AKT Maluch
AKT Maluch
Ukraina, luty 1997, poonina Borawa

UKRAINA '97

Zimowy atak na Poonin Boraw
Maciej emojtel

TERMIN: 12 - 16 lutego 1997
MIEJSCE: UKRAINA: Pnocne skony Pooniny Borawy. Wsie Riczka, Bukowec.

12 lutego. Dworzec Zachodni w Warszawie. Epilog w trudach i znoju zrodzonej, do ostatniej chwili wiszcej na wosku wycieczki. Z wielkich i ambitnych planw pozostao niewiele: cztery dni do dyspozycji i wyoniona z chaosu koncepcji Poonina Borawa.

Z kronikarskiego przyzwyczajenia par sw o mapach i sprzcie:

Mapy:

  1. Mapy Spezialkarte der Osterreich - Ungarischen Monarchie 1:75 000 (wyd. M.I. Wien 1873-1915), arkusze: Szolyva (zone 11, kol. XXVIII, 4570), Okormezo (zone 11, kol. XXIX, 4571). Bezsprzecznie najlepsze.
  2. Mapy WIG 1:100 000 (wyd. WIG W-wa, 1925-1937), arkusze: Svalava (pas 54, sup 36), Seneczw (pas 54, sup 37).
  3. Ukraiskie mapy 1: 200 000, "Zakarpatska Obast i "Lwiwska Obast", nieze graficznie, zawierajce aktualne nazwy cyrylic.

ywno (na jedn osob):

  • patki (jczmienne, owsiane itp.) - 500g.
  • kaszka mleczno-ryowa "Winiary" - 1 szt.
  • mleko w proszku - 1/2 op.
  • orzechy laskowe - 400g.
  • owoce suszone - 400g.
  • ry - 300g.
  • puree ziemniaczane - 300g.
  • soja - 1/2 op.
  • czekolada - 300g.
  • kiebasa suszona - 400g.
  • ser ty wdzony - 400g.
  • rosoki - 8 szt.
  • sl, inne przyprawy - wedle uznania.
  • herbata - 100g.
  • cytryna - 2 szt.
  • cukier - wedle uznania.
  • glukoza - 1 op.
  • czosnek - wedle uznania.
  • cebula - wedle uznania.
  • jedzenie na drog - wedle uznania.
  • pieczywo chrupkie - wedle uznania.
Sprzt obozowy i osobisty: nic nowego, czyli namioty, "kotliki", siekiery, epigas, wieczki, zapaki, latarki, apteczka, lina i caa gra innych niezbdnych rzeczy, w ktrych wymienianiu nie widz sensu.

Godzina 18.30, zajmujemy miejsca w autobusie do Lwowa. Pi minut temu doczy do nas Radek, dla ktrego ten wyjazd zacz si kilka godzin wczeniej w Poznaniu. Autobus jest podejrzanie czysty i elegancki, prowadzi go dwch polskich kierowcw. Koszt przejazdu na trasie Warszawa - Lww: 36 nowych zotych.

Przebijamy si powolutku przez miasto i po p godzinie zajedamy na Warszaw Stadion, gdzie kompletujemy pasaerw. Po krtkim postoju ruszamy, opuszczamy wreszcie miasto i wtapiamy si w bezkres nocy. Godziny pyn leniwie, troch rozmawiamy, troch prbujemy spa. W Lublinie krtki postj, reszt wolnych miejsc zajmuj Ukraicy, nastrj robi si cakiem "wschodni". Gdzie midzy Lublinem a Zamociem pgodzinna przerwa w podry, kierowcy id do przydronej knajpy a my pod historyczny sup, ktry wedle aby wyznacza poow odlegoci pomidzy Warszaw a Lwowem, a wedle napisu na samym supie poow odlegoci midzy Lublinem a Zamociem. Inny napis gosi, e drog, nad ktr gruje sup, zbudowa w 1835 roku niejaki inynier Bajer. Przed powrotem do autobusu robimy sobie ze supem pamitkowe zdjcie.

13 lutego. O godzinie 1.50 jestemy w Hrebennem. Przed przejciem cignie si niemal kilometrowa kolejka oczekujcych samochodw. Na szczcie jako kursowy autobus mamy przywilej ominicia jej, z czego skrztnie korzystamy.

Na przejciu w Rawie Ruskiej bez problemw. Deklaracje okazuj si zbdne, obywa si bez kontroli celnej. Wymieniamy pienidze w kantorku na przejciu (dolar = 1.69/1.85 hr., dalej w Rawie kurs 1.84/1.92 hr.), po dwadziecia dolarw na gow, wikszo wypaty pobierajc w banknotach po dwie hrywny. Nabywamy w ten sposb sporo makulatury, moemy jednak swobodniej si rozlicza.

Ostatecznie opuszczamy przejcie w Rawie o godzinie 4.15 czasu ukraiskiego. Za oknem inny wiat, niestety na razie niewidoczny, zatopiony w mroku nocy. Miasta i wioski pi w ciemnociach, jedyne owietlone miejsca to rozrzucone po waniejszych krzywkach GAJ-e, gdzie niestrudzeni funkcjonariusze stoj niezomnie na stray porzdku i prawa.

Okoo 5.30 docieramy do granic Lwowa. W centrum wysiada cz ludzi, potem autobus przeciska si przez krte uliczki i tu przed szst dobija do dworca autobusowego. Po zawalonym mokrym niegiem dworcu krci si ju sporo ludzi.

Mamy szczcie - apiemy autobus do Kut i przerzucamy si nim do Stryja. Autobus jest swojski, zapchany ludmi w czapkach uszankach, wypeniony toboami i spalinami. Stosuje si w nim typowy ukraiski system ogrzewania, polegajcy na tym, e spaliny produkowane przez silnik kr czas jaki w dugich rurach wmontowanych w ciany pojazdu i dopiero po chwili s wydalane na zewntrz (bd do wewntrz) autobusu. Za bilety do Stryja pacimy po 2.27 hr. za osob. Po drodze jeden duszy postj, w Mikoajewie, ktre okazuje si by sporym (i do upiornym miasteczkiemn).

W Stryju spisujemy wszystkie moliwe rozkady jazdy i lokujemy si szybko w osobowym pocigu do Mukaczewa. Wci mamy szczcie do szybkich przesiadek. W pocigu wykaczamy zapasy ywnoci zabranej na drog, wygldamy przez okna, zakadamy ochraniacze, docigamy paski plecakw, sowem - szykujemy si do wejcia w gry. Pocztkowo jedziemy dolin Stryja, potem przeskakujemy w dolin Oporu. Mijamy kolejne stacyjki, przedwojenne centra polskiej turystyki narciarskiej: Skole, Tuchl, Sawsko, awoczne, Oporec. W grnej czci doliny Oporu tory wij si konwulsyjnie, przejedamy przez kilka odwanych wiaduktw, pojawiaj si tunele. W kocu przeskakujemy grzbiet Karpat i ldujemy na Zakarpaciu. Okoo poudnia docieramy do miasteczka Woowec. Cena biletu kolejowego Stryj - Woowec: 1.28 hr. To prawie koniec podry, pozostao ju tylko podjecha std gdzie w bezporedni blisko grzbietu Borawy i rozpocz wdrwk.

Tymczasem zaczynamy od spisania rozkadw jazdy pocigw i autobusw. Okazuje si, e na komunikacj oficjaln nie mamy co liczy. Najbliszy pasujcy nam autobus do Migoria odjeda dopiero za trzy godziny a my nie mamy czasu, by trwoni go na jaowe oczekiwanie. Zaczynamy rozmowy z typkami szukajcymi szczcia pod dworcem. Oferta jak dostajemy jest prosta: moemy zosta podwiezieni dwoma osobowymi samochodami do wsi Riczka bd Tiuszka (przewidywany przez nas punkt startowy) za sum 40-stu dolarw. To troch sporo, wic rezygnujemy. Kotwiczymy na dworcu, wysyamy wici w miasto, wyglda na to, e jednak bdziemy musieli zaczeka na autobus. Tymczasem Ukraicy mikn i proponuj 35 $, a zaraz potem, widzc nasze zniechcone miny, 30 $. To wci duo. Marek rzuca: 25 $ - i w ten sposb osigamy porozumienie. adujemy plecaki na samochody i po chwili pdzimy jak optani na wschd, w kierunku wsi Riczka. Droga jest dziurawa jak ser szwajcarski i zawalona nien brej, mimo to nasi kierowcy nie zdejmuj prawie nogi z gazu, nieczuli na dzikie, pene sprzeciwu rzenia wydawane przez ich samochody. Po drodze zatrzymujemy si, aby sfotografowa urocz drewnian cerkiew, potem kontynuujemy rajd, by ostatecznie, po czterdziestu minutach skrci z gwnej drogi i znale si w Riczce. Wyrwnujemy rachunki (24 $, 2hr.,paczka Marlboro) i przenosimy si prdko do stojcego w centrum wsi betonowego przystanku, albowiem nad naszymi gowami zaczyna szumie deszcz. Posilamy si, obserwujemy mieszkacw wsi, ktrzy wykazuj ywe zainteresowanie nasz grupk. Kobiety wygldaj malowniczo, odziane w biae kouszki z baraniej weny. Proponuj nam zakup wenianych skarpetek wasnego wyrobu, chtnie pozuj do zdj. (Dla zainteresowanych: cena kouszka z dugimi rkawami, bez konierza - 120 hrywien ).

Nie baczc na ulewny deszcz wyruszamy w gr wsi. Mijamy duo piknych, charakterystycznych dla regionu, drewnianych chaup. Niektre z nich posiadaj ozdobnie rzebione drzwi i okiennice, czasem ciany bd wrota pokryte s prostymi malunkami wykonanymi prawdopodobnie wapnem. Z najwyej pooonej chaupy wychyla si kobieta i stara si odwie nas od dalszego marszu. Biada nad naszym losem, zaprasza nas do domu, wyglda na prawdziwie zatroskan. Dziekujemy grzecznie i po chwili brniemy przez mokry nieg pokrywajcy wysokie pastwiska nad wsi. Widoczno jest adna, deszcz pada nieprzerwanie. Za wsi skoczy si przedept i musimy teraz wasn prac wydziera grom kady metr przebytej drogi. Docieramy do wierkowego lasu, apiemy wznoszc si zakosami drog, pokrywa niena jest tu grubsza a nieg bardziej mokry. Idcy na przedzie przebija kilkunastometrowy, gboki miejscami na metr korytarz, po czym wdruje na koniec, "przekazujc paeczk" kolejnej osobie. Tempo poruszania si jest prawie zerowe, co zreszt nie dziwi nikogo przyzwyczajonego do zimowych wdrwek. Taplamy si w niegu, rozmawiamy, miejemy si z narciarzy, klncych w Polsce na beznien zim.

Przed zmrokiem, po przebyciu niecaych dwch kilometrw, docieramy do niewielkiej polany i zaczynamy przygotowywa teren pod obozowisko. Chodzimy w kko, ubijajc pracowicie nieg, wydeptujemy cieki w poszukiwaniu chrustu, wyciskamy wod z czapek, rkawiczek i innych autonomicznych czci garderoby. Rozbijamy si pod okapem konarw zamanego buka, tutaj na pewno nie grozi nam obsunicie si niegu na nas lub spod nas. Zagroenie lawinowe na rdlenych polanach jest minimalne ale czasem lepiej dmucha na zimne. Gotujemy ry z soj, popijamy herbatk. Ognisko wtapia si ponad metr w nieg, mimo to nie dociera jeszcze do powierzchni gruntu. Jest ciepo, trwa odwil. Ukadamy si w namiotach ("marabut", w ktrym pi z ab ma zaman rurk i nie wzbudza zaufania) i zapadamy w sen. W nocy sysz jak aba strca zasypujacy nas skutecznie nieg, ktry pada, pada, pada, nie majc zamiaru przesta.

14 lutego. Rano budz si w niewielkim jeziorze, w kompletnie mokrym ubraniu i piworze. Na plecach czuj kilka kilo mokrego niegu, ktry dociska dach namiotu do mojego ciaa. Sytuacja aby nie rni si od mojej. Wygrzebujemy si z namiotu i rozgrzewamy znoszc chrust. Okazuje si, e wszyscy dowiadczyli w nocy tych samych akwatycznych warunkw, podobnych do tych spotykanych podczas dugotrwaych sztormw morskich. W namiocie Piotrka i Magosi znajduje si spory akwen, gotowy do zarybienia, nie inaczej jest u Pawa, Justyny, Marka i Radka. Zapalamy ognisko i zwijamy obz. Piotrek, Magosia, Radek i aba zastanawiaj si nad przerwaniem wycieczki i odwrotem. Zimno i wilgo daj si solidnie we znaki. Ostatecznie aba zostaje z nami, pozostaa trjka, po zjedzeniu rytualnej kaszki z owocami i patkami, wraca na wczorajszy, prowadzcy do Riczki wydept.

Podejmujemy wspinaczk. Poruszamy si rzadkim bukowym lasem, do stromo pod gr. niegu jest tu wicej, generalnie przybywa go wraz z wysokoci. Robimy szybkie zmiany, mimo to posuwamy si w icie wim tempie. Po czterdziestu minutach brodzenia w mokrym niegu wci jestemy tu obok naszego miejsca noclegowego. Dogania nas Radek, ktry zachcony przebyskujcym socem zdecydowa si kontynuowa wdrwk. Kolejne godziny mijaj na przebijaniu si przez sigajcy czsto do piersi nieg (oczywicie jest go duo wicej, na szczcie niej jest twardszy i nie zapada si pod naszymi nogami). Dwie godziny przed zmrokiem osigamy polan z kolib pastersk. Na paskim dachu koliby ley metr niegu, ciany s zasypane do dwch trzecich wysokoci. Odkopujemy drzwi i wchodzimy do rodka. Wntrze jest puste, drewniana podoga pokryta jest czciowo zeschymi gazkami buka. Robimy pgodzinn przegryzk, po czym podejmujemy marsz po wypaszczajcym si wyranie grzbieciku. W istocie, dochodzimy pniej do wniosku, e koliba moga znajdowa si ju na niskim i zalesionym w tej okolicy grzbiecie Borawy. Twierdzenie to doczeka si kiedy weryfikacji. Tymczasem, po wyjciu z koliby brniemy po szerokim, paskim grzbieciku. Mija p godziny a my wci jestemy w odlegoci rzutu kamieniem od szaasu. W obliczu zbliajcego si zmroku decydujemy si na powrt do niego i nocleg. Rozpalamy ognisko, gotujemy straw, Pawe i Marek wykopuj w niegu gbokie na ponad dwa metry jamy i szykuj si do spdzenia w nich nocy. Po kolacji zostawiamy ich w jamkach a sami dekujemy si w kolibie. Po godzinie przychodzi Pawe, jego jamka jest za ciasna i ogranicza ruchy. Poza tym po chwili leenia w objciach niegu wszystko staje si mokre. Wkrtce zjawia si te Marek. Na razie koniec eksperymentw z jamkami nienymi... Kolejna noc w bezwstydnie mokrych ubraniach i piworach duy si niemiosiernie. Krtkie okresy pytkiego snu poprzerywane s godzinami oczekiwania na wit.

15 lutego. wit wreszcie nadchodzi. Wstajemy szybko, rozpalamy ognisko (na nowym miejscu, poniewa metrowa dziura po wczorajszym nie nadaje si do uytku przez swoj gboko. Podejmujemy decyzj o wycofaniu si. Zosta nam tylko jeden dzie, tracenie go na produkcj kilometrowego przedeptu wydaje si nieuzasadnione. Cel minimum - dotarcie do grzbietu Borawy nad Riczk, zosta osignity.

Zejcie do miejsca poprzedniego noclegu, po wasnych ladach, zajmuje nam pitnacie minut. Wczoraj pokonanie tej kilometrowej trasy zajo nam cay dzie. Po dalszych dwch godzinach jestemy w Riczce. Dowiadujemy si, e Piotrek z Magosi szczliwie wyjechali wczoraj. Zwiedzamy now cerkiew, trwa w niej wanie naboestwo i mamy okazj posucha starocerkiewnych pieww. Postanawiamy podej w gr wsi, do przysika Potok i obejrze tamtejsz cerkiew a potem przerzuci si przez nisk przeczk do ssiedniej doliny, w ktrej pooona jest wie Bukowec.

Tymczasem zostajemy zaczepieni przez miejscowe kobiety, ktre, jak zwykle, oferuj skarpetki, pozuj chtnie do zdj i zapraszaj do chaup. Przyjmujemy zaproszenie, potem orientujemy si, e nie bardzo mamy czas, aby z niego skorzysta. Na odmwienie jest ju jednak za pno. Kobieta posza przygotowa imprez i zostawia maego chopca, ktry ma nas zaprowadzi do chaupy, gdy tylko bdziemy gotowi. Ostatecznie id z ab i chopcem, aby przeprosi i poczstowa czekolad gocinn kobiet. Mamy wrci za kilka minut. Idziemy przez wie, okazuje si, e jest naprawd dua, mao jest w niej jednak nowej zabudowy, wikszo domostw to pikne zabytkowe "okazy". Zostajemy zaprowadzeni do jednej z takich chaup. W rodku wita nas czwrka starych kobiet w wenianych "huniach". Wystrj jak w skansenie: wysokie oe z puchowymi poduchami, na cianach obrazki wite i zdjcia rodzinne, wygldajce na bardzo wiekowe. Na stole lduj wiee gobki, ciasto, ostry owczy ser i oczywicie wdka, bardzo zachwalana przez gospodyni ("dobra wodka, nie ze sklepu, baba sama robya"). Zostajemy zmuszeni do zabrania miejsca przy stole, do zjedzenia masy gobkw i wzniesienia toastu. Jest mio i wcale nie chce si nam wraca do oczekujcych nas przyjaci. W kocu jednak udaje nam si wyrwa z gocinnych progw. Obiecujemy pojawi si latem, dostajemy wielki sj gobkw i ciasto w rk, egnamy si wylewnie i wracamy pdem do zniecierpliwionej grupki.

Najedzeni, wyruszamy w kierunku przysika Potok. wieci soce, zaczyna by widoczna gra Borawy. Co krok witaj si z nami mili ludzie, daj lepsze lub gorsze rady, pytaj gdzie bylimy itd.. Jestemy znani, caa wie obserwuje nasze losy od chwili, kiedy dotarlimy tu z Woowca. Z rozmw wynika, e latem pojawia si tu duo Czechw, zarwno pieszych jak i zmotoryzowanych, zim nikt nie zaglda w te strony. Zatem grupa turystw z Polski, w lutym, stanowi sama w sobie rzecz niecodzienn.

Ogldamy drewnian cerkiew i stare chaupy w Potoku, podchodzimy na przecz, wdrujemy przez Bukowiec. Do cerkwi w Bukowcu dochodzimy o zmroku. aba robi zdjcie ze statywu, z ekspozycj 4 sek.. W centrum wsi krci si kilkunastu wyrostkw, rezygnujemy z noclegu we wsi (i noclegu w ogle) i dochodzimy do gwnej szosy Migorie - Woowec. Jest godzina 19-sta. Wedle zapewnie spotykanych ludzi oraz wedle naszych rozkadw nie mamy co liczy na adne poczenie do Woowca o tak pnej porze. Przed nami ponad dwudziestokilometrowa wstga szosy. Szykujemy si do nocnego marszu, postanawiamy co zje, gdy nagle od strony Woowca wyania si widmo autobusu. Widmo podjeda, zatrzymuje si i nie chce znika. Marek z ab biegn do kierowcy, pytaj czy bdzie wraca. Nie bdzie, ale za pitnacie minut moemy spodziewa si kursowego autobusu do Woowca. Nie wierzymy wasnym uszom. Tymczasem wspomniany autobus pojawia si ju po trzydziestu sekundach i po chwili, nie wiedzc dobrze co si dzieje (wypadki tocz si zbyt szybko jak na Ukrain), jedziemy wygodnie do Woowca. Zaskoczenie jest pene: tych autobusw nie powinno tu by, poza tym wystarczyoby, ebymy pojawili si na krzywce o pi minut pniej a stracilibymy szans na ich zapanie. Cuda zdarzaj si, jak wida. Cena szeciu biletw do Woowca: 9 hr.

Po kilkudziesiciu minutach jestemy na stacji kolejowej w Woowcu. Anektujemy kt przy grzejniku, pichcimy puree ziemniaczane z serem tym, zagryzamy kiebas i czosnkiem. Pijemy kolejne herbatki, wod pobierajc a to z domu kultury, podszywajc si za uczestnikw zebrania, a to z zamknitej turbazy, zasiedlonej przez pijanego stranika. Schniemy. 16 lutego. Godzina 1.55. Wsiadamy do popiesznego do Charkowa. Korzystamy z wygodnej "packarty". Wagonowy chce nam wcisn dwa komplety pocieli ale nie udaje mu si to dziki nieugitej postawie aby. Cena przejazdu: bilet/packarta - 1.92/1.40 hr.. O wicie jestemy we Lwowie. Siedzimy w barze na grze i czekamy na pocig do Rawy Ruskiej. Dworzec przeszed renowacj (zwaszcza cz dolna) i sprawia lepsze wraenie ni dawniej. Spisujemy pracowicie rozkady jazdy pocigw lokalnych i dalekobienych.

Pocig do Rawy jest wielki, pusty i nieskoczenie wolny. W Rawie ldujemy po trzech godzinach jazdy. Oczekiwanie na odpraw celn skracamy sobie wczc si po okolicach dworca. Tu take spisujemy rozkady jazdy autobusw i pocigw. W kocu zostajemy poproszeni do kontroli celnej i rozpoczyna si szopka. Musimy wyadowa wszystko z plecakw. Zostajemy powiadomieni, e jakikolwiek znaleziony u nas antyk oznacza szybki kontakt z miejscow policj. Pada pytanie o pozwolenie na przewz siekier. Pogranicznik chce dzwoni do Sawska z pytaniem, czy nie popeniono ostatnio w regionie zabjstwa z uyciem siekiery. O zaszym mordzie wiadcz dodatkowo lady krwi obecne jakoby na doniach Marka i Pawa. Sytuaja jest zabawna ale ze miechem musimy poczeka do chwili gdy opucimy granice Ukrainy. Tymczasem Marek zostaje posdzony o przemyt narkotykw: celnik dugo i nieufnie smakuje cukierki Marka. Podejrzenie wzbudza fakt, e nie s one zapakowane w papierki. Potem znowu wraca pytanie o krew. "Ubrania czasami farbuj, a cukierki takie wyprodukowali", tumaczy Marek. Przesuchanie koczy si i moemy i do poczekalni. Uff...

W polskim pocigu wita nas polski kolejarz. Robi si swojsko. Kupujemy bilety do Warszawy (od Lubyczy Krlewskiej), urzdzamy sobie uczt z resztek zachowanej ywnoci. W Becu, razem z "naszym" kolejarzem wdrujemy do sklepu i zaopatrujemy si w piwo. Robi si cakiem swojsko. W pewnym momencie pojawia si w drzwiach przedziau nowa kolejarska twarz, zdradzajca objawy przemczenia alkoholowego. Kolejarz lustruje przedzia, po czym znienacka pstryka w ucho picego Marka. Podrywamy si z miejsca, na co natrt ucieka jak sposzona kuropatwa. Po nastpn porcj piwa wyskakuje Radek w Zawadzie ale nie moe znale sklepu. W Rejowcu kolej na mnie i na ab. Pocig stoi tu tylko cztery minuty, wic wyskakujemy z dworca jak optani. Pytam ab, czy zna kogo w Rejowcu, odpowied jest negatywna, gubimy prawie nogi. Tymczasem w jedynym obok stacji sklepiku nie ma piwa. Pech! Wicej nie kusimy losu. Wracamy i zasypiamy koysani "elektroniczn" dyskusj. Budzimy si dopiero na przedmieciach Warszawy. Dobiega 21-sza. Na Centralnym grupa rozwizuje si, kady z uczestnikw z niejakim trudem wtapia si w tum i niknie w brzuchu wielkiego miasta. Radek zostaje i oczekuje na pocig do Poznania.

Innymi sowy: koniec.