AKT Maluch
Aktualnosci O klubie Imprezy Chatka Rada klubu Galerie Linki Kontakt
Ukraina, luty 1997, połonina Borżawa

UKRAINA '97

Zimowy atak na Połoninę Borżawę
Maciej Żemojtel

TERMIN: 12 - 16 lutego 1997
MIEJSCE: UKRAINA: Północne skłony Połoniny Borżawy. Wsie Riczka, Bukowec.

12 lutego. Dworzec Zachodni w Warszawie. Epilog w trudach i znoju zrodzonej, do ostatniej chwili wiszącej na włosku wycieczki. Z wielkich i ambitnych planów pozostało niewiele: cztery dni do dyspozycji i wyłoniona z chaosu koncepcji Połonina Borżawa.

Z kronikarskiego przyzwyczajenia parę słów o mapach i sprzęcie:

Mapy:

  1. Mapy Spezialkarte der Osterreich - Ungarischen Monarchie 1:75 000 (wyd. M.I. Wien 1873-1915), arkusze: Szolyva (zone 11, kol. XXVIII, 4570), Okormezo (zone 11, kol. XXIX, 4571). Bezsprzecznie najlepsze.
  2. Mapy WIG 1:100 000 (wyd. WIG W-wa, 1925-1937), arkusze: Svalava (pas 54, słup 36), Seneczów (pas 54, słup 37).
  3. Ukraińskie mapy 1: 200 000, "Zakarpatska Obłast i "Lwiwska Obłast", niezłe graficznie, zawierające aktualne nazwy cyrylicą.

Żywność (na jedną osobę):

  • płatki (jęczmienne, owsiane itp.) - 500g.
  • kaszka mleczno-ryżowa "Winiary" - 1 szt.
  • mleko w proszku - 1/2 op.
  • orzechy laskowe - 400g.
  • owoce suszone - 400g.
  • ryż - 300g.
  • puree ziemniaczane - 300g.
  • soja - 1/2 op.
  • czekolada - 300g.
  • kiełbasa suszona - 400g.
  • ser żółty wędzony - 400g.
  • rosołki - 8 szt.
  • sól, inne przyprawy - wedle uznania.
  • herbata - 100g.
  • cytryna - 2 szt.
  • cukier - wedle uznania.
  • glukoza - 1 op.
  • czosnek - wedle uznania.
  • cebula - wedle uznania.
  • jedzenie na drogę - wedle uznania.
  • pieczywo chrupkie - wedle uznania.
Sprzęt obozowy i osobisty: nic nowego, czyli namioty, "kotliki", siekiery, epigas, świeczki, zapałki, latarki, apteczka, lina i cała góra innych niezbędnych rzeczy, w których wymienianiu nie widzę sensu.

Godzina 18.30, zajmujemy miejsca w autobusie do Lwowa. Pięć minut temu dołączył do nas Radek, dla którego ten wyjazd zaczął się kilka godzin wcześniej w Poznaniu. Autobus jest podejrzanie czysty i elegancki, prowadzi go dwóch polskich kierowców. Koszt przejazdu na trasie Warszawa - Lwów: 36 nowych złotych.

Przebijamy się powolutku przez miasto i po pół godzinie zajeżdżamy na Warszawę Stadion, gdzie kompletujemy pasażerów. Po krótkim postoju ruszamy, opuszczamy wreszcie miasto i wtapiamy się w bezkres nocy. Godziny płyną leniwie, trochę rozmawiamy, trochę próbujemy spać. W Lublinie krótki postój, resztę wolnych miejsc zajmują Ukraińcy, nastrój robi się całkiem "wschodni". Gdzieś między Lublinem a Zamościem półgodzinna przerwa w podróży, kierowcy idą do przydrożnej knajpy a my pod historyczny słup, który wedle Żaby wyznacza połowę odległości pomiędzy Warszawą a Lwowem, a wedle napisu na samym słupie połowę odległości między Lublinem a Zamościem. Inny napis głosi, że drogę, nad którą góruje słup, zbudował w 1835 roku niejaki inżynier Bajer. Przed powrotem do autobusu robimy sobie ze słupem pamiątkowe zdjęcie.

13 lutego. O godzinie 1.50 jesteśmy w Hrebennem. Przed przejściem ciągnie się niemal kilometrowa kolejka oczekujących samochodów. Na szczęście jako kursowy autobus mamy przywilej ominięcia jej, z czego skrzętnie korzystamy.

Na przejściu w Rawie Ruskiej bez problemów. Deklaracje okazują się zbędne, obywa się bez kontroli celnej. Wymieniamy pieniądze w kantorku na przejściu (dolar = 1.69/1.85 hr., dalej w Rawie kurs 1.84/1.92 hr.), po dwadzieścia dolarów na głowę, większość wypłaty pobierając w banknotach po dwie hrywny. Nabywamy w ten sposób sporo makulatury, możemy jednak swobodniej się rozliczać.

Ostatecznie opuszczamy przejście w Rawie o godzinie 4.15 czasu ukraińskiego. Za oknem inny świat, niestety na razie niewidoczny, zatopiony w mroku nocy. Miasta i wioski śpią w ciemnościach, jedyne oświetlone miejsca to rozrzucone po ważniejszych krzyżówkach GAJ-e, gdzie niestrudzeni funkcjonariusze stoją niezłomnie na straży porządku i prawa.

Około 5.30 docieramy do granic Lwowa. W centrum wysiada część ludzi, potem autobus przeciska się przez kręte uliczki i tuż przed szóstą dobija do dworca autobusowego. Po zawalonym mokrym śniegiem dworcu kręci się już sporo ludzi.

Mamy szczęście - łapiemy autobus do Kut i przerzucamy się nim do Stryja. Autobus jest swojski, zapchany ludźmi w czapkach uszankach, wypełniony tobołami i spalinami. Stosuje się w nim typowy ukraiński system ogrzewania, polegający na tym, że spaliny produkowane przez silnik krążą czas jakiś w długich rurach wmontowanych w ściany pojazdu i dopiero po chwili są wydalane na zewnątrz (bądź do wewnątrz) autobusu. Za bilety do Stryja płacimy po 2.27 hr. za osobę. Po drodze jeden dłuższy postój, w Mikołajewie, które okazuje się być sporym (i dość upiornym miasteczkiemn).

W Stryju spisujemy wszystkie możliwe rozkłady jazdy i lokujemy się szybko w osobowym pociągu do Mukaczewa. Wciąż mamy szczęście do szybkich przesiadek. W pociągu wykańczamy zapasy żywności zabranej na drogę, wyglądamy przez okna, zakładamy ochraniacze, dociągamy paski plecaków, słowem - szykujemy się do wejścia w góry. Początkowo jedziemy doliną Stryja, potem przeskakujemy w dolinę Oporu. Mijamy kolejne stacyjki, przedwojenne centra polskiej turystyki narciarskiej: Skole, Tuchlę, Sławsko, Ławoczne, Oporec. W górnej części doliny Oporu tory wiją się konwulsyjnie, przejeżdżamy przez kilka odważnych wiaduktów, pojawiają się tunele. W końcu przeskakujemy grzbiet Karpat i lądujemy na Zakarpaciu. Około południa docieramy do miasteczka Wołowec. Cena biletu kolejowego Stryj - Wołowec: 1.28 hr. To prawie koniec podróży, pozostało już tylko podjechać stąd gdzieś w bezpośrednią bliskość grzbietu Borżawy i rozpocząć wędrówkę.

Tymczasem zaczynamy od spisania rozkładów jazdy pociągów i autobusów. Okazuje się, że na komunikację oficjalną nie mamy co liczyć. Najbliższy pasujący nam autobus do Miżgoria odjeżdża dopiero za trzy godziny a my nie mamy czasu, by trwonić go na jałowe oczekiwanie. Zaczynamy rozmowy z typkami szukającymi szczęścia pod dworcem. Oferta jaką dostajemy jest prosta: możemy zostać podwiezieni dwoma osobowymi samochodami do wsi Riczka bądź Tiuszka (przewidywany przez nas punkt startowy) za sumę 40-stu dolarów. To trochę sporo, więc rezygnujemy. Kotwiczymy na dworcu, wysyłamy wici w miasto, wygląda na to, że jednak będziemy musieli zaczekać na autobus. Tymczasem Ukraińcy miękną i proponują 35 $, a zaraz potem, widząc nasze zniechęcone miny, 30 $. To wciąż dużo. Marek rzuca: 25 $ - i w ten sposób osiągamy porozumienie. Ładujemy plecaki na samochody i po chwili pędzimy jak opętani na wschód, w kierunku wsi Riczka. Droga jest dziurawa jak ser szwajcarski i zawalona śnieżną breją, mimo to nasi kierowcy nie zdejmują prawie nogi z gazu, nieczuli na dzikie, pełne sprzeciwu rzężenia wydawane przez ich samochody. Po drodze zatrzymujemy się, aby sfotografować uroczą drewnianą cerkiew, potem kontynuujemy rajd, by ostatecznie, po czterdziestu minutach skręcić z głównej drogi i znaleźć się w Riczce. Wyrównujemy rachunki (24 $, 2hr.,paczka Marlboro) i przenosimy się prędko do stojącego w centrum wsi betonowego przystanku, albowiem nad naszymi głowami zaczyna szumieć deszcz. Posilamy się, obserwujemy mieszkańców wsi, którzy wykazują żywe zainteresowanie naszą grupką. Kobiety wyglądają malowniczo, odziane w białe kożuszki z baraniej wełny. Proponują nam zakup wełnianych skarpetek własnego wyrobu, chętnie pozują do zdjęć. (Dla zainteresowanych: cena kożuszka z długimi rękawami, bez kołnierza - 120 hrywien ).

Nie bacząc na ulewny deszcz wyruszamy w górę wsi. Mijamy dużo pięknych, charakterystycznych dla regionu, drewnianych chałup. Niektóre z nich posiadają ozdobnie rzeźbione drzwi i okiennice, czasem ściany bądź wrota pokryte są prostymi malunkami wykonanymi prawdopodobnie wapnem. Z najwyżej położonej chałupy wychyla się kobieta i stara się odwieść nas od dalszego marszu. Biada nad naszym losem, zaprasza nas do domu, wygląda na prawdziwie zatroskaną. Dziekujemy grzecznie i po chwili brniemy przez mokry śnieg pokrywający wysokie pastwiska nad wsią. Widoczność jest żadna, deszcz pada nieprzerwanie. Za wsią skończył się przedept i musimy teraz własną pracą wydzierać górom każdy metr przebytej drogi. Docieramy do świerkowego lasu, łapiemy wznoszącą się zakosami drogę, pokrywa śnieżna jest tu grubsza a śnieg bardziej mokry. Idący na przedzie przebija kilkunastometrowy, głęboki miejscami na metr korytarz, po czym wędruje na koniec, "przekazując pałeczkę" kolejnej osobie. Tempo poruszania się jest prawie zerowe, co zresztą nie dziwi nikogo przyzwyczajonego do zimowych wędrówek. Taplamy się w śniegu, rozmawiamy, śmiejemy się z narciarzy, klnących w Polsce na bezśnieżną zimę.

Przed zmrokiem, po przebyciu niecałych dwóch kilometrów, docieramy do niewielkiej polany i zaczynamy przygotowywać teren pod obozowisko. Chodzimy w kółko, ubijając pracowicie śnieg, wydeptujemy ścieżki w poszukiwaniu chrustu, wyciskamy wodę z czapek, rękawiczek i innych autonomicznych części garderoby. Rozbijamy się pod okapem konarów złamanego buka, tutaj na pewno nie grozi nam obsunięcie się śniegu na nas lub spod nas. Zagrożenie lawinowe na śródleśnych polanach jest minimalne ale czasem lepiej dmuchać na zimne. Gotujemy ryż z soją, popijamy herbatką. Ognisko wtapia się ponad metr w śnieg, mimo to nie dociera jeszcze do powierzchni gruntu. Jest ciepło, trwa odwilż. Układamy się w namiotach ("marabut", w którym śpię z Żabą ma złamaną rurkę i nie wzbudza zaufania) i zapadamy w sen. W nocy słyszę jak Żaba strąca zasypujacy nas skutecznie śnieg, który pada, pada, pada, nie mając zamiaru przestać.

14 lutego. Rano budzę się w niewielkim jeziorze, w kompletnie mokrym ubraniu i śpiworze. Na plecach czuję kilka kilo mokrego śniegu, który dociska dach namiotu do mojego ciała. Sytuacja Żaby nie różni się od mojej. Wygrzebujemy się z namiotu i rozgrzewamy znosząc chrust. Okazuje się, że wszyscy doświadczyli w nocy tych samych akwatycznych warunków, podobnych do tych spotykanych podczas długotrwałych sztormów morskich. W namiocie Piotrka i Małgosi znajduje się spory akwen, gotowy do zarybienia, nie inaczej jest u Pawła, Justyny, Marka i Radka. Zapalamy ognisko i zwijamy obóz. Piotrek, Małgosia, Radek i Żaba zastanawiają się nad przerwaniem wycieczki i odwrotem. Zimno i wilgoć dają się solidnie we znaki. Ostatecznie Żaba zostaje z nami, pozostała trójka, po zjedzeniu rytualnej kaszki z owocami i płatkami, wraca na wczorajszy, prowadzący do Riczki wydept.

Podejmujemy wspinaczkę. Poruszamy się rzadkim bukowym lasem, dość stromo pod górę. Śniegu jest tu więcej, generalnie przybywa go wraz z wysokością. Robimy szybkie zmiany, mimo to posuwamy się w iście żółwim tempie. Po czterdziestu minutach brodzenia w mokrym śniegu wciąż jesteśmy tuż obok naszego miejsca noclegowego. Dogania nas Radek, który zachęcony przebłyskującym słońcem zdecydował się kontynuować wędrówkę. Kolejne godziny mijają na przebijaniu się przez sięgający często do piersi śnieg (oczywiście jest go dużo więcej, na szczęście niżej jest twardszy i nie zapada się pod naszymi nogami). Dwie godziny przed zmrokiem osiągamy polanę z kolibą pasterską. Na płaskim dachu koliby leży metr śniegu, ściany są zasypane do dwóch trzecich wysokości. Odkopujemy drzwi i wchodzimy do środka. Wnętrze jest puste, drewniana podłoga pokryta jest częściowo zeschłymi gałązkami buka. Robimy półgodzinną przegryzkę, po czym podejmujemy marsz po wypłaszczającym się wyraźnie grzbieciku. W istocie, dochodzimy później do wniosku, że koliba mogła znajdować się już na niskim i zalesionym w tej okolicy grzbiecie Borżawy. Twierdzenie to doczeka się kiedyś weryfikacji. Tymczasem, po wyjściu z koliby brniemy po szerokim, płaskim grzbieciku. Mija pół godziny a my wciąż jesteśmy w odległości rzutu kamieniem od szałasu. W obliczu zbliżającego się zmroku decydujemy się na powrót do niego i nocleg. Rozpalamy ognisko, gotujemy strawę, Paweł i Marek wykopują w śniegu głębokie na ponad dwa metry jamy i szykują się do spędzenia w nich nocy. Po kolacji zostawiamy ich w jamkach a sami dekujemy się w kolibie. Po godzinie przychodzi Paweł, jego jamka jest za ciasna i ogranicza ruchy. Poza tym po chwili leżenia w objęciach śniegu wszystko staje się mokre. Wkrótce zjawia się też Marek. Na razie koniec eksperymentów z jamkami śnieżnymi... Kolejna noc w bezwstydnie mokrych ubraniach i śpiworach dłuży się niemiłosiernie. Krótkie okresy płytkiego snu poprzerywane są godzinami oczekiwania na świt.

15 lutego. Świt wreszcie nadchodzi. Wstajemy szybko, rozpalamy ognisko (na nowym miejscu, ponieważ metrowa dziura po wczorajszym nie nadaje się do użytku przez swoją głębokość. Podejmujemy decyzję o wycofaniu się. Został nam tylko jeden dzień, tracenie go na produkcję kilometrowego przedeptu wydaje się nieuzasadnione. Cel minimum - dotarcie do grzbietu Borżawy nad Riczką, został osiągnięty.

Zejście do miejsca poprzedniego noclegu, po własnych śladach, zajmuje nam piętnaście minut. Wczoraj pokonanie tej kilometrowej trasy zajęło nam cały dzień. Po dalszych dwóch godzinach jesteśmy w Riczce. Dowiadujemy się, że Piotrek z Małgosią szczęśliwie wyjechali wczoraj. Zwiedzamy nową cerkiew, trwa w niej właśnie nabożeństwo i mamy okazję posłuchać starocerkiewnych śpiewów. Postanawiamy podejść w górę wsi, do przysiółka Potok i obejrzeć tamtejszą cerkiew a potem przerzucić się przez niską przełączkę do sąsiedniej doliny, w której położona jest wieś Bukowec.

Tymczasem zostajemy zaczepieni przez miejscowe kobiety, które, jak zwykle, oferują skarpetki, pozują chętnie do zdjęć i zapraszają do chałup. Przyjmujemy zaproszenie, potem orientujemy się, że nie bardzo mamy czas, aby z niego skorzystać. Na odmówienie jest już jednak za późno. Kobieta poszła przygotować imprezę i zostawiła małego chłopca, który ma nas zaprowadzić do chałupy, gdy tylko będziemy gotowi. Ostatecznie idę z Żabą i chłopcem, aby przeprosić i poczęstować czekoladą gościnną kobietę. Mamy wrócić za kilka minut. Idziemy przez wieś, okazuje się, że jest naprawdę duża, mało jest w niej jednak nowej zabudowy, większość domostw to piękne zabytkowe "okazy". Zostajemy zaprowadzeni do jednej z takich chałup. W środku wita nas czwórka starych kobiet w wełnianych "huniach". Wystrój jak w skansenie: wysokie łoże z puchowymi poduchami, na ścianach obrazki święte i zdjęcia rodzinne, wyglądające na bardzo wiekowe. Na stole lądują świeże gołąbki, ciasto, ostry owczy ser i oczywiście wódka, bardzo zachwalana przez gospodynię ("dobra wodka, nie ze sklepu, baba sama robyła"). Zostajemy zmuszeni do zabrania miejsca przy stole, do zjedzenia masy gołąbków i wzniesienia toastu. Jest miło i wcale nie chce się nam wracać do oczekujących nas przyjaciół. W końcu jednak udaje nam się wyrwać z gościnnych progów. Obiecujemy pojawić się latem, dostajemy wielki słój gołąbków i ciasto w rękę, żegnamy się wylewnie i wracamy pędem do zniecierpliwionej grupki.

Najedzeni, wyruszamy w kierunku przysiółka Potok. Świeci słońce, zaczyna być widoczna grań Borżawy. Co krok witają się z nami mili ludzie, dają lepsze lub gorsze rady, pytają gdzie byliśmy itd.. Jesteśmy znani, cała wieś obserwuje nasze losy od chwili, kiedy dotarliśmy tu z Wołowca. Z rozmów wynika, że latem pojawia się tu dużo Czechów, zarówno pieszych jak i zmotoryzowanych, zimą nikt nie zagląda w te strony. Zatem grupa turystów z Polski, w lutym, stanowi sama w sobie rzecz niecodzienną.

Oglądamy drewnianą cerkiew i stare chałupy w Potoku, podchodzimy na przełęcz, wędrujemy przez Bukowiec. Do cerkwi w Bukowcu dochodzimy o zmroku. Żaba robi zdjęcie ze statywu, z ekspozycją 4 sek.. W centrum wsi kręci się kilkunastu wyrostków, rezygnujemy z noclegu we wsi (i noclegu w ogóle) i dochodzimy do głównej szosy Miżgorie - Wołowec. Jest godzina 19-sta. Wedle zapewnień spotykanych ludzi oraz wedle naszych rozkładów nie mamy co liczyć na żadne połączenie do Wołowca o tak późnej porze. Przed nami ponad dwudziestokilometrowa wstęga szosy. Szykujemy się do nocnego marszu, postanawiamy coś zjeść, gdy nagle od strony Wołowca wyłania się widmo autobusu. Widmo podjeżdża, zatrzymuje się i nie chce znikać. Marek z Żabą biegną do kierowcy, pytają czy będzie wracał. Nie będzie, ale za piętnaście minut możemy spodziewać się kursowego autobusu do Wołowca. Nie wierzymy własnym uszom. Tymczasem wspomniany autobus pojawia się już po trzydziestu sekundach i po chwili, nie wiedząc dobrze co się dzieje (wypadki toczą się zbyt szybko jak na Ukrainę), jedziemy wygodnie do Wołowca. Zaskoczenie jest pełne: tych autobusów nie powinno tu być, poza tym wystarczyłoby, żebyśmy pojawili się na krzyżówce o pięć minut później a stracilibyśmy szansę na ich złapanie. Cuda zdarzają się, jak widać. Cena sześciu biletów do Wołowca: 9 hr.

Po kilkudziesięciu minutach jesteśmy na stacji kolejowej w Wołowcu. Anektujemy kąt przy grzejniku, pichcimy puree ziemniaczane z serem żółtym, zagryzamy kiełbasą i czosnkiem. Pijemy kolejne herbatki, wodę pobierając a to z domu kultury, podszywając się za uczestników zebrania, a to z zamkniętej turbazy, zasiedlonej przez pijanego strażnika. Schniemy. 16 lutego. Godzina 1.55. Wsiadamy do pośpiesznego do Charkowa. Korzystamy z wygodnej "płackarty". Wagonowy chce nam wcisnąć dwa komplety pościeli ale nie udaje mu się to dzięki nieugiętej postawie Żaby. Cena przejazdu: bilet/płackarta - 1.92/1.40 hr.. O świcie jesteśmy we Lwowie. Siedzimy w barze na górze i czekamy na pociąg do Rawy Ruskiej. Dworzec przeszedł renowację (zwłaszcza część dolna) i sprawia lepsze wrażenie niż dawniej. Spisujemy pracowicie rozkłady jazdy pociągów lokalnych i dalekobieżnych.

Pociąg do Rawy jest wielki, pusty i nieskończenie wolny. W Rawie lądujemy po trzech godzinach jazdy. Oczekiwanie na odprawę celną skracamy sobie włócząc się po okolicach dworca. Tu także spisujemy rozkłady jazdy autobusów i pociągów. W końcu zostajemy poproszeni do kontroli celnej i rozpoczyna się szopka. Musimy wyładować wszystko z plecaków. Zostajemy powiadomieni, że jakikolwiek znaleziony u nas antyk oznacza szybki kontakt z miejscową policją. Pada pytanie o pozwolenie na przewóz siekier. Pogranicznik chce dzwonić do Sławska z pytaniem, czy nie popełniono ostatnio w regionie zabójstwa z użyciem siekiery. O zaszłym mordzie świadczą dodatkowo ślady krwi obecne jakoby na dłoniach Marka i Pawła. Sytuaja jest zabawna ale ze śmiechem musimy poczekać do chwili gdy opuścimy granice Ukrainy. Tymczasem Marek zostaje posądzony o przemyt narkotyków: celnik długo i nieufnie smakuje cukierki Marka. Podejrzenie wzbudza fakt, że nie są one zapakowane w papierki. Potem znowu wraca pytanie o krew. "Ubrania czasami farbują, a cukierki takie wyprodukowali", tłumaczy Marek. Przesłuchanie kończy się i możemy iść do poczekalni. Uff...

W polskim pociągu wita nas polski kolejarz. Robi się swojsko. Kupujemy bilety do Warszawy (od Lubyczy Królewskiej), urządzamy sobie ucztę z resztek zachowanej żywności. W Bełżcu, razem z "naszym" kolejarzem wędrujemy do sklepu i zaopatrujemy się w piwo. Robi się całkiem swojsko. W pewnym momencie pojawia się w drzwiach przedziału nowa kolejarska twarz, zdradzająca objawy przemęczenia alkoholowego. Kolejarz lustruje przedział, po czym znienacka pstryka w ucho śpiącego Marka. Podrywamy się z miejsca, na co natręt ucieka jak spłoszona kuropatwa. Po następną porcję piwa wyskakuje Radek w Zawadzie ale nie może znaleźć sklepu. W Rejowcu kolej na mnie i na Żabę. Pociąg stoi tu tylko cztery minuty, więc wyskakujemy z dworca jak opętani. Pytam Żabę, czy zna kogoś w Rejowcu, odpowiedź jest negatywna, gubimy prawie nogi. Tymczasem w jedynym obok stacji sklepiku nie ma piwa. Pech! Więcej nie kusimy losu. Wracamy i zasypiamy kołysani "elektroniczną" dyskusją. Budzimy się dopiero na przedmieściach Warszawy. Dobiega 21-sza. Na Centralnym grupa rozwiązuje się, każdy z uczestników z niejakim trudem wtapia się w tłum i niknie w brzuchu wielkiego miasta. Radek zostaje i oczekuje na pociąg do Poznania.

Innymi słowy: koniec.

Tu są miejsca, w które warto kiedyś zajrzeć