AKT Maluch
AKT Maluch
Zerwka 2006 - raport

Sakramencka erwka 2006



Dzie 1 i 2 – niedziela i sobota


Pierwsze spotkanie na Warszawie Wschodniej, krtka wymiana uprzejmoci i oswajanie si z nowymi znajomymi. Wyliczamy sobie ile jest imion na „M”, ktre si najczciej powtarzaj i (co wynika z powyszego) jakie najlepiej wykrzykiwa w chwilach, gdy bdzie si liczyo na ratunek stajc oko w oko z sakramenck faun Bieszczadw. Wybr pada na Michaw. Nikt jeszcze nie jest wiadomy tego, jakich emocji i niezapomnianych wrae dostarczy nam ten wyjazd, czy choby tego jak zmylnie nasze niewinne umysy opanuje Ambroy za porednictwem swojego Michaa :)

Nie sposb zgrabnie opisa, co dziao si w pocigu, rozdrobnienie na przedziay utrudnia podsumowanie tej czci erwki. Jedno jest warte zaprotokoowania: posta niezmordowanego ordownika sakramenckoci, pierwszego kowboja dukielszczyzny, naszego guru - Jdrusia z Dukli. Ten czowiek, zrzdzeniem losu, zasia w naszych gowach pierwiastek dzikiej radoci, ktry pczkowa i rs przez cay wyjazd.


Po raz ostatni zadajemy sobie pytanie: co my tu do jasnej ciasnej robimy? I po co nam te niesmerfnie cikie wory? A nastpnie przekraczamy granic zdrowego rozsdku...


Wnet dojechalimy do Zagrza, a stamtd wykonalimy barani skok do Woosatego. W Woosatem spoylimy pierwszy wsplny posiek, co z tego, e z resztek z podry – i tak wszystko zostao pochonite w mgnieniu oka (pierwsze objawy erwkowacenia zerwki). Tylko moje orzeszki zostay :( Byo im pniej baaardzo przykro...

Zarzuciwszy na plecy nasze pokutne wory rozpoczlimy rejs w gry. Szybko doczy do nas Witek (wyposaony w dwie sakramenckie sztuczne nogi), ktry przyczajony koo posterunku parkowego kasjera wyczekiwa nadejcia naszej radosnej druyny. Hej ku grom, niedwiedzie kudacze!

Szturm Tarnicy to dobry akcent na pocztek – nie ma to jak zalicza z biegu najwyszy szczyt w Bieszczadach i Beskidzie Niskim :) Nie speszeni tym faktem docieramy do celu rzecy jak te motylki – dopinguj nas komentarze mijanych wycieczek geriatrycznych: „Ja te kiedy tak chodziem z plecakiem...”, „Oni to mog, tacy modzi...”, „Przecie to nadludzie!”, „Wiwat nasi bohaterowie!”. Albo co w ten dese ;)


Zadowolona z siebie grupa szturmowa ZZSGS (+Mateusz z aparatem jako Wielki Nieobecny)


Pod Tarnic ma miejsce szybka kumulacja rozcignitego peletonu, w tym czasie uciekajca wczeniej grupka wkracza dumnie na szczyt, przejmujc go w imieniu Politechniki i kilku innych uczelni. Wzniesione zostaj metafizyczne fortyfikacje, wykopane quasi-wilcze-doy i ustawiony pseudoposterunek... Fajnie czasem pomarzy :)



Po chwili odpoczynku czas na zejcie do przeczy goprowcw. Tam szacowna kadra zapowiada krtk przeksk. Jednak okazuje si ona tylko przysowiow marchewk-na-osioka, bowiem (jak pokae czas) miejsce jej spreparowania bdzie poruszao si wzdu szlaku, mobilizujc do sprawnego przemieszczania si. I tak udaje si nam wtelepa na Krzemie – szczyt rozpoczynajcy Bukowe Berdo. Poniewa mistyczna przekska sunie dalej, idziemy jeszcze i jeszcze... a nagle TRZASK. Awaria systemw pokadowych. Panika, starcy wznosz mody, kobiety krzycz, dzieci pacz! Piotrkowi urywa si pasek docigowy w systemie nonym. Troch zaamujemy rce, ale wnet jak ta wieczka w ciemnym pokoju, jak stra poarna przy palcym si bloku pojawia si Marek i zarzdza wykonanie naprawy przez zawizanie tamy w odpowiednim miejscu. To jest moment historyczny i skaniajcy ku namysowi, bo ta prowizorka, ta magiczna konstrukcja, inynierska fantazja przetrwaa do koca wyjazdu...

A posiek nadszed ju po chwili...


Niewskazane jest jednak zbyt dugie zasiadywanie si! Ju po chwili grupa szturmowa specjalnego naznaczenia uderza aby ostatecznie pochon reszt Bukowego Berda i dotrze do granicy Parku, gdzie dane nam bdzie rozbi obz.


„Ha! – w duchu mieje si Ambroy – jeszcze nie wiedz, co ich czeka...”

Ambroewicz M., Cukrowy Panek i przyjaciele,

[w:] Opowieci dziwnej treci, Bieszczady-Beskid Niski 2006.


Dojcie do granicy Parku nie byo wielkim kopotem, troch gorzej byo ze zlokalizowaniem si na mapie (kady chopiec i kada dziewczynka po liceum wiedzie powinni, e na granicach czegokolwiek czasoprzestrze ulega zakrzywieniu). Ale to dopiero by pocztek. Odnalazszy si w terenie rozpoczlimy poszukiwania strumienia. On podobno gdzie tam by... kiedy... Ale problem polega na tym, e nie byo go tam teraz. Moe chopaczyna wyjecha na wakacje? Nic to, po kilku partyzanckich wypadach w jeyny, przez gsty busz bieszczadzki w poszukiwaniu jakiegokolwiek rdeka, postanowilimy i dalej, w najgorszym wypadku mielimy doj do pola namiotowego w Widekach. Na szczcie po chwili moj i Papy S. (oklaski) uwag zwrci szczyt Wideki, w okolicy ktrego zgodnie z nasz magiczn map mia znajdowa si strumyk. Rozdzielilimy si, aby podj t ostatni prb odnalezienia Potoku ycia, naszego Platynowego rda, Rzeki Zbawienia. Najpierw niepokojcy sygna od Papy: „erwka, we have a problem...” i zwtpienie wkradajce si w serce drugiego poszukiwacza. Rozbiegany wzrok poszukuje oznak zestrumienienia i zerdlenia terenu, uszy nasuchuj kojcego ciurkania... JEST! (Yes, yes, yes! – e tak to ujm) Nasz potoczek, potoczeczek, potoczu, potoczydeko.

Wobec tego mona si rozbija. Teraz czas na ekip bojowo-siekierkow lasorbw pod przewodnictwem gwnego toprmajstra Pawa, bezbdnego wyszukiwacza drewna opaowego. Troch szybkiej krztaniny – zmierzcha ju, a wskazane byoby rozbicie namiotw i rozpoczcie procesu krystalizacji dania obiadowego. Na szczcie wszystko idzie po naszej myli.

Pierwszy wieczr przebiega pod znakiem autoprezentacji poszczeglnych uczestnikw. Najwaniejszym pytaniem zdaje si by to o preferencje plackoziemniaczane. Z cukrem, mietan, „sote”, czy moe w gulaszu? To dylemat powany i niesusznie pomijany w rozprawach filozoficznych, chociaby przez Nietschego – idea nadplacka (überplatschek) nie powinna by mu obca („Tako rzecze Zaratustra” w beta-wersji nosio wiele mwicy o gucie pana N. tytu „Tako rzecze Placek-z-cukrem”). Hi hi.


Ukryte talenty ktrego z uczestnikw? Piorun kulisty?;)

Dzie 3 - wtorek


Czas zbiera nasz pierwszy obz. Najpierw konsumujemy niadanko – gwd porannego programu. Zaraz potem packung-packung i do boju. Zejcie nie naleao do najciekawszych – ot, okazja do pokatowania stp. Przy szosie znalelimy chat leniczego, gdzie miay by lody, sodycze i napoje (tak gosi szyld). Zadano cios w potny gong i ze swej jamy wyskoczy pan leniczy. Hm. Ewentualnie moglimy zakupi wod. Gazowan. Ale nie byo przymusu :) W zwizku z tym podzikowalimy i przetuptalimy do jakiego przytulnego, przydronego rowu ulokowanego koo rozejcia si szlakw. Aaaaa, jak dobrze. Powoli w tym miejscu zacza osadza si reszta erwkowiczw.

Poywiwszy si rozdzielamy skad by posmerfowa: a) niebieskim szlakiem – tym teoretycznie bardziej mczcym, b) asfaltem do Berekw i tym szlakiem – tym z ukryt niespodziank. Opcja b) bya preferowana przez autorw le reportau :) Wybr by dobry: dotarlimy do ostoi cywilizacji przy wejciu na szlak. Sympatyczny pan sprzedawa tu lody, wody, cukierky, wafle-y i inne miesznoci-y. Dalimy si skusi przez ciemn stron mocy. C, errare humanum est, a jedno errare na jaki czas nie zaszkodzi :)

Po dokonaniu przez Pap Smerfa czynnoci legalizujcych nasz pobyt w parku wystrzelilimy jak z procy na szlak. Niewtpliwie cieka jest urokliwa, szczeglnie sympatyczny wydaje si wijcy si w jej ssiedztwie strumie. Ale, ale, bach, bach, bach... i jestemy na miejscu, przy magicznej Kolibie PW, gdzie niektrzy z nas mog paci 1z za nocleg. Uuuuuu, fantastische.

Po chwili Mateusz skonstatowa ze smutkiem, e rozpad mu si but. Iiiii, what a pity. Ale na szczcie opiekunowie Koliby okazali si wspaniaomylni i uyczyli mu narzdzi czyszczco-piorcych do buta oraz Butaprenu. Jednakowo wydajc klej zadali nam dziwne pytanie: „Czy macie zamiar to wcha?”.

Czy my wygldamy jak ludzie, ktrzy chc co wcha?









eee, nie :)


Buty tymczasowo udao si naprawi.

Kiedy caa ekipa zebraa si, pozostao tylko rozpocz ruchy obiadotwrcze.

Mielonka, ognicho i piew, a na koniec dysputy nad wypalajcym si arem – czeg wicej mona pragn? No po prostu rozpyn si z radoci...


Dzie 4 - roda


Dzie rozpoczlimy w wyjtkowych nastrojach i humorach. Nie ma to w kocu jak noc spdzona pod dachem. Co z tego, e brakowao ciany, a pomidzy stropem a podog ziay Szczeliny Chodu. Dysponujc poczon myl techniczn WATu, Politechniki, Akademii Medycznej, kilkoma ceratami i kombinerkami stuningowalimy lokum do tego stopnia, e dao si w nim spdzi noc. Kompresja piworowa sprawia, e zbliylimy si niebezpiecznie do granicy ekstremum wspczynnika „erwkowicz/m2”. Wszelkie niewygody wynagrodzi nam jednak kawaek rwnej podogi, jake przyjemny po spaniu w koleinach (wzdu dla newbie i w poprzek dla hardcorowcw). Wygramoliwszy si z naszego lokum przystpilimy do ruchw niadaniotwrczych. Okazao si, e doczya do nas kolejna radosna uczestniczka erwki, wadajca potg chichotu Aga Jolka. Grupa konna ktra dzielia z nami pole namiotowe stwierdzia z zadowoleniem, e stan liczebny inwentarza si zgadza (jak wida Micha z Ambroym byli bardziej picy ni godni tej nocy). Postanowili jednak nie ryzykowa za bardzo i zwinli si zanim zaczlimy niada. Ewidentnie przestraszyli si naszych wygodniaych min...

Z penymi brzuszkami (czyli bezpieczni dla otoczenia) wyruszylimy z Koliby w kierunku Pooniny. Wdrwka bya wyjtkowa przyjemna ze wzgldu na stosunkowo atwy teren (adnych schodw – wyciskaczy ez), wietn pogod (soneczko, chmurki i wiaterek) i liczne atrakcje jeynowo-jagodowe. Spodziewajc si ukrytych trudnoci parlimy zdecydowanie, wyej i wyej a... doszlimy. Po maej naradzie okazao si, e oto osignlimy ju nasz cel.



Niech was nie zmyl te pewne siebie i obojtne miny naszego peletonu. To tylko maski! Kiedy wszedem na szczyt, to saniali si na kolanach z wycieczenia!


Rozejrzawszy si troch po szczycie zauwaylimy znak pomiarowy z jake ciekawym napisem: „uszkodzenie podlega karze”. Ze smtnymi minami pochowalimy wic nasze moty i kilofy z powrotem do plecakw. A nu bymy jeszcze podlegli karze? (Kara swoj droga chyba polega na tym, e trzeba wnie taki nowy supek...).


Rozwaliwszy si w trawie czekalimy na reszt naszej wycieczki apic ciepe promyczki soca. Po bliej nie okrelonym czasie doczy do nas nasz bohater, papcio Smerf, stra tylnia erwki pilnujca by nikt si nie zgubi, bohater ostatniej yki i (p)przewodnik w jednym.



Kiedy bylimy ju wszyscy razem podjlimy dysput filozoficzn nad piknem otaczajcej naszej przyrody. - wersja oficjalna. lub Rzucilimy si na zapasy, poerajc nieprzyzwoite iloci czekolady, sezamkw, kabanosw oraz „Kropli Koliby” (niekoniecznie w tej kolejnoci) – wersja nieoficjalna. W akcie desperacji podjto nawet prby wysokiego ryzyka z „Sodk chwil” na zimnej wodzie. Z jakim efektem, tego nie wiem ale biorc pod uwag, e stan liczebny sprzed i po zerwce si zgadza to nie bya to prba miertelna. Pokrzepieni jedzonkiem (albo perspektyw nastpnego jedzonka) ruszylimy dalej.



Tym razem udao mi si uchwyci rzeczywisty stan peletonu. Jedynie Witek zachowa pozory zimnego profesjonalisty.


Dzie zakoczylimy na polu namiotowym w Brzegach, gdzie doszo do rozpusty niebywaej. Wiata na ognicho, bieca woda (w rzeczce oczywicie), mleko, ser i mid. Po demokratycznym gosowaniu (lub despotycznym zignorowaniu protestujcych) cz mleka zostaa przemieniona w budy.


Dzie 5 - czwartek


Dzie rozpoczlimy znowu w wietnych humorach. Rwniukie pole namiotowe z przystrzyon trawk byo szczytem naszych marze, ktry w kocu si speni. Po niadaniu sponsorowanym znowu gwnie przez pasce si tu i wdzie muki ruszylimy w dalsz drog.

Warunki atmosferyczne byy praktycznie takie same jak dnia poprzedniego. Swoj drog pogoda raczej zachcaa bardziej do wylegiwania si na soneczku ni marszw z plecakiem, ale pozostawanie erwki w jednym miejscu byo zbyt duym zagroeniem dla otaczajcej fauny i flory (zwaszcza tej kompatybilnej z narzdziami kuchennymi).

Pierwszym przystankiem na trasie bya tajemnicza Chatka Puchatka, gdzie rzekomo nawet za wrztek si paci, a ludzi byo tyle jakby co najmniej rozdawali co za darmo... Chwila odpoczynku bya te pretekstem do uczczenia urodzin jednej z uczestniczek. Nim zainteresowana si spostrzega bya ju podrzucona do gry (w ten jake ‘taktowny’ sposb zdradzono wszystkim w promieniu 150m ile Monia ma lat, ale w kocu kto by to tam pamita... ;) ). Zaopiekowawszy si czekolad penic funkcje tortu ruszylimy dalej.

Dalsza trasa obfitowaa rwnie w liczne atrakcje. Napotkalimy m.in. ‘niedzieln’ wycieczk modziey. Poprawiajc ostentacyjnie pasy biodrowe naszych cameli i rzucajc pogardliwe spojrzenia na ich plecaczki zostawilimy grup w tyle. Kolejn atrakcj charakterystyczn dla zerwki 2006 by postj na jedzenie (a jake by inaczej). Piotr zaprezentowa ostatni szyk mody Bieszczadzkiej zakadajc swoje okulary.



Piotrek utrzymywa, ze okulary s zdobyczno-znalene. Co ciekawe kady komu o tym powiedzia pyta: „a komu je zabrae i co mu zrobie”. Co w tym chyba jednak musi by...

By nabra si przed ostatnim etapem wdrwki przystpilimy do dziaa jedzeniosprawczych. W ruch poszy noe, chleby, paszteciki i konserwa lotnicza (lub dalekiego zasigu) niesiona z powiceniem przez Mateusza.


Oto unaocznienie stosunkw panujcych na zerwce - kto ma jedzenie ma wadze! Weronika i Ola trzymaj rce w gecie poddania, a Mateusz-seronadzorca wydziela dobra. Warto rwnie zwrci uwag na szelmowsk min Moni ktra ju swoj kanapk dostaa i teraz pastwi si nad koleankami.

Niestety postj i szamanko przyniosy efekt odwrotny do zamierzonego. Zaostrzyy apetyty i rozleniwiy towarzystwo. By nie traci rozpdu zebralimy grup uderzeniow ktra uzbrojona w toporek miaa ruszy do Jaworzca, dokona rozpoznania i puci z dymem okoliczn wiosk... a nie, to nie ta bajka.

Tak czy owak ruszylimy we trzech (diMateusz + Piotrek) przedziera si przez bota i kamienie do miejsca naszego noclegu. Dwie godziny pniej, porzdnie zmordowani, zobaczylimy w kocu cel naszej wdrwki – bacwk w Jaworzcu. Ku naszemu zdziwieniu zostalimy przywitani przez tubylcw, (rzekomo) grup taneczn z Mazowsza. Mia starsza pani wypytaa nas o imiona co najmniej jak oficer gestapo, po czym zatroskana zacza pyta skd takie straszne boto przynielimy na butach. Bya bardzo nie pocieszona, kiedy powiedzielimy jej, e to ze cieki oddalonej raptem o kilkaset metrw od schroniska.

Zyskawszy pozwolenie na pobyt u bossa bacwki ruszylimy na poszukiwanie drewna. I tu nastpia niemia niespodzianka. Weszlimy w las i stanlimy bezradni niczym harcerki, o ktrych opowiadaa nam Aga. By to pierwszy las w ktrym praktycznie nie byo drewna. Po kwadransie buszowania mielimy opau moe na rozpak. Zdesperowani chwycilimy za siekiery i postanowilimy zdoby kady centymetr suchej gazki jaki by w zasigu. Kolejne 20 min i zapas ‘drewna’ urs do tego stopnia, e moe udaoby si nam podgrza troch wody na herbat. W akcie desperacji postanowiem uda si na zwiad w przeciwnym kierunku przez pokrzywy. Znalazem... pokrzywy i... pokrzywy oraz... jedn gazk.

Zgarnwszy posiki ktre przybyy wrcilimy ponownie do lasu. Mimo pracy grupowej nadal zapas drewna nie wskazywa na to, e bdziemy je ciepy obiad. Wtedy niczym Sobieski pod Wiedniem przybyli nam z pomoc „tancerze”. Postanowili podzieli si z nami komercyjnymi zapasami drewna. Stawialimy dzielnie opr tym syrenim propozycjom i miotalimy si jak lwy z naszymi patyczkami (trzeba byo w kocu zachowa twarz! my i drewno ze sklepu? Phi!). Jednak perspektywa braku obiadu zamaa nasz krgosup etyczny jak suchy patyczek i przystalimy na propozycj.

W zwizku z powyszym posiek szczliwie wyldowa w naszych brzuchach, ten wity Graal erwki nie pozostawi nas w stanie smutnego nienasycenia. Ale, ale: zaczy si chralne piewy radosnej ekipy niedzielnych turystw. Jak si szybko zorientowalimy (mona to byo przewidzie :P) zuywany wigor uzupeniany by szybko przez rne magiczne, pmagiczne i zupenie ordynarne manifestacje metafizycznego boka procentusa wielgusa. Chwila zastanowienia... i nasza ekipa podja jedynie suszny wybr: cz uderzya w kimono, pozostali postanowili zaszy si w przytulnej salce jaworzcowej bacwki.

I to by dopiero dobry pomys!

Tam krya si bowiem mityczna Arkadia, pena wszelkiej maci piewnikw turystycznych, kompletowanych przez zarzdcw Jaworzca, a pochodzcych od znamienitych skrybw, bardw i... innych studenckich klubw turystycznych :) Szybko skoowalimy do rodka Pana Gitar – Le Krzysztofa naszego. Zacza si orgia! dne piewu krtanie sakramenckich lemingw dostay kosk dawk pieni, piosenek, ryczanek i przypiewek. Chaupa draa w posadach, kiedy nasze modziecze gosy z impetem atakoway jej ciany, wwiercay si w krokwie i rny otaczajc nas rzeczywisto na drobniusiekie kawaeczki! Mazowsze moe si schowa – jest przy nas jak p gryfu zza krzaka :) Repertuar by bogaty, ale nasta moment, w ktrym wadajcy bacwk uoyli si do snu i sympatyczny goprowiec zaleci nam zredukowanie natenia emitowanych dwikw. Trudno... jeszcze kilka utworw i opucilimy podwoje goszczcego nas domu. Jednak tylko po to, aby zaatakowa dogasajce ognisko i spreparowa troch herbatki, rwnoczenie zapamitale uczc si pieni o „Dziub-dziubie”. A ysol szczodrze nam przywieca :)


Dzie 6 – pitek


Dzie zacz si bardzo niepozornie. Znowu nam dopisyway humory (ot, bana – bieca woda) i wszystko wskazywao, e czeka nas kolejny wspaniay dzie. Rzeczywisto zweryfikowaa jednak nasze prognozy i byo raczej... ‘fajnie’ (a nie przyjemnie, zgodnie z Mateuszowymi kategoriami). Podczas niadania zaczo kropi! Namioty zwinlimy trybem awaryjnym i przenielimy si do ciepego schroniska. Dokonalimy tam segregacji kart i zgbilimy tajniki licytacji w „planowaniu”, raczc si czekolad. Odpiewalimy take urodzinowe „stolat” i „niechmugwiazdka” Pawowi. Tymczasem deszcz rozpada si do tego stopnia, e zaczlimy podburza si nawzajem do zostania w obrbie czterech cian. Wanie w tym momencie day o sobie zna cechy przywdcze Papy Smerfa. Usyszelimy zdecydowane „NIE” i byo jasne, e dzisiaj H20 raczej nie unikniemy.

Okoo 13 okutalimy si w paatki, poncha oraz kurtki i wyruszylimy na szlak. Jak zwykle pewna cz grupy (okrelanie ich mianem przewodnikw w wietle przyszych wydarze nie jest raczej najlepszym okreleniem) zamarudzia troch w schronisku. O dziwo, nikt nie zwrci na to szczeglnej uwagi. W dobrych, cho coraz bardziej mokrych, humorach weszlimy na szlak. Micha Wybredny co prawda sprbowa nas zwie grzejc cigle szos ale Mateusz (Niecierpek) powstrzyma jego zapdy i bezwgldnie posa na szlak, ktry swoj drog by niele zakamuflowany.

A tego co dziao si na szlaku sowa nie opisz. Woda bya wszdzie! Na nas, w nas, na liciach, na ciece. Wiatr d a deszcz la srogo jakby chcia wynagrodzi nam wszystkie soneczne dni. Szybko zdalimy sobie spraw, e owijanie si w plastikowy worek (prawie coronerski) nie byo najlepszym pomysem. Co z tego, e by nieprzemakalny, skoro czowiek grza si w nim jak diabli. Suma summarum bylimy mokrzy na zewntrz i wewntrz. Drobna reorganizacja odzieowa pomoga jednak (przynajmniej w moim przypadku). Kiedy deszcz przesta pada zaczo robi si jeszcze ciekawiej. Powietrze prbowao udowodni nam, e moe osign wilgotno powyej 100%. Jednym sowem zrobio si mglicie i duszno. Przedzierajc si przez las napotkalimy niejedn przeszkod terenow, jednak Mateusz odkry swj kolejny ukryty talent.


Wycign lightsaber i przeszed przez kad zapor rzucan przez Matk Natur jak Micha z Ambroym przez obiad bez dokadki.


Podrujc dalej szlakiem napotkalimy liczne okazy fauny w postaci salamander plamistych. Co ciekawe grupa przed nami (Aga, Pawe) twierdzia, e widziaa ich 9, my z Mateuszem widzielimy 3. Co oznacza, e 6 salamander zostao zjedzonych, ledztwo trwa. Wyglda na to, e wbrew ludowym podaniom nie s trujce.


Dalsza wdrwka doprowadzia nas do szosy i koca diabolicznego szlaku. Przemoknici zaanektowalimy pas pobocza i czekalimy dzielnie na reszt, poszczkujc ukradkowo zbami. W pewnym momencie mina nas silna grupa pod przewodnictwem Agi, ktra oficjalnie robia rozpoznanie drogi w kierunku od Cisnej, a nieoficjalnie po prostu polaza w z stron...

Powoli nasza druyna zacza si kompletowa, lecz wci brakowao paru osb. Powiao groz, przewidywalimy albo atak sakramenckich mij albo zemst salamander. Tymczasem okazao si, e pewna grupka po prostu troch zamarudzia, a druga bya ju... w Cisnej.

Rne teorie snulimy na ten temat (niejedne bijce nawet na gowie te o JFK) i zaczlimy drepta do Cisnej. Jak si pniej okazao, do pomyki doszo po prostu w wyniku niezaspokojonych cigot pionierskich Papy Smerfa i Marka (ten drugi jednak wypiera si wsppracy z Pap S.). W kocu kady szlak musi kiedy zosta wytyczony, oni zabrali si do tego zaraz po wyjciu z Jaworzca.


W Cisnej, posiliwszy si w lokalnym trollowym przybytku, udalimy si do busa, ktry zawiz nas prosto do Ropianki. Kierowca ywi pewne uprzedzenia („gdzie wy mi kazalicie jecha?!”) ale spisa si na medal i ok. 21.30 dotarlimy na miejsce. Potem tylko drobna przeprawa z transportem jajek do Chatki, ceremonialne otwarcie okiennic i sakramencki tekst Marcina-kierownika: „No to witam was w Chatce”. Potem skrt zasad p-po. („Nie spalcie chatki”) i wzilimy si za to co lemingi lubi najbardziej, czyli robienie obiadu.

Bateria mich czyli obiad w domyle lub fizyczna manifestacja (jeszcze) metafizycznego areka.


Dzie 7 - sobota


Po jake wygodnej nocy spdzonej w ciepeku i na mikkich materacach stwierdzilimy, ze nie moe by nam za dobrze. Najpierw zgosilimy si na ochotnikw do niewdzicznego zajcia garomyjw, a potem zaatakowalimy siekiery. Wykorzystujc nasz nieujty jeszcze w inynierskie karby zapa oprawilimy i naostrzylimy (dziki wsparciu teoretycznemu Pawa) wszystkie narzdzia zbrodni. Naley odnotowa, e niejaki Ireneusz juz wtedy zacz wykazywa niezdrowe zainteresowanie Niutonem (nazwa kodowa kafarka chatkowego). Na przyszo zaleca si szczegln ostrono! W midzyczasie niejaki Pawe S. dorwawszy si do kosy, ktr odrestaurowa, sia zniszczenie wrd flory okoochatkowej. Skapitulowa dopiero wobec gniazda os, ktrym zaproponowalimy pniej troch niespodziewanego wrztku na herbatk.


Walka o jedzenie? czy jedzenie grzanek w warunkach ograniczonej ruchowoci? Piotrek tak czy owak by zachwycony ;).


Dzie 8 – niedziela


Oto dzi wyjazd Marcina i przyjazd dwch bestii straszliwych, ktrych imiona to Zyzio i Ada. Pierwszy, czterooki, cigle baczy uwanie czy aby kto nie objada go z cukru, ktry ewidentnie uwielbia (sodzenie cukru cukrem i cukier kandyzowany w przypadku Zyzia nie s fikcj), a drugi, jego kierowca, zasyn z citego poczucia humoru (ktrym bezlitonie smaga tego pierwszego). Bero chatkowe zostaje oficjalnie przekazane przez Marka Zyziowi, Zaczynaj si czasy reglamentacji cukru....


Czy ten wzrok a’la ojciec chrzestny moe kama? Cukru NIE bdzie!


Ireneusz ponownie wykazuje niebezpieczne skonnoci. Najwyraniej z braku zajcia podczas zaj okooobiadowych prbowa dokona rytualnego spalenia zabielacza do kawy. Nie wiemy czy chcia uzyska w ten sposb alternatywny stan wiadomoci, poniewa zosta powstrzymany przez nas i swj zdrowy rozsdek ;).

Dzi wanym elementem dla znacznej czci erwki jest wyjcie na msz. Ekipa to: Mateusz Maruda, Aga, Marek, Weronika, Monia, Marcin, Piotrek, Ambrojusz, Zuziu i Ada (nie wszyscy wymienieni delikwenci maj plan nawiedzi koci, jest on waciwie elementem nadprogramowym, czy te obieralnym). Trasa jednak nie bdzie tak banalna jak Chatka-koci-Chatka. Ale po kolei. Zaczynamy od wypadu na Baranie. Przedreptawszy przez Olchowiec podamy tym szlakiem pod gr. Rnorakie przeszkody terenowe nie przysparzaj nam adnych problemw. W ogle takie przejcia to wcigamy nosem (ups, ju doszlimy do tego, e nic nie wchamy :). Po dojciu do wiey widokowej w naszych mzgach aktywuj si odpowiednie przekaniki i wcza si nasza skrywana osobowo sugusw komunikacji bezprzewodowej. Czas uruchomi komrky! Atmosfera przepeniona sygnaami poszukujcych swoich sieci komrek zagcia si, natychmiast obsadzono najwyszy dostpny na wiey poziom, aby da tym pijawkom chepta i zasysa kolejne impulsy fal elektromagnetycznych w sosie wasnym. Aj.

Przejdmy moe dalej. Opuszczaj nas Cukrowy Zyzio i Manos Szoferos Jego Adasios, ktrzy postanawiaj pospacerowa szlakiem granicznym. My schodzimy na msz. Waciwie nie schodzimy, bo w miar moliwoci staramy si zbiega, na wp lemingowo, a na wp tubylczo. W kadym razie tak, aby byo gono i radonie :) Niektre gatunki zwierzt emigruj na Sowacj, inne zaamuj apki i pozostaj w swoich dawnych niszach, chowajc w swych malutkich serduszkach nadziej na lepsz przyszo.

Po drodze Piotrek spotyka znan mu ju wczeniej przeszkod w postaci zwalonego drzewa. Najwyraniej ta wiea znajomo podkusia go, aby z tak radoci j zaatakowa... „O losie” – rzekaby pewnie Monia – „oto porty dr si”. No i Pietr uzyska nowy wywietrznik w strategicznym miejscu swoich dinw koloru „black”.

Mimo strat w sprzcie (mam na myli tylko odzie ;) walimy dalej „przed si, nie za si”. Niestety zbliajc si do cerkiewki mielimy ju wiadomo, e jestemy spnieni. Ale nikt nie przypuszcza nawet, e jestemy spnieni o SZE GODZIN. O tym stanie rzeczy uprzejmie poinformowa nas jegomo w klubowej koszulinie Malucha, gumiaczkach i z butelczyn jakiego zdzieanego w Ukraijnie oywiacza. Troskliwie spojrza na nasz grup zagubionych lemingw i zaoferowa nam, e rozewrze wrota kocika, abymy mogli za jednym zamachem zaspokoi nasze potrzeby duchowe i obejrze zabytek od rodka.

Zadowoleni podylimy w dalsz drog (niektrzy mimo wszystko cierpieli przez puste odki). Teraz celem bya chata emkowska, nad ktr opiek sprawuje przesympatyczny Tadeusz Kiebasiski. Przyj nas chtnie i opowiedzia histori swojego urzdowania w chyy, losy emkw i okolicznych ziem. Bogatsi o t wiedz, lecz niestety coraz ubosi w pokarm, ruszylimy w kierunku Chatki. Zaprotokoujmy, e niewiasty Weronika z Monik nie wykazay si dalekosinym pomylunkiem i zginyby z wychodzenia gdyby niejaki Mateusz i niejaki Marcin (tu oklaski) nie poratowali ich swoimi kurtkami, ryzykujc wasne zdrowie, a nawet ycie (oklaski). A wszystko panowie to uczynili bez konsultacji z lekarzem lub farmaceut (westchnienie pene przeraenia). No.

Kto myli, e trasa do obiadu bya prost, jest w powanym bdzie! Ot na pierwszym istotnym rozejciu drg skrcilimy w z stron (na Polany), aby po kilometrze zorientowa si, e jedzenie jest dalej, nie za bliej i podanie dalej obran cieyn tego stanu nie zmieni. Jak wykazao ledztwo, zmylia nas rozmowa o kostce Rubika i plutonie poborowych parajcych si uoeniem jej, a przy tym piewajcych radosne piosenki.

W ty zwrot kompaniaaaaa! Truchteeeem!

Troch szaleczego biegu poprawio humory. Reszta drogi upyna jak z bicza szczely. A obiad by pyszny (zreszt nie mia innego wyjcia :).



Oto dylemat erwkowiczw uchwycony we fleszach aparatw. Niby misko, niby samo si pcha prawie do gara, niby rusza w sposb pierwotny, a nie wtrny (znaczy, e wiee), a jednak pod ochron... Obiad pod ochron?!


Dzie 9 - poniedziaek


Dzie techniczny. Cz uderza do Tylawy, by dokona niezbdnych zakupw drog wymiany pienidz-towar, inni (w tym diMateusze) sumiennie pracuj na rzecz uzupenienia zapasw drewutni. Pawe wpada na ciekawy pomys sprokurowania z pocitych metrwek podstawek do naczy – szybko zostaj wykonane trzy prototypy, ktre jeszcze przez kilka dni bd suyy zbonym celom... a zoliwie zaczn pka, za nic majc sobie woone w ich wykonanie serce (i wpakowany olej).



Bierzemy drewno olchowe i kroimy w cienkie plasterki, namaczamy w oleju i wrzucamy w panierke. Potem wrzucamy na geboki olej na patelni. Czyli naleniki a’la erwka 2006.


Dzie 10 - wtorek


Dzi dwudniowa akcja ofensywna. W chatce zostaj Zyziu i Adam. Idziemy: Mszana – okolice Czertea – Garb – Pustelnia w. Jana (no to trzeba mie fantazj, eby taki kompleks z polem golfowym vis-à-vis nazwa „pustelni”!) – niebieski szlak – gdzie – gdzie indziej – jeszcze inne miejsce – Dukla :)


Pole golfowe w. Jana z Dukli


Zmczeni przysiadamy na rynku, majc wiadomo tego, e znajdujemy si w samiukim rodku sakramenckich Bieszczadw, ostoi naszego sympatycznego towarzysza podry z Warszawy :) Czas co ZJE! Przejmujemy wobec tego pizzeri (spotykamy na rynku Zyzia z Adasiem, ktrzy swoim automobilem dopyrkali do Dukli na obiad) i opylamy kilkanacie sztuk owego znanego powszechnie woskiego dania (tym samym zwikszajc PKB Dukli o kilka adnych procent), zapijajc Tymbarkami i jak tablic Mendelejewa, suto zakrapian witamin E, zakupion za, o zgrozo, w cenie 1.95 za 3 litry. Argh.

Po zmierzchu udajemy si na przedpola Dukli, aby zamaskowa nasz sakramencki obz w krzuniach. Depczemy traw, rozbijamy namioty, rbiemy krzaki i rozpalamy krzaczorowe ognisko. Cz ekipy odpada, ulegajc piaskowemu dzieduszce... Mateusz wybiera opcj survivalow – pi pod gwiazdami w psiworku. [No, ba! Takie gwiazdy, taka pogoda a wy si chcielicie kisi w namiotach.] Ostajemy si: ja, Aga Jolka, Marek, Weronika, Monia, Marcin, Irek i Ambroy. W diabelskim umyle Weroniki kiekuje pomys rozbudzenia towarzystwa gr w zasady (zasad „zasad” jest wymylenie idei przewodniej, wedug ktrej ekipa bdzie odpowiadaa wybranej ofierze, zmuszonej do odgadnicia reguy). Dialog wieczoru, to: „Co masz na gowie?” „YYYYY... wosy?” (zasada: trzeba si zawaha). Po kilku rundach miasto zasypia...


Dzie 11 - roda


Opuszcza nas Krzysiek vel Pan Gitara, buuu... cz oddziau eskortuje go na przystanek, reszta robi kanapki... i z nudw zaczyna je konsumowa, bo przecie wszyscy wiedz, e jak kanapka wystygnie, to jest niedobra. Do chatki ewakuuj si Pawe i Aga, z tego co zrozumiaem, ich koczyny dolne ulegy zuyciu. Piotrek ma podobny problem, ale zgodnie z zasad „trza by twardym, a nie mientkim” bdzie si mczy razem z nami.

Po skompresowaniu obozu z bilansem dodatnim (kompresja antystratna - Marcin znajduje szpilki od namiotu, ktrych podobno nie byo :) przeprowadzamy strategiczny odwrt na z gry upatrzone pozycje: Dukla – Rezerwat 1000-lecia na grze Cergowej – kolejna rdekowa pustelnia Le Zota Studzienka (Ambroy z Piotrkiem odprawiaj kozie rytuay przy pobieraniu wody, podobno ju niedugo potem wszystkie krzye na drzewach powinny samoczynnie ulec przeksztaceniu symetrii wzgldem osi poziomej przechodzcej przez punkt zaczepienia – znaczy odwrci si :) – a w rdeku pyn powinno kozie mleko).


A czemu my tacy zadowoleni? To jest zboczenie ludzi gr – wicej zmczenia = wicej radochy. Urrrrraaaaa!


Zostaje przegosowane, e czonkini-uczestniczka Monia jest walnita, za c-u Weronika stuknita, ten duet otrzymuje okrelenie WiS (Walnita i Stuknita).


Dla wszystkich ktrzy maj jeszcze jakie wtpliwoci...



Ale nie ma co sta i na siebie si przyglda :), czas na podejcie - tu powinny by jaskinie – albo gdzie tu :) – Cergowa. Teraz zejcie do chatki SKPB Lublin w Zawadce Rymanowskiej (oni tam maj prd! brzydale), gdzie Weronika (obwieszona jarzbin, podobnie jak Monia) prbuje zareklamowa miejscowy prysznic, kolejny przejaw panoszcego si tu burujstwa, e nie wspomnie o dostrzegalnej nieuzbrojonym okiem antenie satelitarnej na ssiedniej chacie! Ju sam ten widok skrca z blu umys porzdnego sakramenckiego leminga! To zupenie tak, jak wz Family (a niech ich babcia Pelagia popieci!) Frost (turuuuruuuruuuruuuruuu RUUUU!) spotkany ktrego piknego wieczora podczas powrotu z Olchowca.

Ale ale, czas pezn dalej! Idziemy do Trzciany, gdzie przekraczamy drog 9-tk, nastpnie kawaek ciek len... i nareszcie ten upragniony moment – czas natrzepa troch punkcikw krzaklingowych! Dawaj dawaj na zielony szlak, a pniej do dou przez wszelkiej maci drzewa (znajdujemy szkielet wilka, lisowilka, ewentualnie wilkolisa, co to go z pewnoci koza dopada ktrej strasznej nocy, mordujc w wietle ysola). Nasza brygada zostaje jednak brutalnie zatrzymana przez zapor z tarniny. Trzy powane szturmy zostaj odparte, wielu rannych (szczeglnie Micha Wybredny, Mateusz i Marcin walczcy zaciekle w pierwszej linii – trzeba by wymyli medale za krzunio-odwag :). [Dobrze, e nie pomiertne] Jednak Marek odnajduje krzunio-przecink, zwan rwnie drog i wszyscy szczliwie wychodzimy przy mszanowym Pegeerze. Okazuje si, e instynkt nie zawid naszego przewodnika: Marek wybra najwiksze krzaki ze wszystkich moliwych :) Dzikujemy, przecie o to chodzio! Idziemy znan i powszechnie lubian drog od Mszany, mimo e po ciemaku, i z pewnymi kopotami, docieramy szczliwie do naszej Haciendy Los Abuelos. Warto jeszcze odnotowa rajd Marcina i Michaa z Ambroym ktrzy wysforowali si w drodze do Chatki liczc zapewne na to, ze opchn nasze porcje obiadu! Zabawa trwa do rana.


Dzie 12 - czwartek


Po 2 godzinach snu czas na spacerek do Tylawy przez Wilszni (Szlakiem Krzysionia, czy jak to si tam nazywa), w celach uzupenienia zaopatrzenia, a przy okazji nasycenia si widokami. W skadzie: ja, Piotrek, Marcin, Aga Jolka i Marek. Pewnie tak to ujby wieszcz w kolejnej, niestandardowej i nienormowanej ju adnymi soneto-ramkami wersji Nie-sonetw Krymskich:


Och i ach, eteryczny, pastelowy wiecie

Okryty kroplamy poranney rosy

O, pajczynky srebrzyste,

Ktre soce swemy promieniamy

Pieci, jak czua matka swe nowonarodzone niemowl,

Wy, pagrky, nurzajce si w mlecznym oceanie mgie,

I ty – Tylawo,

Ktra na horyzoncie

Jak wgielkiem rysowana

Och i ach...

Och i ach...

Chce

mi

si

spa...


Oywieni dawk glukozy zaczerpnitej z kilku sokw i buek z nadzieniem, drog powrotn odbywamy bardziej wiadomie, ju nie w pnie :). W Chatce czeka rozbudzona ekipa, czas na niadanko, a nastpnie zdrow dawk soca na karimatach przed Chatk. Tam Weronika z Moni dokonuj rytualnej ablucji jarzbiny, dzikiej ry i buczynek skrztnie zbieranych podczas dwudniowego wypadu, w celu wykonania koralowego rkodziea. Naley zaznaczy, e ich mylenie o jarzbinie jako ozdobie jest BDNE! Jedyn akceptowaln form jarzbiny, oprcz tej wiszcej na jarzbie pospolitym (Sorbus aucuparia), jest przecie

DEM. I wiedzieli o tym najstarsi grale. Wic eby paniom nie byo za prosto, szybko zostaj obwarowane przez samcw, ktrzy zgodnie z pradawnymi instynktami obrzucaj je wspomnianym niedoszym demem. Piknie ilustruje te dziaania zaczepne (i obronne pci „Bo TAK!”) zdjcie Oli.


Szanowni Pastwo, prosz zwrci uwag na frunc nad gow Moni jarzbin, ruch nadgarstka napastnika, w tej roli niejaki Szumilas, i defensywn pozycj uciemionej Weroniki (ktrej oczta ju zlokalizoway straszny pocisk, prowadzc do zastygnicia w przeraeniu ich wacicielki ;). wiczenie do powtrzenia w laboratorium balistyki.


W tym czasie Marcin poleg na trawce, przytoczony wraeniami ostatnich dni – chciaa go zere krowa :)

Po mczcej, a jake, zabawie padamy wesp zesp z krowami, ktre, jak gdyby nigdy nic, rozsiady si naokoo naszego siedliszcza. Jest sielsko (nawet rustykalnie, mona by rzec ;). Niestety zblia si czas ucieczki nastpnej trjki sakramenckich lemingw :( Zostaj dokarmieni ryokasz, odprowadzeni na pekaesow krzywk, poegnani... A po wyjedzie Oli, Weroniki i Mateusza, pogreni w smutku udalimy si w drog powrotn z zamiarem opdzlowania lasu z jeyn (czym trzeba zabi to uczucie alu ;), oczywicie jak doszlimy to ju zmierzchao i do dwch soikw zebralimy z 20 sztuk owocw - wyrok by oczywisty: pierogw nie bdzie. Na szczcie nie byo te kilu i jeynki zachoway si na pniej. Wieczr jak zwykle pynnie przeszed w nock, a gdy szlimy spa statecznym krokiem wali ju w poranek :)


Dzie 13 - pitek


Aga zarzdzia wyryp na pasmo graniczne (Aga, ja - Mateusz, Marek, Ambroy, Marcin, Micha Wybredny). Najpierw ze 2 godziny asfaltem w kierunku Polan, pniej atak na ostoj misia (w pewnym momencie przez drog, tak koo 10 metrw od nas, przehasaa ania - oczywicie lekki stres: nikt nie chce by pacnity przez Le Sakramenckiego Niedwiedzia). Pniej chwila krzaklingu i wyszlimy na granic. Tam doszlimy na Baranie... i tutaj bardzo istotny moment - przecie wok wiey s jeyny! Najpierw najedlimy si do nieprzytomnoci, a potem nazbieralimy dwa soiki na pieroki. Tak! Tak! Tak! Potem dawaj dalej granic.

Mio upywa czas. Ale zaczyna si spontaniczna cz wyjcia - szukamy cieki w las, a w kocu (nie daa si cholera znale, supki graniczne s felernie ponumerowane) atakujemy na czuja. Oczywicie efekt jest taki, e trafiamy na niewaciwy potok i wychodzimy zupenie nie w zamierzonym miejscu :) Tutaj dwie opcje - powrt przez Wiertni lub asfaltem. Marcin chce gr. Aga, ja, Marek i Micha ochoczo powicamy si, oferujc e zaniesiemy asfaltem jeyny jak najszybciej do Chatki. Ambroy po chwili wahania docza si do naszej ekspedycji. Marcin ju nie chce gr :)

Do Ropianki przybywaj Szymon z King oraz kolega Mai - Kuba. Ekipa wanie pali ognisko ze zrbanych olch. Pawe zrobi schodki do strumyka i razem z Zyziem i Adasiem kozio do urawia. Chopaki wycignli te przedwieczn menak ze studni... ale zrobili dziur w dolnej warstwie (nie wiedziaem, e si da) i woda zacza spywa :) Podobno bdzie si to zatykao samoczynnie przez p roku - dobrze, e to ju koniec sezonu. W Chatce robimy obiadek, a nastpnie pieroki - miodzio! Pieroki wypady chyba tak koo 4:00 :) Marek i Aga id spa troch wczeniej, bo zamierzaj i na wschd soca.


Dzie 14 - sobota


Dzie luny. Aga z Markiem byli na wschodzie soca, ale podobno nie byo tak adnie jak zwykle. Dochodzi nastpna czwrka goci. A z nimi pia spalinowa. Efekt: duuuuo drewna do rbania (jak wyjedalimy w drewutni byy trzy pene cianki szczap na wprost i caa po prawej).

Ambroy, Marcin i Aga id na kszory - reszta koczuje w Chatce. Aga niedugo wraca, bo jako niezbyt dobrze si czuje. Pawe robi dalej schodki. Po grze robimy placki ziemniaczane. Oczywicie jak ju starlimy ziemniaki i przygotowalimy mas przyczapali Marcin z Ambroym - nie masz opcji, eby zje co samotnie - przecie to erwka :) Ale i tak wsunlimy ze smakiem, dokarmiajc te Marka i podrnikw-krzaklingowcw. Wieczorem piewy i szamanie galaretek z jeynami, pychotka!


Dzie 15 - niedziela


Wyprawa do Mszany do kocika. Tym razem trafilimy na msz, ale - o zgrozo! - nasz witobliwo wykorzystuj Zyziu i Adam ewakuujuc si z Chatki pod nasz nieobecno. Nawet nie zabieraj garw do Warszawy :(

Nic to, czas na danie wychodne: ryokasza z sosikiem. Konsumujemy ze smakiem i zaczynamy ogarnia Chatk. Sprztanko, sprztanko, sprztanko... i na PKSa. Wraca z nami Kuba (ten od Mai). W Kronie szybkie poszukiwanie arcia, w kocu udaje nam si znale bar, tam uzupeniamy zapasy. No i atak na zagrzask rzeni.

Droga upyna spokojnie, przez pewien czas piewalimy siedzc w jednym przedziale, a Marek kombinerkami pozamyka dwa pozostae z bagaami (ach, ta myl inynierska :). Po korytarzu krc si misie patysie - czytaj: drechole i im podobne. Dotarlimy o 6. Poegnania, poegnania, poegnania... No i nadzieja na wicej gr i wsplnych wypraw - pewnie bez tego oczekiwania nie byoby tak wspaniale.



Wykonali z niema satysfakcj i wielkim powiceniem:


Mateusz Sz. (jak ja nie cierpi!)

Mateusz P.


czyli Dwumateuszek erwki 2006.


oklaski i wyrazy wdzicznoci prosimy sa na numer konta... :P