnia dojazdu do Przemyśla (w naszym przypadku autostopem).




WSTĘP

Pierwsze plany tego wyjazdu zaczęły się rodzić już wiosną 1996 roku, kiedy to na grupie dyskusyjnej TRAMP przeczytałem o tym, że ludzie w Ukraińskie góry jeżdżą i co najważniejsze powracają. Zacząłem gromadzić materiały - na początku z myślą o wyjeździe w Bieszczady Wschodnie. Niestety w roku 1996 udało mi się pojechać jedynie w Bieszczady Zachodnie, ale myśl o wyjeździe na Ukrainę była coraz silniejsza. Kontaktowałem się z kolejnymi ludźmi, którzy już tam byli, zdobywałem mapy (głównie WIG-ówki), książki ("Powroty w Czarnohorę" - M.Olszański, L.Rymarowicz, "Ukraińskie Beskidy Wschodnie" - J.Gudowski) i zdjęcia. Pojawili się również chętni do wspólnego wyjazdu. Z łącznej liczby chyba kilkunastu chętnych została jedynie nasza czwórka. Ustaliliśmy, że spotkamy się w Przemyślu na dworcu PKP dnia 3 września 1997 roku. I tak oto zaczęła się nasza czarnohorska przygoda...

2 WRZESIEŃ

Rano, ok. godziny 6:00 pełen nadziei, zaopatrzony w wyładowany plecak wyruszyłem łowić stopa w kierunku Piotrkowa Trybunalskiego. Po kilkudziesięciu minutach zrezygnowany schowałem tabliczkę i pragnąłem jedynie wydostać się z miasta - udało mi się dojechać do Łasku, gdzie przeszedłem na wylotówkę w stronę Piotrkowa. Po kilku minutach złapałem samochód - jak się później okazało do Lublina. Podróż mało ciekawa, trochę senna. Po drodze minęliśmy jeden wypadek. W Lublinie byłem około 12:00, gdzie czekała mnie jeszcze półgodzinna wędrówka na wylot w stronę Rzeszowa. Do Rzeszowa dojechałem Żukiem - kierowca bardzo lubił grzyby i las więc się kilkakrotnie zatrzymywał aby po nim pochodzić. W Rzeszowie zostałem dodatkowo wywieziony na wylotówkę w stronę Przemyśla, gdzie dojechałem z niesamowitym mrukiem. W Przemyślu wysiadłem na peryferiach miasta - przy stacji CPN koło przystanku autobusowego. Spotkał tu mnie miły incydent - pani, której się spytałem o drogę do centrum bardzo się przejęła tym, że chcę iść tam pieszo i dała mi bilet autobusowy. Chciałem odmówić, ale pani była nieustępliwa i wepchnęła mnie do autobusu, którym dojechałem pod dworzec PKP. Była godzina 18:30. W dworcowym barze wypiłem herbatę i oczekiwałem na Yetiego. Pojawił się punktualnie o 21:00. Okazało się, że podróż ze Zgierza upłynęła mu wyjątkowo szybko - Yeti jechał około 9 godzin. Ruszyliśmy w stronę Krasiczyna szukać miejsca na nocleg. Za schronienie posłużył nam stojący nie opodal drogi dom (w stanie surowym). Rozłożyliśmy się na poddaszu. Z dołu dobiegały tajemnicze głosy czyjś kroków i skomlenia psa. Stwierdziliśmy, że nie ma sensu się tym przejmować i zasnęliśmy.

3 WRZESIEŃ

Obudziliśmy się stosunkowo późno - było już po godzinie 7:00. Nie było problemów z opuszczeniem domu. W pobliskim sklepie kupiliśmy chleb, ser i zjedliśmy śniadanie. Chcieliśmy się dostać do Krasiczyna - z braku autobusu łapaliśmy stopa. Zatrzymał się taksówkarz. Powiedział, ze nas zabierze - może mu to jeszcze przyniesie szczęście. W Krasiczynie zobaczyliśmy zespół zamkowo-pałacowy. Po powrocie autobusem do Przemyśla zwiedziliśmy zamek i okolice rynku. Idąc przez rynek przypomnieliśmy sobie o spotkaniu z Sebim, które ustaliliśmy na dworcu PKP o 14:00 - nagle patrzymy, a tu pojawia się Sebi - przypadek? Pokręciliśmy się jeszcze po sklepach i poszliśmy na dworzec. Z Rafałem spotkaliśmy się planowo po 16:00, kiedy to przyjechał pociągiem z Opola - wymieniliśmy walutę (po kursie 1.85zł za 1hv) i kupiliśmy bilety kolejowe do Lwowa (po 17zł na pociąg o godzinie 18:06). Zastanawialiśmy się nad biletami autobusowymi - były tańsze (po 15zł), ale nie byliśmy pewni, czy w cenę jest wliczona opłata za bagaż (jak się później okazało - jest wliczona). Na dworcu czekała nas odprawa celna - było pełno ludzi - głównie ukraińskich "turystów" z torbami okupantkami na wózkach i piecykami do pieczenia. Kolejka (jeśli to tak dało się nazwać) nie miała końca - wszyscy się przepychali i nikt nie protestował, gdy ktoś się wpychał przed niego (niczym przed dziekanatem na Wydziale Elektroniki PWr). Postąpiliśmy więc podobnie - odprawa przebiegła szybko i bez problemów. Tylko my mieliśmy plecaki - jak się później okazało turyści plecakowi chyba mają tutaj szczególne względy (egzotyka???). Po wejściu na peron pierwsze zaskoczenie - ukraiński pociąg. Szybko zmieniłem zdanie co do klasy taboru PKP. Tutaj zastaliśmy zardzewiałe drzwi, kible z poprzedniej epoki oraz twarde i bez oparć siedzenio-leżanki. Okna sprawiały wrażenie uchylnych na boki - okazały się jednak nie otwieralne. Szybko się jednak przyzwyczajamy do panujących tu klimatów. W pociągu musieliśmy jeszcze wypełnić deklaracje celne - nie wiem, co za idiota to wymyślił i po co to komu... Pociąg długo stał w Mościskach i ogólnie strasznie się wlókł. Do Lwowa dojechaliśmy na godzinę 23:10. Zeskoczyliśmy z pociągu na peron, do końca nie będąc jednak pewnym, czy to Lwów - później się przekonaliśmy, że na Ukrainie brak tabliczki z nazwą stacji jest czymś tak oczywistym, jak w Polsce jej obecność. Dworzec dość duży i zaniedbany - w powietrzu unosi się specyficzny zapach. Jesteśmy zdezorientowani - w bardzo nieczytelnych rozkładach jazdy szukamy właściwego pociągu. Pomaga nam zupełnie bezinteresownie dwóch facetów, którzy jak się okazało przyjechali gdzieś z okolic Czarnohory. Mówią nam, jak się dostać w góry, o której godzinie są autobusy oraz jak najwygodniej dojść na Popa Iwana. Okazało się, że pociąg do Kołomyi mamy dopiero o 6:48 - przed nami więc perspektywa nocy spędzonej w dworcowej poczekalni. Poczekalnia była bardzo ciemna - oświetlona jedynie przez światła ze skąpo zaopatrzonych bufetów. Na poczekalni szarzy ludzie z dużymi torbami, kobiety z workami ziemniaków i cebuli. Pijana kobieta mająca chód kaczka kłóci się z ekspedientką w bufecie. Wzbudzamy ogólne zainteresowanie. Krajobraz jaki panował na dworcu był typowo socrealistyczny.

4 WRZESIEŃ

Kupiliśmy bilety do Kołomyi - byliśmy mile zaskoczeni ich ceną (2.70hv). Pociąg był identyczny jak ten z Przemyśla - nie posiadał jedynie firanek i był bardziej zatłoczony. Okazało się, że Ukraińcy mają patent na brak tabliczek z nazwami stacji. Przed większymi miastami chodzi po pociągu pacjent i podaje nazwę stacji. W Kołomyi byliśmy około 12:00. Miasto było dość duże - jakieś 100 tys. mieszkańców. Puste i dziurawe ulice, odrapany dworzec oraz brak sklepów sprawiały wrażenie małej mieściny. Znaleźliśmy sklep spożywczy - szeroko porozstawiane towary miały robić wrażenie ich mnogości. Obok słoików z ogórkami kiszonymi rozsypywał się proszek do prania. Kupiliśmy chleb - miła ekspedientka w śmiesznym czepku zapytała się nas:
  - sportsmieny????
  - niet, my turisty
  - aaaa... eto toże sportsmieny
I w ten oto sposób zostaliśmy sportowcami. Jak się później okazało wędrówki górskie są czymś obcym dla miejscowych. Były one zarezerwowane jedynie dla sportowców w ramach tzw. padgatowki - pełno w tym było biurokracji i różnych formalności. Obecnie sytuacja się trochę zmienia i można spotkać w górach nielicznych ukraińskich turystów (o których później). Jeszcze bardziej przygnębiające wrażenie sprawiały kioski z gazetami - niemal całkowicie puste. W autobusie do Werchowyny (od lewej: Sebi, PGA, Rafał, Yeti)  [81KB]Niestety z rogatek ulic ukraińskich miast zniknęły już cysterny ze smakowitym kwasem chlebowym - można go kupić w dwulitrowych butelkach PET po 2.40hv. Dzięki pomocy miejscowych znaleźliśmy dworzec autobusowy. Zainteresowali się nami od razu prywatni przewoźnicy i chcieli nas zawieść do Werchowyny za 30hv - było to dla nas trochę za drogo, a poza tym nie wzbudzili naszego zaufania. Okazało się, że autobus mamy o godzinie 15:00, choć nie był on uwzględniony w rozkładzie jazdy. Bilety kosztowały nas 3.30hv od osoby. Czekając na autobus poznaliśmy kilkuletnią dziewczynkę bawiącą (męcząca) kotka oraz dawnego banderowca. Ukraiński nacjonalista bardzo dobrze mówił po polsku i był niesamowicie sympatyczny - polscy nacjonaliści muszą się jeszcze bardzo wiele nauczyć... Autobus dał nam dużo powodów do radości - próżno takich szukać na naszych drogach. Klasyczny ogórek z odpadającymi wieloma warstwami farby. Wewnątrz mało wygodne siedzenia, ostra woń benzyny i drzwi zamykane na łańcuchy. Po jakimś czasie wnętrze pojazdu zapełniło się ludźmi i ruszyliśmy w kierunku Werchowyny. W odróżnieniu od klimatów wewnątrz naszych autobusów wszyscy ze wszystkimi rozmawiali i nikt się nie przejmował niewygodą podróży. Do Werchowyny (90km) jechaliśmy przez 3 godziny. Po drodze były strome podjazdy i kilkunastominutowe przestoje. Na jednym przystanku wsiadł pewien lekko podpity tubylec. Bardzo się zainteresował naszymi osobami - nie mógł tylko zrozumieć, po co my w te góry jedziemy i jaki mamy w tym cel. Nasze tłumaczenia nie trafiały do jego świadomości - pomógł nam dopiero Rado wyjaśniając krótko: romantika. W Werchowynie spotkaliśmy niejakiego Wasyla, który pracował kiedyś we Wrocławiu. Poprosił mnie, abym się skontaktował z jego znajomym z Wrocławia i abym mu wszystko o Ukrainie opowiedział. O tym, że tu nie strzelają i że może spokojnie przyjechać. Jak się okazało, autobus jechał dalej do Burkutu. Nie pomogły tłumaczenia, że my chcemy jedynie dojechać do Dzebronii i musieliśmy dopłacić jak wszyscy po 1hv. Droga jaką jechaliśmy była nie remontowana chyba od momentu jej wykonania jeszcze za czasów polskich - na tylnych siedzeniach podskakiwaliśmy na wysokość 0.5m. Kolejną atrakcją była przeprawa przez most - wszyscy pasażerowie musieli przejść przez niego na pieszo, a kierowca przejechał przez most pustym autobusem. W Dzebronii wysiedliśmy z dwoma Ukraińcami (Rado i Sławik), którzy również wybierali się w góry. Nad Czarnym Czeremoszem zjedliśmy razem arbuza kupionego jeszcze w Kołomyi i idąc wzdłuż potoku Dzebronia podążaliśmy w górę wsi. Po ponad godzinnej wędrówce znaleźliśmy dobre miejsce na obozowisko - obecność płotu wskazywała, że jesteśmy na posiadłości prywatnej. O zmroku rozbiliśmy namioty a kolacje zjedliśmy w ciemnościach. Spać położyliśmy się około 23. Noc była dość ciepła, na niebie pokazały się gwiazdy i na jutrzejszy dzień zapowiadała się wspaniała pogoda.

5 WRZESIEŃ

Obudziliśmy się około 8:30. Pogoda była doskonała - dzień zaczęliśmy kąpielą w potoku i śniadaniem (kisiel z czekoladą i płatkami owsianymi). Na dokładkę był jeszcze chleb zapiekany na ognisku. Sebi znalazł trochę grzybów, które po zagotowaniu umieścił w słoiku. W czasie zwijania obozu obserwował nas z góry jakiś Hucuł. Mile zaskoczyło nas zachowanie naszych ukraińskich znajomych - doskonale zamaskowali miejsce po ognisku i po naszej obecności nie pozostał żaden ślad. Wyruszyliśmy ok. 11:00 dróżką w stronę grani Czarnohory. Widok ze wsi Dzebronia w stronę Smotreca  [93KB]Po drodze napotykaliśmy duże ilości borówki brusznicy, jeżyn i malin. Podchodziliśmy zarastającą leśną drogą - czasem było dość stromo. Planowaliśmy wejść na Smotreca, ale po drodze spotkaliśmy jeszcze dwóch Ukraińców, których już mijaliśmy poprzedniego dnia w Dzebronii i z nimi wyruszyliśmy na Uchaty Kamień. W tym momencie może przedstawię obraz typowego tubylczego turysty. Jest mężczyzna w trampkach i ubraniu z demobilu. Na plecach wypłowiały plecak w kolorze khaki najczęściej bez stelaża i pasa biodrowego. Zamiast namiotu pałatka a peleryna przeciwdeszczowa jest sporządzona z kawałków worków foliowych. Czasem spotyka się benzynowy kocher - trzeba jednak przyznać, że kociołki do gotowania na ognisku mieli znakomite. Zupełnie naturalna jest wręcz absolutna nieznajomość historii tych ziem oraz wysokości szczytów - z nazwami też często bywało krucho. Pod Uchatym Kamieniem zrobiliśmy sobie obiad. Ukraińcy poczęstowali nas pysznymi naleśnikami, słoniną z chlebem i niesamowitym dżemem o smaku cierpko - winnym z bliżej nieokreślonych owoców. Kiedy tak jedliśmy mijał nas Hucuł z kilkoma pieskami i stadem owiec - o rany, ale one cudnie grały swoimi dzwoneczkami, a do tego jeszcze Hucuł zaciągający śpiewnie z ruska... Jedna z tych owiec zaczęła się bardzo interesować naszym obiadem i mieliśmy duże problemy, żeby ją odpędzić. W czasie podejścia na Uchaty Kamień zaczął padać deszcz - przeczekaliśmy go na szczycie pod jedną z licznych półek skalnych. Trochę się rozpogodziło, więc zostawiliśmy plecaki pod półkami skalnymi i wyruszyliśmy na Popa Iwana. Wchodząc polegaliśmy jedynie na naszych ukraińskich przewodnikach i słupkach granicznych - byliśmy w chmurach, a widoczność była niemal zerowa. Na szczycie byliśmy ok. godz. 18:00. Ruiny obserwatorium sprawiały przygnębiające wrażenie - może to przez tą pogodę. Obecność Białego Słonia nakłaniała jednak do pewnych refleksji i wspomnienia czasów, kiedy to wszystko tętniło życiem (i ciepłem). Obecnie wszędzie walały się resztki wyposażenia, dookoła było pełno śmieci i napisów pozostawionych głównie przez miejscowych. Do tego wszystkiego dochodziła jeszcze przeraźliwa wilgoć rzędu 100% i wiatr przed którym nie sposób było znaleźć schronienie. Na szczycie doświadczyliśmy jeszcze oberwania chmury i gradobicia. W chwili rozpogodzenia (czytaj: mniej intensywnego deszczu) zbiegliśmy w stronę Pohanego Misca. Pogoda się trochę poprawiła i naszym oczom ukazała się po raz pierwszy połoninę o pięknym czerwono - żółtym kolorze. Wróciliśmy po plecaki i zeszliśmy w dolinę Pohorylca. W pobliżu ruin dawnego schroniska AZS-u spotkaliśmy Jacka z Warszawy. Rzadko spotyka się w Czarnohorze samotnych turystów... Zjedliśmy kolację, wypiliśmy naszą pierwszą na Ukrainie herbatę i położyliśmy się spać. Było wilgotno a w nocy padał deszcz.

6 WRZESIEŃ

Spaliśmy długo - to z powodu deszczu, który padał chyba przez całą noc. W namiocie mieliśmy jednak stosunkowo sucho - w każdym razie nasze śpiwory (mój i Rafała) nie były mokre. Z sąsiedniego namiotu słyszeliśmy opowieści Jacka z jego poprzednich wypraw w Czarnohorę. O tym, jak kiedyś jadąc do Burkutu wybuchł w autobusie akumulator. Narobiło się pełno dymu i wszyscy musieli wysiąść. Kierowca jednak gdzieś postukał, coś naprawił drutem i po 15 min. autobus był zdatny do dalszej jazdy. W środku nie było jednak zasilania i Jacek musiał oświetlać drogę latarkami. Zastanawiało nas, jak po takiej nocy żyją nasi ukraińscy znajomi. Zapytaliśmy się więc:
  - a u was kak?
  - a u nas kak w basienie...
Okazało się jednak, że w namiocie gdzie spali Sebi i Yeti wcale nie było lepiej. W każdym razie potrzebne było nam solidne suszenie. Jacek powiedział, że pół godziny drogi od nas jest pusta chatka leśników, w której moglibyśmy się wysuszyć. Doszliśmy do wniosku, że w tym momencie będzie to najlepsze rozwiązanie - szczególnie, że na poprawę pogody się nie zapowiadało i nad granią ciągle zalegały chmury. Po spakowaniu rzeczy nasza czwórka wraz z Rado i Sławikiem ruszyła w kierunku wskazanym przez Jacka. Niestety nie pokazał nam drogi zbyt dobrze i błądziliśmy po zboczu Smotreca przedzierając się przez kosówkę, mokre trawy i strome doliny potoków. Po jakimś czasie chmury się trochę podniosły i ujrzeliśmy w dali cel naszej wędrówki. Udało nam się odnaleźć drogę, która dalej biegła wzdłuż Pohorylca. Dojście do chatki zamiast wspomnianych 30 min. zajęło nam ok. 3 godz. - może po części była to wina ogromnych ilości ogromnych jagód, jakie rosły na naszej drodze. Chatka okazała się niesamowita i absolutnie klasyczna. Drewniany domek z dwoma izbami, schowkiem i poddaszem. W izbie mieszkalnej stał wspaniały piec, stół i wieloosobowe łoże. Kolacja w chatce u leśników (od lewej: Yeti, Rafał, PGA, Sebi)  [95KB]Zachwyceni klimatami rozłożyliśmy na zewnątrz nasze mokre rzeczy, znaleźliśmy trochę drewna a Yeti zabrał się za gotowanie obiadu z prawdziwego zdarzenia (kotlety sojowe z sosem grzybowym). Mieliśmy tutaj możliwość bliższego zapoznania się z prowiantem Sławika i Rado - każdy z nich dźwigał na plecach 15 konserw mięsnych (po 0.47 kg każda), słonina, ziemniaki, cebula czosnek w bliżej nie określonych ilościach (w każdym razie dość znacznych). Kiedy jeszcze raz spojrzeliśmy na ich mało anatomiczne plecaki przestaliśmy się dziwić, że zdarzało się nam na nich czekać... Po pewnym czasie zawitał do nas jakiś Ukrainiec wyglądający na leśnika - był niezbyt przychylnie nastawiony i przyczepił się do bałaganu jaki zastał w chatce i dookoła niej. Po jakimś czasie nas opuścił - jak się okazało nie na długo. Powrócił z trzema kolegami - jeden z nich jechał konno, a z ramion zwisały im całkiem pokaźne strzelby myśliwskie. Nie okazywali jednak żadnych wrogich zamiarów wobec nas i spokojnie gotowali sobie obiad. Czas upływał szybko - rzeczy mieliśmy coraz bardziej suche i jedynie w butach było jeszcze sporo wilgoci. Nastał wieczór - zrobiliśmy sobie kolację i upiekliśmy na piecu chipsy ziemniaczane wg patentu Ukraińców (posolone plasterki ziemniaka pieczone bezpośrednio na rozgrzanej płycie pieca - palce lizać). Gdy wyszliśmy na dwór na niebie naszym oczom ukazała się niesamowita ilość gwiazd - zrozumieliśmy, że nie bez powodu obserwatorium zostało zlokalizowane właśnie na Popie Iwanie. Spać położyliśmy się gdzieś ok. godziny 22.

7 WRZESIEŃ

Widok z Dzebronii na Munczela. W głębi Brebenieskul  [93KB]Obudziliśmy się o 8:30 - jedynie Sebi wstał wcześniej i zdążył już się wykąpać w potoku. Leśnicy dali nam jednego grzyba - ugotowaliśmy sobie z niego zupę dla naszej czwórki. Do zupy dołożyliśmy jeszcze parę ziemniaków podarowanych przez Sławika - dzięki nim nasza zupa nabrała wspaniałego aromatu... benzyny. Korzystając z komfortowych warunków obecności pieca na dokładkę zrobiliśmy sobie jeszcze malinowego gluta z płatkami i cukrem. Wyruszyliśmy o 10:00 w naszym pierwotnym składzie - Ukraińcy pozostali w chatce i gotowali sobie śniadanie. Ciekawe, czy udało im się dojść na Pietrosa jak pierwotnie planowali? Szliśmy drogą wzdłuż Pohorylca - powrót w okolice ruin schroniska AZS-u zajął nam jakieś 45 min wliczając kilkunastominutowy postój na jagody. Okazało się, że droga, której nie mogliśmy znaleźć dzień wcześniej była tuż za schroniskiem i jedynie Sebi przeczuwał, że tam trzeba iść - musieliśmy mu zwrócić honor. W czasie podejścia na grań Czarnohory w okolicach Pohanego Misca spotkaliśmy Jacka i dalej wędrowaliśmy już w piątkę. Brebenieskul widziany z Munczela  [93KB]Dopiero teraz ujrzeliśmy prawdziwe piękno i ogrom Czarnohory - chmury były wysoko i nie zasłaniały gór (z wyjątkiem Popa Iwana - jego szczyt tradycyjnie był zakryty przez chmury). Trawersem minęliśmy wierzchołek Dzebronii i poszliśmy w stronę Munczela. W czasie podejścia musieliśmy uważać na zasieki z drutu kolczastego pamiętające jeszcze czasy I Wojny Światowej. Na Munczelu zrobiliśmy sobie mały posiłek - masło orzechowe z chlebem. Dzięki niemu mieliśmy siły, aby zdobyć drugi wierzchołek Czarnohory - Brebenieskul.Okolice Szpyci. Widok na kocioł Gadżyny  [108KB] Schodząc ze szczytu spotkaliśmy ludzi! - była to hałaśliwa grupka ukraińskich "turystów" w przepisowych trampkach i z dużą torbą okupantką. Jeden z nich niósł magnetofon dwukasetowy, z którego głośników wydobywały się głośne dźwięki ukraińskiego odpowiednika Disco Polo. Potraktowaliśmy to jako element miejscowego folkloru - miły kontrast stanowił napotkany pod Gutin Tomnatekiem czeski turysta ubrany i zachowujący się bardziej stosownie do warunków. Na Gutin Tomnateka nie wchodziliśmy - przez Rebrę podążyliśmy w stronę Szpyci. W okolicach słupka 30 zostawiliśmy plecaki i bez obciążenia poszliśmy podziwiać najeżoną skałami grań prowadzącą na Szpyci. Słońce powoli chyliło się ku zachodowi a na niebie przybywało chmur. Stwierdziliśmy, że noc spędzimy nad Jeziorkiem Niesamowitym. Doszliśmy do niego na godzinę 19. Zrobiliśmy kolację i rozłożyliśmy obóz. Kocioł, w którym znajdowało się jeziorko szybko wypełnił się chmurą i niektórzy z nas mieli problemy z odnalezieniem drogi do namiotów. Udaliśmy się na spoczynek nieświadomi tego, co miało nas w nocy czekać. Złe duchy zbudzone zmąconą w jeziorku wodą (nabraną w celu ugotowania herbaty) zaczynały swe harce...

8 WRZESIEŃ

Po tej nocy zrozumieliśmy, dlaczego pobliskie jezioro jest nazwane Niesamowitym - złe moce drzemiące w jego wodach nie próżnowały. Pół nocy w kotle szalał wiatr - periodycznie: 30 sek. wiatru i 90 sek. ciszy. Przez drugie pół nocy padał jeszcze deszcz, który znalazł doskonałą drogę do namiotu poprzez zerwaną przez wiatr wietrznicę. Po przebudzeniu przypomniały nam się słowa Ukraińców: kak w basienie... Moje buty i plecak znajdowały się w kałuży wody o głębokości dochodzącej do 10 cm - jak się później okazało tej wody było conajmniej 10 litrów. Całości jeszcze dopełniał mokry śpiwór, na którego padało przez bliżej nieokreśloną część nocy - powoli zaczynał przesiąkać do środka. Mieliśmy doskonałe widoki... na wnętrze chmury, której jedynie czasem udało się podnieść na tyle, że ledwo widzieliśmy będącą 200m nad nami grań. Po obfitym śniadaniu wyruszyliśmy w stronę pobliskiego Turkuła (którego nie widzieliśmy - zresztą nic nie widzieliśmy z wyjątkiem chmury i ścieżki pod nogami). Aby nie wchodzić na wierzchołek zaczęliśmy trawersować go od lewej strony. Po jakimś czasie stwierdziliśmy, że przestały się pojawiać słupki dawnej granicy. Z pomocą przyszedł nam kompas, dzięki któremu stwierdziliśmy, że Połoniną Turkulską schodzimy na Zakarpacie. Obraliśmy więc azymut na południe poczęliśmy wchodzić z powrotem na Turkuła, aby w jego partiach szczytowych poszukać słupków. Udało się to nam po jakiś 40 minutach błądzenia. Obierając azymut na Dancerza ruszyliśmy przed siebie bacznie trzymając się kolejnych słupków. Na Dancerzu chmura się nieco podniosła i ujrzeliśmy coś więcej niż obiekty w promieniu kilkunastu metrów. Zobaczyliśmy nawet stację botaniczną u podnóża Połoniny Pożyżewskiej, do której chcieliśmy dojść. Na Pożyżewską korzystając z dobrodziejstw lekko uniesionej chmury weszliśmy bez większych problemów. Niestety chmura znowu opadła (a właściwie to my podeszliśmy wyżej) i ścieżkę w stronę stacji byliśmy zmuszeni szukać posługując się ponownie mapą i kompasem. Na szczęście, gdy doszliśmy do partii kosodrzewiny chmury były już nad nami i stroma ścieżka do stacji botanicznej była dobrze widoczna. W stacji spotkaliśmy się z chłodnym przyjęciem i materialnym podejściem do nas jako turystów z zachodu. Planowaliśmy się wysuszyć i przenocować, ale kończyły się nam zapasy żywności i nie byliśmy w stanie jedynie za nocleg zaakceptować ceny 2$ od osoby jaką nam bez żadnych ogródek zaproponowano. Ruszyliśmy więc do Zawojeli z nadzieją kupna chleba, sera i przenocowania u kogoś - doszliśmy tam na godzinę 20 po jakiś 2 godzinach wędrówki drogą wzdłuż doliny Prutu. U go_cinnego Ukraińca w Zawojeli (od lewej: Rafał, Yeti, nasz gospodarz)  [79KB]We wsi udało nam się kupić jedynie chleb i znaleźć nocleg w domu na przeciw sklepu (skupu). Gospodarz okazał się bardzo miłym człowiekiem, dał nam do dyspozycji dwa pokoje i poczęstował wódką. Kiedy się zapytaliśmy o zapłatę odpowiadał, że się dogadamy... Poszliśmy do sklepu i spotkał nas szok - w sklepie były dwa artykuły: wódka i przepitka (Coca cola). Kupiliśmy więc i wróciliśmy do chałupy. Kolację zrobiliśmy sobie iście królewską - flaki sojowe z grzybami. Nasz gospodarz nie chciał jednak z nami jeść ze względu na chorą wątrobę - później w ramach kuracji pokazywał nam, jak się pije po huculsku - na zagrychę mieliśmy śmietanę z chlebem. Bardzo zainteresowały go nasze mapy - nie mógł tylko pojąć, że z Zawojeli idąc na Howerlę skręca się w prawo, a wg naszej mapy w lewo. Tłumaczyliśmy mu, że mapa ma orientację północną, ale coś to do niego nie docierało (podobno na Ukrainie mapy z taką orientacją to nowość). Dostał od nas na pamiątkę mapę Rusi Zakarpackiej w skali 1:300000. Później jeszcze do pierwszej w nocy nasz gospodarz czytał nam różne ciekawostki spisane mozolnie na kilkudziesięciu kartkach, a nam głupio było powiedzieć, że za nami cały dzień wędrówki i jesteśmy kompletnie wyczerpani - może to i dobrze, bo śpiwory nam bardziej wyschły...

9 WRZESIEŃ

W bacówce u Hucułów na Kukulu (od lewej: Rafał, Sebi)  [69KB]Wstaliśmy ok. 8:00 - nasz gospodarz musiał pójść do pracy i nie mieliśmy nawet czasu na śniadanie. Jeśli chodzi o zapłatę, to dogadaliśmy się, że damy mu po 1$. Pan nam dał wskazówkę, aby przy przechodzeniu przez bramę parku mówić, że idziemy na Kukul, a nie na Howerlę - nie zapłacimy wówczas opłaty wejściowej po 2$ od osoby. W końcu jednak zostaliśmy odprowadzeni aż za szlaban - tam pan nam udzielił informacji jak dojść do osady pasterskiej na Kukulu. W pierwszej napotkanej wiacie zjedliśmy śniadanie. Stwierdziliśmy, że w taką pogodę nie ma sensu wchodzić na Howerlę. Nad naszymi głowami wisiały ciemne chmury, a co jakiś czas padał deszcz. Na Kukul biegła dość dobra, ale trochę męcząca i błotnista droga - początkowo pod górę, a później granią Krywego Hedja. Tuż przed połoniną spotkaliśmy chłopca, który zaprowadził nas do pasterskiej koliby. Zostaliśmy mile zaskoczeni klimatami zagrody Hucułów. Mieszkańcy okazali się niesamowicie gościnni - ugościli nas zupą połoninną (zupa mleczna z makaronem i papryką), chlebem i serem. W chacie paliło się ognisko - bardzo szybko się ogrzaliśmy i wysuszyliśmy. Po gorącej herbacie całą czwórką poszliśmy na grzyby - po godzinie powróciliśmy z 5 kg torbą pełną borowików - najwięcej grzybów znalazł oczywiście Sebi. W czasie gdy Yeti z Sebim zajmowali się grzybami, ja z Rafałem wywędrowaliśmy na pobliską połoninę. Rzęsisty deszcz sprawił jednak, że szybko byliśmy z powrotem. Mieliśmy zamiar na kolację ugotować sobie zupę grzybową - uprzedzili nas jednak gospodarze częstując zupa (tą samą co na obiad) i kuleszą. Spaliśmy w małej izbie na wspólnym łożu. W nocy padał deszcz - na poprawę pogody się nie zanosi, więc wejście na Howerlę zostanie chyba odłożone na przyszły rok. Mieliśmy pewne problemy z zaśnięciem z powodu dymu gryzącego w oczy - trudno się nam było do niego przyzwyczaić.

10 WRZESIEŃ

Howerla widziana z okolic Kukula  [66KB]Obudziliśmy się ok. 8:00. W bacówce było bardzo zimno - temperatura wahała się chyba w pobliżu zera. Przez szpary w ścianach do pomieszczenia wpadały promienie słońca. Gospodarze poinformowali nas, że w nocy na Howerli spadł śnieg, a na dworze jest piękna pogoda - niczym w Boże Narodzenie. Wybiegliśmy na połoninę i naszym oczom ukazał się wspaniały widok na całą, ośnieżoną grań Czarnohory. Jedynie Pop Iwan tradycyjnie był ukryty pod płaszczem chmur. Zgodnie stwierdziliśmy, że wejdziemy dziś na Howerlę nie bacząc na chmury zalegające w okolicach grani. Śniadanie zjedliśmy z gospodarzami - poczęstowano nas serem ze słoniną i oczywiście zupą. Kupiliśmy on nich trochę sera (jakieś 6 kg) po 4hv/kg i ruszyliśmy szukać słupków granicznych - udało nam się to po krótkim błądzeniu. Droga była dość męcząc - sporo mokradeł, zwalonych drzew i dość głębokie przełęcze. Miejscami słupki lub ścieżka znikały i musieliśmy pomagać sobie kompasem. Widoki mieliśmy marne - niemal ciągle wędrowaliśmy przez las. Okazało się, że zaznaczona na mapie połonina Wielka Koźmieska przestała już zasługiwać na miano połoniny... W okolicy słupka nr 3 byliśmy koło godziny 15:00 - niestety pogoda zaczęła się psuć, zerwał się porywisty wiatr, który następnie przekształcił się w śnieżycę. Podejście było dość strome, a w dodatku od wysokości ok. 18:00 m.n.p.m. znajdowaliśmy się w chmurach i nie mieliśmy pojęcia, jak daleko jeszcze do szczytu. Na Howerlę weszliśmy o godzinie 16:40 - oczywiście widoczność się nie poprawiła i ledwo co widzieliśmy krzyż i obelisk znajdujący się na szczycie. Poszukaliśmy trochę mniej wietrzne miejsce, osłoniliśmy się karimatami i zjedliśmy ostatnią tabliczkę czekolady. Z Howerli zaczęliśmy schodzić o godzinie 17:00 - planowaliśmy do Zaroślaka dojść "autostradą" wydeptaną przez miejscowych sportsmienów, niestety z powodu zerowej widoczności nie mogliśmy jej odszukać. Dodatkowym niebezpieczeństwem była jeszcze możliwość wpakowania się do kotła znajdującego się na północno-wschodnim zboczu Howerli. Stwierdziliśmy, że lepiej będzie jak słupkami granicznymi zejdziemy na przełęcz przed Breskułem, a z niej zejdziemy w stronę Zaroślaka (na mapie mieliśmy tam zaznaczoną ścieżkę). Okazało się to jednak nie takie proste - żadnej ścieżki nie znaleźliśmy i na azymut zaczęliśmy schodzić do doliny źródliskowej Prutu. Było z tym wiele problemów - zbocze okazało się bardzo strome, pokryte obślizgłymi kamieniami, które dodatkowo były ukryte pod warstwą śniegu o grubości do 30 cm Yeti nawet zaliczył kilkumetrowy zjazd dolinką potoku. Chmury się trochę uniosły - ujrzeliśmy przed sobą zieloną dolinę, ponad nami wyłoniła się Howerla i nawet zaświeciło słońce. Wodospad u źródeł Prutu  [120KB]Dolina okazała się wyjątkowo mokra - spływało tam kilkadziesiąt strumieni łączących się w coraz bardziej przybierający na rozmiarach Prut. Udało nam się znaleźć jakąś ścieżkę i nią podążaliśmy w dół potoku (nie zwracając już żadnej uwagi na fakt kompletnie przemoczonych butów). Po drodze napotkaliśmy kilka niezwykle urokliwych wodospadów i przełomów. W końcu doszliśmy do "autostrady" - sprawiała koszmarne wrażenie. Tak zdewastowanych szlaków chyba w Polsce się nie uświadczy (i dobrze, co nie oznacza jednak, że wszystkie szlaki w Polsce maja zadowalający stan). Pod Zaroślakiem byliśmy o godzinie 19:00 - przyjrzeliśmy się z bliska temu obiektowi, o którym z dumą wspominali napotkani wcześniej Ukraińcy. Jest to paskudna, kilkupiętrowa budowla z dwuspadzistym dachem krytym blachą (szczerze mówiąc architektonicznie do złudzenia przypomina "Hotel Górski" PTTK w Ustrzykach Górnych) - typowo socrealistyczny styl budownictwa górskiego. Całości dopełniała jeszcze "ekologiczna" kotłownia opalana mazutem i bezpośredni odpływ ścieków do Prutu (poniżej Zaroślaka kamienie w potoku były już całkiem ładnie zarośnięte glonami). Drogą udaliśmy się w kierunku Worochty (robiąc sobie dodatkowo w pierwszej napotkanej wiacie zasłużoną kolację) - pociąg do Lwowa mieliśmy podobno o 2:30 (tak nas poinformowali Huculi na Kukulu). Noc była piękna - niebo bezchmurne ujeżone setkami gwiazd oraz wyjątkowo jasny księżyc. Do tego dochodziła jeszcze ta cudowna cisza zakłócana jedynie szumem Prutu. I tak w monotonnym marszu przez noc w obcym kraju mijaliśmy powoli kolejne wsie (a właściwie przysiółki): Foreszczenkę ("14km"), Zawojelę ("10km") i Ardżelużę ("6km") powoli zbliżając się do Worochty. Po wejściu do wsi widoki nadal te same - las, ciemno, gdzieniegdzie jakaś chata. Na ulicach Worochty panowały egipskie ciemności (minęliśmy jedynie 2 czynne latarnie uliczne) - z ich powodu zmoczyłem swoje suche, zapasowe trampki, wchodząc w kałużę kilkunastocentymetrowej głębokości. Dzięki pomocy miejscowych udało nam się trafić na dworzec kolejowy. Kupiliśmy bilety (po 2.90hv) i trochę śpiąc oczekiwaliśmy przyjazdu pociągu (opóźnionego o 1 godz.). Pociąg był przeraźliwie przepełniony i znaleźliśmy głównie miejsca siedzące. Dopiero od Iwano Frankowska się trochę rozluźniło i mogliśmy się położyć i przespać. Z moich szacunków wynika, że tego dnia prześliśmy ok 60km - chyba sporo jak na warunki górskie...

11 WRZESIEŃ

Do Lwowa przyjechaliśmy po godz. 10:00. Zorientowaliśmy się w kosztach powrotu do Polski i okazało się, że są one wyższe niż koszty przyjazdu na Ukrainę. Cena biletu kolejowego do Przemyśla wynosiła 18hv. Tańszy był powrót autobusem i bilety kosztowały nas 11hv/os. Postanowiliśmy wrócić późniejszym autobusem aby mieć czas na zwiedzenie miasta. Na sam początek postanowiliśmy się porządnie najeść - kupiliśmy więc 2 arbuzy, 3 kg jabłek, 0.5 kg daktyli (zaledwie po 2.4hv/kg), trochę winogrona i zjedliśmy śniadanie na jednym z lwowskich skwerów. Na jednej z głównych ulic Lwowa (od lewej: Sebi, PGA, Yeti)  [97KB]Również wtedy podzieliliśmy pomiędzy siebie zakupiony ser, nie dosuszone grzyby zebrane na Kukulu i rozliczyliśmy z pieniędzy. Korzystając z faktu niskiej ceny daktyli zakupiliśmy ich jeszcze 4 kg z myślą o dowiezieniu owoców do Polski. Następnie udaliśmy się na poszukiwanie starego miasta. Lwów okazał się bardzo piękny, ale zarazem bardzo zaniedbany. Poza tym obyczaje tamtejszych kierowców są wyraźnie inne niż na zachód od Sanu i jako piesi byliśmy w ciągłym zagrożeniu. W czasie wędrówki do centrum gdzieś zagubił się Rafał i dalsze poznawanie Lwowa kontynuowaliśmy w trójkę. Okazało się, że jest wręcz niemożliwym zakupienie jakieś pamiątki rodem z Lwowa - Ukraińcy chyba jeszcze nie przywiązują uwagi do takich rzeczy. Mieliśmy problemy z wymienieniem na hrywny naszych jednodolarówek - w żadnych kantorach nie chcieli ich przyjmować. Udało się to dopiero po długich poszukiwaniach. Na dworzec autobusowy dotarliśmy jeszcze przed 18:00. Rafała jeszcze nie było - zjawił się dopiero po 45 minutach. Również zwiedził miasto (chyba nawet lepiej niż my) i dodatkowo miał okazję przejechać się tramwajem. Spotkał go tam miły incydent, kiedy to pewna pani przesunęła jednego pasażera, aby Rafał mógł wygodnie z plecakiem stanąć na tylnej platformie tramwaju. Oczywiście jak to bywa w miejscowych środkach komunikacji tramwaj zaczął się palić i Rafał resztę drogi na dworzec musiał przebyć pieszo. Do Przemyśla wracaliśmy autobusem odjeżdżającym o godzinie 19:10. Do granicy podróż odbyła się bez problemów - jedynie Sebi zaczął się kiepsko czuć. Zjedzone suszone śliwki zaczęły mu ciążyć na żołądku. Sebastian zrobił się całkowicie blady w momencie przeczytania na granicy napisu informującego o panującej na Ukrainie epidemii cholery i o zakazie wwozu owoców do Polski... Odprawa przebiegła bez większych problemów - jedynie jeden z celników z niedowierzaniem patrzył na wykazany na deklaracji celnej wydatek 5 dolarów na Ukrainie (chyba jednak nie zwrócił uwagi na to, że ubyło mi jeszcze 40hv). Do Przemyśla przybyliśmy na godzinę 23:00. Rozłożyliśmy się w dworcowej poczekalni, doprowadziliśmy nasz wygląd do stanu akceptowalnego w społeczeństwie i oczekiwaliśmy na kolejny dzień.

12 WRZESIEŃ

Rafał rankiem pojechał pociągiem do Krakowa, zaś my powędrowaliśmy (autobusem miejskim) w stronę wylotówki z Przemyśla na Rzeszów. Chory Sebi postanowił, że z Yetim pojedzie do Zgierza, ja zaś sam kilkadziesiąt metrów dalej łapałem stopa w kierunku Rzeszowa. Podwiózł mnie pewien... Ukrainiec jadący zmienić swego Moskwicza na Forda. Poczuł się jednak bardzo rozczarowany, kiedy się dowiedział, że nie zamierzam mu zapłacić za drogę (coś wspominał o 100zł). Do Tarnowa podwiózł mnie bardzo miły gościu bardzo przyzwoitym samochodem (dałem mu garść ukraińskiego słonecznika), a z Tarnowa w trochę mało komfortowych warunkach (samochód ciężarowy nie pierwszej młodości) dojechałem do Krakowa, gdzie byłem około południa. Miałem problemy z wydostaniem się z Krakowa (jak to bywa w rozległych, dużych miastach) i samochód do Kielc udało mi się złapać dopiero po godz. 16:30. Kierowca okazał się bardzo wspaniałomyślny i wywiózł mnie na wylotówkę w stronę Łodzi - w dowód podziękowania dałem mu trochę daktyli. Z Kielc stosunkowo szybko zabrałem się w stronę Piotrkowa Trybunalskiego. Niestety za Piotrkowem przegapiłem rozjazd na Łask (już się trochę ściemniało) i zajechałem do Wielunia, gdzie przenocowałem u kolegi z roku.

13 WRZESIEŃ

Z Wielunia rano dojechałem wraz z szkolną wycieczką do Sieradza, skąd udało mi się zabrać do Zduńskiej Woli. Pierwsze kroki skierowałem w stronę laboratorium fotograficznego, gdzie zostawiłem negatywy ze zdjęciami - odebrałem je po 2 godzinach. Zdjęcia technicznie okazały się nienajlepsze, więc trzeba będzie jeszcze wrócić w Czarnohorę i je poprawić...

Paweł Grzegorz Angerman


Cały powyższy tekst można ściągnąć jako zarchiwizowany plik w formacie RTF - CZHORA97.ARJ [18KB]

Tu są miejsca, w które warto kiedyś zajrzeć