AKT Maluch
Aktualnosci O klubie Imprezy Chatka Rada klubu Galerie Linki Kontakt
Zerówka 2006 - raport

Sakramencka Żerówka 2006



Dzień 1 i 2 – niedziela i sobota


Pierwsze spotkanie na Warszawie Wschodniej, krótka wymiana uprzejmości i oswajanie się z nowymi znajomymi. Wyliczamy sobie ile jest imion na „M”, które się najczęściej powtarzają i (co wynika z powyższego) jakie najlepiej wykrzykiwać w chwilach, gdy będzie się liczyło na ratunek stając oko w oko z sakramencką fauną Bieszczadów. Wybór pada na Michałów. Nikt jeszcze nie jest świadomy tego, jakich emocji i niezapomnianych wrażeń dostarczy nam ten wyjazd, czy choćby tego jak zmyślnie nasze niewinne umysły opanuje Ambroży za pośrednictwem swojego Michała :)

Nie sposób zgrabnie opisać, co działo się w pociągu, rozdrobnienie na przedziały utrudnia podsumowanie tej części Żerówki. Jedno jest warte zaprotokołowania: postać niezmordowanego orędownika sakramenckości, pierwszego kowboja dukielszczyzny, naszego guru - Jędrusia z Dukli. Ten człowiek, zrządzeniem losu, zasiał w naszych głowach pierwiastek dzikiej radości, który pączkował i rósł przez cały wyjazd.


Po raz ostatni zadajemy sobie pytanie: co my tu do jasnej ciasnej robimy? I po co nam te niesmerfnie ciężkie wory? A następnie przekraczamy granicę zdrowego rozsądku...


Wnet dojechaliśmy do Zagórza, a stamtąd wykonaliśmy barani skok do Wołosatego. W Wołosatem spożyliśmy pierwszy wspólny posiłek, co z tego, że z resztek z podróży – i tak wszystko zostało pochłonięte w mgnieniu oka (pierwsze objawy żerówkowacenia zerówki). Tylko moje orzeszki zostały :( Było im później baaardzo przykro...

Zarzuciwszy na plecy nasze pokutne wory rozpoczęliśmy rejs w góry. Szybko dołączył do nas Witek (wyposażony w dwie sakramenckie sztuczne nogi), który przyczajony koło posterunku parkowego kasjera wyczekiwał nadejścia naszej radosnej drużyny. Hej ku górom, niedźwiedzie kudłacze!

Szturm Tarnicy to dobry akcent na początek – nie ma to jak zaliczać z biegu najwyższy szczyt w Bieszczadach i Beskidzie Niskim :) Nie speszeni tym faktem docieramy do celu rześcy jak te motylki – dopingują nas komentarze mijanych wycieczek geriatrycznych: „Ja też kiedyś tak chodziłem z plecakiem...”, „Oni to mogą, tacy młodzi...”, „Przecież to nadludzie!”, „Wiwat nasi bohaterowie!”. Albo coś w ten deseń ;)


Zadowolona z siebie grupa szturmowa ZZSGS (+Mateusz z aparatem jako Wielki Nieobecny)


Pod Tarnicą ma miejsce szybka kumulacja rozciągniętego peletonu, w tym czasie uciekająca wcześniej grupka wkracza dumnie na szczyt, przejmując go w imieniu Politechniki i kilku innych uczelni. Wzniesione zostają metafizyczne fortyfikacje, wykopane quasi-wilcze-doły i ustawiony pseudoposterunek... Fajnie czasem pomarzyć :)



Po chwili odpoczynku czas na zejście do przełęczy goprowców. Tam szacowna kadra zapowiada krótką przekąskę. Jednak okazuje się ona tylko przysłowiową marchewką-na-osiołka, bowiem (jak pokaże czas) miejsce jej spreparowania będzie poruszało się wzdłuż szlaku, mobilizując do sprawnego przemieszczania się. I tak udaje się nam wtelepać na Krzemień – szczyt rozpoczynający Bukowe Berdo. Ponieważ mistyczna przekąska sunie dalej, idziemy jeszcze i jeszcze... aż nagle TRZASK. Awaria systemów pokładowych. Panika, starcy wznoszą modły, kobiety krzyczą, dzieci płaczą! Piotrkowi urywa się pasek dociągowy w systemie nośnym. Trochę załamujemy ręce, ale wnet jak ta świeczka w ciemnym pokoju, jak straż pożarna przy palącym się bloku pojawia się Marek i zarządza wykonanie naprawy przez zawiązanie taśmy w odpowiednim miejscu. To jest moment historyczny i skłaniający ku namysłowi, bo ta prowizorka, ta magiczna konstrukcja, inżynierska fantazja przetrwała do końca wyjazdu...

A posiłek nadszedł już po chwili...


Niewskazane jest jednak zbyt długie zasiadywanie się! Już po chwili grupa szturmowa specjalnego naznaczenia uderza aby ostatecznie pochłonąć resztę Bukowego Berda i dotrzeć do granicy Parku, gdzie dane nam będzie rozbić obóz.


„Ha! – w duchu śmieje się Ambroży – jeszcze nie wiedzą, co ich czeka...”

Ambrożewicz M., Cukrowy Panek i przyjaciele,

[w:] Opowieści dziwnej treści, Bieszczady-Beskid Niski 2006.


Dojście do granicy Parku nie było wielkim kłopotem, trochę gorzej było ze zlokalizowaniem się na mapie (każdy chłopiec i każda dziewczynka po liceum wiedzieć powinni, że na granicach czegokolwiek czasoprzestrzeń ulega zakrzywieniu). Ale to dopiero był początek. Odnalazłszy się w terenie rozpoczęliśmy poszukiwania strumienia. On podobno gdzieś tam był... kiedyś... Ale problem polegał na tym, że nie było go tam teraz. Może chłopaczyna wyjechał na wakacje? Nic to, po kilku partyzanckich wypadach w jeżyny, przez gęsty busz bieszczadzki w poszukiwaniu jakiegokolwiek źródełka, postanowiliśmy iść dalej, w najgorszym wypadku mieliśmy dojść do pola namiotowego w Widełkach. Na szczęście po chwili moją i Papy S. (oklaski) uwagę zwrócił szczyt Widełki, w okolicy którego zgodnie z naszą magiczną mapą miał znajdować się strumyk. Rozdzieliliśmy się, aby podjąć tę ostatnią próbę odnalezienia Potoku Życia, naszego Platynowego Źródła, Rzeki Zbawienia. Najpierw niepokojący sygnał od Papy: „Żerówka, we have a problem...” i zwątpienie wkradające się w serce drugiego poszukiwacza. Rozbiegany wzrok poszukuje oznak zestrumienienia i zeźródlenia terenu, uszy nasłuchują kojącego ciurkania... JEST! (Yes, yes, yes! – że tak to ujmę) Nasz potoczek, potoczeczek, potoczuś, potoczydełko.

Wobec tego można się rozbijać. Teraz czas na ekipę bojowo-siekierkową lasorąbów pod przewodnictwem głównego topórmajstra Pawła, bezbłędnego wyszukiwacza drewna opałowego. Trochę szybkiej krzątaniny – zmierzcha już, a wskazane byłoby rozbicie namiotów i rozpoczęcie procesu krystalizacji dania obiadowego. Na szczęście wszystko idzie po naszej myśli.

Pierwszy wieczór przebiega pod znakiem autoprezentacji poszczególnych uczestników. Najważniejszym pytaniem zdaje się być to o preferencje plackoziemniaczane. Z cukrem, śmietaną, „sote”, czy może w gulaszu? To dylemat poważny i niesłusznie pomijany w rozprawach filozoficznych, chociażby przez Nietschego – idea nadplacka (überplatschek) nie powinna być mu obca („Tako rzecze Zaratustra” w beta-wersji nosiło wiele mówiący o guście pana N. tytuł „Tako rzecze Placek-z-cukrem”). Hi hi.


Ukryte talenty któregoś z uczestników? Piorun kulisty?;)

Dzień 3 - wtorek


Czas zbierać nasz pierwszy obóz. Najpierw konsumujemy śniadanko – gwóźdź porannego programu. Zaraz potem packung-packung i do boju. Zejście nie należało do najciekawszych – ot, okazja do pokatowania stóp. Przy szosie znaleźliśmy chatę leśniczego, gdzie miały być lody, słodycze i napoje (tak głosił szyld). Zadano cios w potężny gong i ze swej jamy wyskoczył pan leśniczy. Hm. Ewentualnie mogliśmy zakupić wodę. Gazowaną. Ale nie było przymusu :) W związku z tym podziękowaliśmy i przetuptaliśmy do jakiegoś przytulnego, przydrożnego rowu ulokowanego koło rozejścia się szlaków. Aaaaa, jak dobrze. Powoli w tym miejscu zaczęła osadzać się reszta żerówkowiczów.

Pożywiwszy się rozdzielamy skład by posmerfować: a) niebieskim szlakiem – tym teoretycznie bardziej męczącym, b) asfaltem do Bereżków i żółtym szlakiem – tym z ukrytą niespodzianką. Opcja b) była preferowana przez autorów le reportażu :) Wybór był dobry: dotarliśmy do ostoi cywilizacji przy wejściu na szlak. Sympatyczny pan sprzedawał tu lody, wody, cukierky, wafle-y i inne śmieszności-y. Daliśmy się skusić przez ciemną stronę mocy. Cóż, errare humanum est, a jedno errare na jakiś czas nie zaszkodzi :)

Po dokonaniu przez Papę Smerfa czynności legalizujących nasz pobyt w parku wystrzeliliśmy jak z procy na szlak. Niewątpliwie ścieżka jest urokliwa, szczególnie sympatyczny wydaje się wijący się w jej sąsiedztwie strumień. Ale, ale, bach, bach, bach... i jesteśmy na miejscu, przy magicznej Kolibie PW, gdzie niektórzy z nas mogą płacić 1zł za nocleg. Uuuuuu, fantastische.

Po chwili Mateusz skonstatował ze smutkiem, że rozpadł mu się but. Iiiii, what a pity. Ale na szczęście opiekunowie Koliby okazali się wspaniałomyślni i użyczyli mu narzędzi czyszcząco-piorących do buta oraz Butaprenu. Jednakowoż wydając klej zadali nam dziwne pytanie: „Czy macie zamiar to wąchać?”.

Czy my wyglądamy jak ludzie, którzy chcą coś wąchać?









eee, nie :)


Buty tymczasowo udało się naprawić.

Kiedy cała ekipa zebrała się, pozostało tylko rozpocząć ruchy obiadotwórcze.

Mielonka, ognicho i śpiew, a na koniec dysputy nad wypalającym się żarem – czegóż więcej można pragnąć? No po prostu rozpłynąć się z radości...


Dzień 4 - środa


Dzień rozpoczęliśmy w wyjątkowych nastrojach i humorach. Nie ma to w końcu jak noc spędzona pod dachem. Co z tego, że brakowało ściany, a pomiędzy stropem a podłogą ziały Szczeliny Chłodu. Dysponując połączoną myślą techniczną WATu, Politechniki, Akademii Medycznej, kilkoma ceratami i kombinerkami stuningowaliśmy lokum do tego stopnia, że dało się w nim spędzić noc. Kompresja śpiworowa sprawiła, że zbliżyliśmy się niebezpiecznie do granicy ekstremum współczynnika „żerówkowicz/m2”. Wszelkie niewygody wynagrodził nam jednak kawałek równej podłogi, jakże przyjemny po spaniu w koleinach (wzdłuż dla newbie i w poprzek dla hardcorowców). Wygramoliwszy się z naszego lokum przystąpiliśmy do ruchów śniadaniotwórczych. Okazało się, że dołączyła do nas kolejna radosna uczestniczka żerówki, władająca potęgą chichotu Aga Jolka. Grupa konna która dzieliła z nami pole namiotowe stwierdziła z zadowoleniem, że stan liczebny inwentarza się zgadza (jak widać Michał z Ambrożym byli bardziej śpiący niż głodni tej nocy). Postanowili jednak nie ryzykować za bardzo i zwinęli się zanim zaczęliśmy śniadać. Ewidentnie przestraszyli się naszych wygłodniałych min...

Z pełnymi brzuszkami (czyli bezpieczni dla otoczenia) wyruszyliśmy z Koliby w kierunku Połoniny. Wędrówka była wyjątkowa przyjemna ze względu na stosunkowo łatwy teren (żadnych schodów – wyciskaczy łez), świetną pogodę (słoneczko, chmurki i wiaterek) i liczne atrakcje jeżynowo-jagodowe. Spodziewając się ukrytych trudności parliśmy zdecydowanie, wyżej i wyżej aż... doszliśmy. Po małej naradzie okazało się, że oto osiągnęliśmy już nasz cel.



Niech was nie zmylą te pewne siebie i obojętne miny naszego peletonu. To tylko maski! Kiedy wszedłem na szczyt, to słaniali się na kolanach z wycieńczenia!


Rozejrzawszy się trochę po szczycie zauważyliśmy znak pomiarowy z jakże ciekawym napisem: „uszkodzenie podlega karze”. Ze smętnymi minami pochowaliśmy więc nasze młoty i kilofy z powrotem do plecaków. A nuż byśmy jeszcze podlegli karze? (Kara swoją droga chyba polega na tym, że trzeba wnieść taki nowy słupek...).


Rozwaliwszy się w trawie czekaliśmy na resztę naszej wycieczki łapiąc ciepłe promyczki słońca. Po bliżej nie określonym czasie dołączył do nas nasz bohater, papcio Smerf, straż tylnia Żerówki pilnująca by nikt się nie zgubił, bohater ostatniej łyżki i (pół)przewodnik w jednym.



Kiedy byliśmy już wszyscy razem podjęliśmy dysputę filozoficzną nad pięknem otaczającej naszej przyrody. - wersja oficjalna. lub Rzuciliśmy się na zapasy, pożerając nieprzyzwoite ilości czekolady, sezamków, kabanosów oraz „Kropli Koliby” (niekoniecznie w tej kolejności) – wersja nieoficjalna. W akcie desperacji podjęto nawet próby wysokiego ryzyka z „Słodką chwilą” na zimnej wodzie. Z jakim efektem, tego nie wiem ale biorąc pod uwagę, że stan liczebny sprzed i po zerówce się zgadzał to nie była to próba śmiertelna. Pokrzepieni jedzonkiem (albo perspektywą następnego jedzonka) ruszyliśmy dalej.



Tym razem udało mi się uchwycić rzeczywisty stan peletonu. Jedynie Witek zachował pozory zimnego profesjonalisty.


Dzień zakończyliśmy na polu namiotowym w Brzegach, gdzie doszło do rozpusty niebywałej. Wiata na ognicho, bieżąca woda (w rzeczce oczywiście), mleko, ser i miód. Po demokratycznym głosowaniu (lub despotycznym zignorowaniu protestujących) część mleka została przemieniona w budyń.


Dzień 5 - czwartek


Dzień rozpoczęliśmy znowu w świetnych humorach. Równiuśkie pole namiotowe z przystrzyżoną trawką było szczytem naszych marzeń, który w końcu się spełnił. Po śniadaniu sponsorowanym znowuż głównie przez pasące się tu i ówdzie mućki ruszyliśmy w dalszą drogę.

Warunki atmosferyczne były praktycznie takie same jak dnia poprzedniego. Swoją drogą pogoda raczej zachęcała bardziej do wylegiwania się na słoneczku niż marszów z plecakiem, ale pozostawanie żerówki w jednym miejscu było zbyt dużym zagrożeniem dla otaczającej fauny i flory (zwłaszcza tej kompatybilnej z narzędziami kuchennymi).

Pierwszym przystankiem na trasie była tajemnicza Chatka Puchatka, gdzie rzekomo nawet za wrzątek się płaci, a ludzi było tyle jakby co najmniej rozdawali coś za darmo... Chwila odpoczynku była też pretekstem do uczczenia urodzin jednej z uczestniczek. Nim zainteresowana się spostrzegła była już podrzucona do góry (w ten jakże ‘taktowny’ sposób zdradzono wszystkim w promieniu 150m ile Monia ma lat, ale w końcu kto by to tam pamiętał... ;) ). Zaopiekowawszy się czekoladą pełniącą funkcje tortu ruszyliśmy dalej.

Dalsza trasa obfitowała również w liczne atrakcje. Napotkaliśmy m.in. ‘niedzielną’ wycieczkę młodzieży. Poprawiając ostentacyjnie pasy biodrowe naszych cameli i rzucając pogardliwe spojrzenia na ich plecaczki zostawiliśmy grupę w tyle. Kolejną atrakcją charakterystyczną dla zerówki 2006 był postój na jedzenie (a jakże by inaczej). Piotr zaprezentował ostatni szyk mody Bieszczadzkiej zakładając swoje okulary.



Piotrek utrzymywał, ze okulary są zdobyczno-znaleźne. Co ciekawe każdy komu o tym powiedział pytał: „a komu je zabrałeś i co mu zrobiłeś”. Coś w tym chyba jednak musi być...

By nabrać sił przed ostatnim etapem wędrówki przystąpiliśmy do działań jedzeniosprawczych. W ruch poszły noże, chleby, paszteciki i konserwa lotnicza (lub dalekiego zasięgu) niesiona z poświęceniem przez Mateusza.


Oto unaocznienie stosunków panujących na zerówce - kto ma jedzenie ma władze! Weronika i Ola trzymają ręce w geście poddania, a Mateusz-seronadzorca wydziela dobra. Warto również zwrócić uwagę na szelmowską minę Moni która już swoją kanapkę dostała i teraz pastwi się nad koleżankami.

Niestety postój i szamanko przyniosły efekt odwrotny do zamierzonego. Zaostrzyły apetyty i rozleniwiły towarzystwo. By nie tracić rozpędu zebraliśmy grupę uderzeniową która uzbrojona w toporek miała ruszyć do Jaworzca, dokonać rozpoznania i puścić z dymem okoliczną wioskę... a nie, to nie ta bajka.

Tak czy owak ruszyliśmy we trzech (diMateusz + Piotrek) przedzierać się przez błota i kamienie do miejsca naszego noclegu. Dwie godziny później, porządnie zmordowani, zobaczyliśmy w końcu cel naszej wędrówki – bacówkę w Jaworzcu. Ku naszemu zdziwieniu zostaliśmy przywitani przez tubylców, (rzekomo) grupę taneczną z Mazowsza. Miła starsza pani wypytała nas o imiona co najmniej jak oficer gestapo, po czym zatroskana zaczęła pytać skąd takie straszne błoto przynieśliśmy na butach. Była bardzo nie pocieszona, kiedy powiedzieliśmy jej, że to ze ścieżki oddalonej raptem o kilkaset metrów od schroniska.

Zyskawszy pozwolenie na pobyt u bossa bacówki ruszyliśmy na poszukiwanie drewna. I tu nastąpiła niemiła niespodzianka. Weszliśmy w las i stanęliśmy bezradni niczym harcerki, o których opowiadała nam Aga. Był to pierwszy las w którym praktycznie nie było drewna. Po kwadransie buszowania mieliśmy opału może na rozpałkę. Zdesperowani chwyciliśmy za siekiery i postanowiliśmy zdobyć każdy centymetr suchej gałązki jaki był w zasięgu. Kolejne 20 min i zapas ‘drewna’ urósł do tego stopnia, że może udałoby się nam podgrzać trochę wody na herbatę. W akcie desperacji postanowiłem udać się na zwiad w przeciwnym kierunku przez pokrzywy. Znalazłem... pokrzywy i... pokrzywy oraz... jedną gałązkę.

Zgarnąwszy posiłki które przybyły wróciliśmy ponownie do lasu. Mimo pracy grupowej nadal zapas drewna nie wskazywał na to, że będziemy jeść ciepły obiad. Wtedy niczym Sobieski pod Wiedniem przybyli nam z pomocą „tancerze”. Postanowili podzielić się z nami komercyjnymi zapasami drewna. Stawialiśmy dzielnie opór tym syrenim propozycjom i miotaliśmy się jak lwy z naszymi patyczkami (trzeba było w końcu zachować twarz! my i drewno ze sklepu? Phi!). Jednak perspektywa braku obiadu złamała nasz kręgosłup etyczny jak suchy patyczek i przystaliśmy na propozycję.

W związku z powyższym posiłek szczęśliwie wylądował w naszych brzuchach, ten Święty Graal żerówki nie pozostawił nas w stanie smutnego nienasycenia. Ale, ale: zaczęły się chóralne śpiewy radosnej ekipy niedzielnych turystów. Jak się szybko zorientowaliśmy (można to było przewidzieć :P) zużywany wigor uzupełniany był szybko przez różne magiczne, półmagiczne i zupełnie ordynarne manifestacje metafizycznego bożka procentusa wielgusa. Chwila zastanowienia... i nasza ekipa podjęła jedynie słuszny wybór: część uderzyła w kimono, pozostali postanowili zaszyć się w przytulnej salce jaworzcowej bacówki.

I to był dopiero dobry pomysł!

Tam kryła się bowiem mityczna Arkadia, pełna wszelkiej maści śpiewników turystycznych, kompletowanych przez zarządców Jaworzca, a pochodzących od znamienitych skrybów, bardów i... innych studenckich klubów turystycznych :) Szybko skołowaliśmy do środka Pana Gitarę – Le Krzysztofa naszego. Zaczęła się orgia! Żądne śpiewu krtanie sakramenckich lemingów dostały końską dawkę pieśni, piosenek, ryczanek i przyśpiewek. Chałupa drżała w posadach, kiedy nasze młodzieńcze głosy z impetem atakowały jej ściany, wwiercały się w krokwie i rżnęły otaczającą nas rzeczywistość na drobniusieńkie kawałeczki! Mazowsze może się schować – jest przy nas jak pół gryfu zza krzaka :) Repertuar był bogaty, ale nastał moment, w którym władający bacówką ułożyli się do snu i sympatyczny goprowiec zalecił nam zredukowanie natężenia emitowanych dźwięków. Trudno... jeszcze kilka utworów i opuściliśmy podwoje goszczącego nas domu. Jednak tylko po to, aby zaatakować dogasające ognisko i spreparować trochę herbatki, równocześnie zapamiętale ucząc się pieśni o „Dziub-dziubie”. A Łysol szczodrze nam przyświecał :)


Dzień 6 – piątek


Dzień zaczął się bardzo niepozornie. Znowu nam dopisywały humory (ot, banał – bieżąca woda) i wszystko wskazywało, że czeka nas kolejny wspaniały dzień. Rzeczywistość zweryfikowała jednak nasze prognozy i było raczej... ‘fajnie’ (a nie przyjemnie, zgodnie z Mateuszowymi kategoriami). Podczas śniadania zaczęło kropić! Namioty zwinęliśmy trybem awaryjnym i przenieśliśmy się do ciepłego schroniska. Dokonaliśmy tam segregacji kart i zgłębiliśmy tajniki licytacji w „planowaniu”, racząc się czekoladą. Odśpiewaliśmy także urodzinowe „stolat” i „niechmugwiazdka” Pawłowi. Tymczasem deszcz rozpadał się do tego stopnia, że zaczęliśmy podburzać się nawzajem do zostania w obrębie czterech ścian. Właśnie w tym momencie dały o sobie znać cechy przywódcze Papy Smerfa. Usłyszeliśmy zdecydowane „NIE” i było jasne, że dzisiaj H20 raczej nie unikniemy.

Około 13 okutaliśmy się w pałatki, poncha oraz kurtki i wyruszyliśmy na szlak. Jak zwykle pewna część grupy (określanie ich mianem przewodników w świetle przyszłych wydarzeń nie jest raczej najlepszym określeniem) zamarudziła trochę w schronisku. O dziwo, nikt nie zwrócił na to szczególnej uwagi. W dobrych, choć coraz bardziej mokrych, humorach weszliśmy na szlak. Michał Wybredny co prawda spróbował nas zwieść grzejąc ciągle szosą ale Mateusz (Niecierpek) powstrzymał jego zapędy i bezwględnie posłał na szlak, który swoją drogą był nieźle zakamuflowany.

A tego co działo się na szlaku słowa nie opiszą. Woda była wszędzie! Na nas, w nas, na liściach, na ścieżce. Wiatr dął a deszcz lał srogo jakby chciał wynagrodzić nam wszystkie słoneczne dni. Szybko zdaliśmy sobie sprawę, że owijanie się w plastikowy worek (prawie coronerski) nie było najlepszym pomysłem. Co z tego, że był nieprzemakalny, skoro człowiek grzał się w nim jak diabli. Suma summarum byliśmy mokrzy na zewnątrz i wewnątrz. Drobna reorganizacja odzieżowa pomogła jednak (przynajmniej w moim przypadku). Kiedy deszcz przestał padać zaczęło robić się jeszcze ciekawiej. Powietrze próbowało udowodnić nam, że może osiągnąć wilgotność powyżej 100%. Jednym słowem zrobiło się mgliście i duszno. Przedzierając się przez las napotkaliśmy niejedną przeszkodę terenową, jednak Mateusz odkrył swój kolejny ukryty talent.


Wyciągnął lightsaber i przeszedł przez każdą zaporę rzucaną przez Matkę Naturę jak Michał z Ambrożym przez obiad bez dokładki.


Podróżując dalej szlakiem napotkaliśmy liczne okazy fauny w postaci salamander plamistych. Co ciekawe grupa przed nami (Aga, Paweł) twierdziła, że widziała ich 9, my z Mateuszem widzieliśmy 3. Co oznacza, że 6 salamander zostało zjedzonych, śledztwo trwa. Wygląda na to, że wbrew ludowym podaniom nie są trujące.


Dalsza wędrówka doprowadziła nas do szosy i końca diabolicznego szlaku. Przemoknięci zaanektowaliśmy pas pobocza i czekaliśmy dzielnie na resztę, poszczękując ukradkowo zębami. W pewnym momencie minęła nas silna grupa pod przewodnictwem Agi, która oficjalnie robiła rozpoznanie drogi w kierunku od Cisnej, a nieoficjalnie po prostu polazła w złą stronę...

Powoli nasza drużyna zaczęła się kompletować, lecz wciąż brakowało paru osób. Powiało grozą, przewidywaliśmy albo atak sakramenckich żmij albo zemstę salamander. Tymczasem okazało się, że pewna grupka po prostu trochę zamarudziła, a druga była już... w Cisnej.

Różne teorie snuliśmy na ten temat (niejedne bijące nawet na głowie te o JFK) i zaczęliśmy dreptać do Cisnej. Jak się później okazało, do pomyłki doszło po prostu w wyniku niezaspokojonych ciągot pionierskich Papy Smerfa i Marka (ten drugi jednak wypierał się współpracy z Papą S.). W końcu każdy szlak musi kiedyś zostać wytyczony, oni zabrali się do tego zaraz po wyjściu z Jaworzca.


W Cisnej, posiliwszy się w lokalnym trollowym przybytku, udaliśmy się do busa, który zawiózł nas prosto do Ropianki. Kierowca żywił pewne uprzedzenia („gdzie wy mi kazaliście jechać?!”) ale spisał się na medal i ok. 21.30 dotarliśmy na miejsce. Potem tylko drobna przeprawa z transportem jajek do Chatki, ceremonialne otwarcie okiennic i sakramencki tekst Marcina-kierownika: „No to witam was w Chatce”. Potem skrót zasad p-poż. („Nie spalcie chatki”) i wzięliśmy się za to co lemingi lubią najbardziej, czyli robienie obiadu.

Bateria mich czyli obiad w domyśle lub fizyczna manifestacja (jeszcze) metafizycznego żarełka.


Dzień 7 - sobota


Po jakże wygodnej nocy spędzonej w ciepełku i na miękkich materacach stwierdziliśmy, ze nie może być nam za dobrze. Najpierw zgłosiliśmy się na ochotników do niewdzięcznego zajęcia garomyjów, a potem zaatakowaliśmy siekiery. Wykorzystując nasz nieujęty jeszcze w inżynierskie karby zapał oprawiliśmy i naostrzyliśmy (dzięki wsparciu teoretycznemu Pawła) wszystkie narzędzia zbrodni. Należy odnotować, że niejaki Ireneusz juz wtedy zaczął wykazywać niezdrowe zainteresowanie Niutonem (nazwa kodowa kafarka chatkowego). Na przyszłość zaleca się szczególną ostrożność! W międzyczasie niejaki Paweł S. dorwawszy się do kosy, którą odrestaurował, siał zniszczenie wśród flory okołochatkowej. Skapitulował dopiero wobec gniazda os, którym zaproponowaliśmy później trochę niespodziewanego wrzątku na herbatkę.


Walka o jedzenie? czy jedzenie grzanek w warunkach ograniczonej ruchowości? Piotrek tak czy owak był zachwycony ;).


Dzień 8 – niedziela


Oto dziś wyjazd Marcina i przyjazd dwóch bestii straszliwych, których imiona to Zyzio i Adaś. Pierwszy, czterooki, ciągle baczył uważnie czy aby ktoś nie objada go z cukru, który ewidentnie uwielbiał (słodzenie cukru cukrem i cukier kandyzowany w przypadku Zyzia nie są fikcją), a drugi, jego kierowca, zasłynął z ciętego poczucia humoru (którym bezlitośnie smagał tego pierwszego). Berło chatkowe zostaje oficjalnie przekazane przez Marka Zyziowi, Zaczynają się czasy reglamentacji cukru....


Czy ten wzrok a’la ojciec chrzestny może kłamać? Cukru NIE będzie!


Ireneusz ponownie wykazuje niebezpieczne skłonności. Najwyraźniej z braku zajęcia podczas zajęć okołoobiadowych próbował dokonać rytualnego spalenia zabielacza do kawy. Nie wiemy czy chciał uzyskać w ten sposób alternatywny stan świadomości, ponieważ został powstrzymany przez nas i swój zdrowy rozsądek ;).

Dziś ważnym elementem dla znacznej części Żerówki jest wyjście na mszę. Ekipa to: Mateusz Maruda, Aga, Marek, Weronika, Monia, Marcin, Piotrek, Ambrożjusz, Zuziu i Adaś (nie wszyscy wymienieni delikwenci mają plan nawiedzić kościół, jest on właściwie elementem nadprogramowym, czy też obieralnym). Trasa jednak nie będzie tak banalna jak Chatka-kościół-Chatka. Ale po kolei. Zaczynamy od wypadu na Baranie. Przedreptawszy przez Olchowiec podążamy żółtym szlakiem pod górę. Różnorakie przeszkody terenowe nie przysparzają nam żadnych problemów. W ogóle takie przejścia to wciągamy nosem (ups, już doszliśmy do tego, że nic nie wąchamy :). Po dojściu do wieży widokowej w naszych mózgach aktywują się odpowiednie przekaźniki i włącza się nasza skrywana osobowość sługusów komunikacji bezprzewodowej. Czas uruchomić komórky! Atmosfera przepełniona sygnałami poszukujących swoich sieci komórek zagęściła się, natychmiast obsadzono najwyższy dostępny na wieży poziom, aby dać tym pijawkom chłeptać i zasysać kolejne impulsy fal elektromagnetycznych w sosie własnym. Aj.

Przejdźmy może dalej. Opuszczają nas Cukrowy Zyzio i Manos Szoferos Jego Adasios, którzy postanawiają pospacerować szlakiem granicznym. My schodzimy na mszę. Właściwie nie schodzimy, bo w miarę możliwości staramy się zbiegać, na wpół lemingowo, a na wpół tubylczo. W każdym razie tak, aby było głośno i radośnie :) Niektóre gatunki zwierząt emigrują na Słowację, inne załamują łapki i pozostają w swoich dawnych niszach, chowając w swych malutkich serduszkach nadzieję na lepszą przyszłość.

Po drodze Piotrek spotyka znaną mu już wcześniej przeszkodę w postaci zwalonego drzewa. Najwyraźniej ta świeża znajomość podkusiła go, aby z taką radością ją zaatakował... „O losie” – rzekłaby pewnie Monia – „oto porty drą się”. No i Pietr uzyskał nowy wywietrznik w strategicznym miejscu swoich dżinów koloru „black”.

Mimo strat w sprzęcie (mam na myśli tylko odzież ;) walimy dalej „przed się, nie za się”. Niestety zbliżając się do cerkiewki mieliśmy już świadomość, że jesteśmy spóźnieni. Ale nikt nie przypuszczał nawet, że jesteśmy spóźnieni o SZEŚĆ GODZIN. O tym stanie rzeczy uprzejmie poinformował nas jegomość w klubowej koszulinie Malucha, gumiaczkach i z butelczyną jakiegoś zdziełanego w Ukraijnie ożywiacza. Troskliwie spojrzał na naszą grupę zagubionych lemingów i zaoferował nam, że rozewrze wrota kościółka, abyśmy mogli za jednym zamachem zaspokoić nasze potrzeby duchowe i obejrzeć zabytek od środka.

Zadowoleni podążyliśmy w dalszą drogę (niektórzy mimo wszystko cierpieli przez puste żołądki). Teraz celem była chata łemkowska, nad którą opiekę sprawuje przesympatyczny Tadeusz Kiełbasiński. Przyjął nas chętnie i opowiedział historię swojego urzędowania w chyży, losy łemków i okolicznych ziem. Bogatsi o tę wiedzę, lecz niestety coraz ubożsi w pokarm, ruszyliśmy w kierunku Chatki. Zaprotokołujmy, że niewiasty Weronika z Moniką nie wykazały się dalekosiężnym pomyślunkiem i zginęłyby z wychłodzenia gdyby niejaki Mateusz i niejaki Marcin (tu oklaski) nie poratowali ich swoimi kurtkami, ryzykując własne zdrowie, a nawet życie (oklaski). A wszystko panowie to uczynili bez konsultacji z lekarzem lub farmaceutą (westchnienie pełne przerażenia). No.

Kto myśli, że trasa do obiadu była prostą, jest w poważnym błędzie! Otóż na pierwszym istotnym rozejściu dróg skręciliśmy w złą stronę (na Polany), aby po kilometrze zorientować się, że jedzenie jest dalej, nie zaś bliżej i podążanie dalej obraną ścieżyną tego stanu nie zmieni. Jak wykazało śledztwo, zmyliła nas rozmowa o kostce Rubika i plutonie poborowych parających się ułożeniem jej, a przy tym śpiewających radosne piosenki.

W tył zwrot kompaniaaaaa! Truchteeeem!

Trochę szaleńczego biegu poprawiło humory. Reszta drogi upłynęła jak z bicza szczelył. A obiad był pyszny (zresztą nie miał innego wyjścia :).



Oto dylemat żerówkowiczów uchwycony we fleszach aparatów. Niby mięsko, niby samo się pcha prawie do gara, niby rusza w sposób pierwotny, a nie wtórny (znaczy, że świeże), a jednak pod ochroną... Obiad pod ochroną?!


Dzień 9 - poniedziałek


Dzień techniczny. Część uderza do Tylawy, by dokonać niezbędnych zakupów drogą wymiany pieniądz-towar, inni (w tym diMateusze) sumiennie pracują na rzecz uzupełnienia zapasów drewutni. Paweł wpada na ciekawy pomysł sprokurowania z pociętych metrówek podstawek do naczyń – szybko zostają wykonane trzy prototypy, które jeszcze przez kilka dni będą służyły zbożnym celom... aż złośliwie zaczną pękać, za nic mając sobie włożone w ich wykonanie serce (i wpakowany olej).



Bierzemy drewno olchowe i kroimy w cienkie plasterki, namaczamy w oleju i wrzucamy w panierke. Potem wrzucamy na głeboki olej na patelni. Czyli naleśniki a’la Żerówka 2006.


Dzień 10 - wtorek


Dziś dwudniowa akcja ofensywna. W chatce zostają Zyziu i Adam. Idziemy: Mszana – okolice Czerteża – Garb – Pustelnia Św. Jana (no to trzeba mieć fantazję, żeby taki kompleks z polem golfowym vis-à-vis nazwać „pustelnią”!) – niebieski szlak – gdzieś – gdzieś indziej – jeszcze inne miejsce – Dukla :)


Pole golfowe św. Jana z Dukli


Zmęczeni przysiadamy na rynku, mając świadomość tego, że znajdujemy się w samiuśkim środku sakramenckich Bieszczadów, ostoi naszego sympatycznego towarzysza podróży z Warszawy :) Czas coś ZJEŚĆ! Przejmujemy wobec tego pizzerię (spotykamy na rynku Zyzia z Adasiem, którzy swoim automobilem dopyrkali do Dukli na obiad) i opylamy kilkanaście sztuk owego znanego powszechnie włoskiego dania (tym samym zwiększając PKB Dukli o kilka ładnych procent), zapijając Tymbarkami i jakąś tablicą Mendelejewa, suto zakrapianą witaminą E, zakupioną zaś, o zgrozo, w cenie 1.95 za 3 litry. Argh.

Po zmierzchu udajemy się na przedpola Dukli, aby zamaskować nasz sakramencki obóz w krzuniach. Depczemy trawę, rozbijamy namioty, rąbiemy krzaki i rozpalamy krzaczorowe ognisko. Część ekipy odpada, ulegając piaskowemu dzieduszce... Mateusz wybiera opcję survivalową – śpi pod gwiazdami w psiworku. [No, ba! Takie gwiazdy, taka pogoda a wy się chcieliście kisić w namiotach.] Ostajemy się: ja, Aga Jolka, Marek, Weronika, Monia, Marcin, Irek i Ambroży. W diabelskim umyśle Weroniki kiełkuje pomysł rozbudzenia towarzystwa grą w zasady (zasadą „zasad” jest wymyślenie idei przewodniej, według której ekipa będzie odpowiadała wybranej ofierze, zmuszonej do odgadnięcia reguły). Dialog wieczoru, to: „Co masz na głowie?” „YYYYY... włosy?” (zasada: trzeba się zawahać). Po kilku rundach miasto zasypia...


Dzień 11 - środa


Opuszcza nas Krzysiek vel Pan Gitara, buuu... część oddziału eskortuje go na przystanek, reszta robi kanapki... i z nudów zaczyna je konsumować, bo przecież wszyscy wiedzą, że jak kanapka wystygnie, to jest niedobra. Do chatki ewakuują się Paweł i Aga, z tego co zrozumiałem, ich kończyny dolne uległy zużyciu. Piotrek ma podobny problem, ale zgodnie z zasadą „trza być twardym, a nie mientkim” będzie się męczył razem z nami.

Po skompresowaniu obozu z bilansem dodatnim (kompresja antystratna - Marcin znajduje szpilki od namiotu, których podobno nie było :) przeprowadzamy strategiczny odwrót na z góry upatrzone pozycje: Dukla – Rezerwat 1000-lecia na górze Cergowej – kolejna źródełkowa pustelnia Le Złota Studzienka (Ambroży z Piotrkiem odprawiają kozie rytuały przy pobieraniu wody, podobno już niedługo potem wszystkie krzyże na drzewach powinny samoczynnie ulec przekształceniu symetrii względem osi poziomej przechodzącej przez punkt zaczepienia – znaczy odwrócić się :) – a w źródełku płynąć powinno kozie mleko).


A czemu my tacy zadowoleni? To jest zboczenie ludzi gór – więcej zmęczenia = więcej radochy. Urrrrraaaaa!


Zostaje przegłosowane, że członkini-uczestniczka Monia jest walnięta, zaś c-u Weronika stuknięta, ten duet otrzymuje określenie WiS (Walnięta i Stuknięta).


Dla wszystkich którzy mają jeszcze jakieś wątpliwości...



Ale nie ma co stać i na siebie się przyglądać :), czas na podejście - tu powinny być jaskinie – albo gdzieś tu :) – Cergowa. Teraz zejście do chatki SKPB Lublin w Zawadce Rymanowskiej (oni tam mają prąd! brzydale), gdzie Weronika (obwieszona jarzębiną, podobnie jak Monia) próbuje zareklamować miejscowy prysznic, kolejny przejaw panoszącego się tu burżujstwa, że nie wspomnieć o dostrzegalnej nieuzbrojonym okiem antenie satelitarnej na sąsiedniej chacie! Już sam ten widok skręca z bólu umysł porządnego sakramenckiego leminga! To zupełnie tak, jak wóz Family (a niech ich babcia Pelagia popieści!) Frost (turuuuruuuruuuruuuruuu RUUUU!) spotkany któregoś pięknego wieczora podczas powrotu z Olchowca.

Ale ale, czas pełznąć dalej! Idziemy do Trzciany, gdzie przekraczamy drogę 9-tkę, następnie kawałek ścieżką leśną... i nareszcie ten upragniony moment – czas natrzepać trochę punkcików krzaklingowych! Dawaj dawaj na zielony szlak, a później do dołu przez wszelkiej maści drzewa (znajdujemy szkielet wilka, lisowilka, ewentualnie wilkolisa, co to go z pewnością koza dopadła którejś strasznej nocy, mordując w świetle Łysola). Nasza brygada zostaje jednak brutalnie zatrzymana przez zaporę z tarniny. Trzy poważne szturmy zostają odparte, wielu rannych (szczególnie Michał Wybredny, Mateusz i Marcin walczący zaciekle w pierwszej linii – trzeba by wymyślić medale za krzunio-odwagę :). [Dobrze, że nie pośmiertne] Jednak Marek odnajduje krzunio-przecinkę, zwaną również drogą i wszyscy szczęśliwie wychodzimy przy mszanowym Pegeerze. Okazuje się, że instynkt nie zawiódł naszego przewodnika: Marek wybrał największe krzaki ze wszystkich możliwych :) Dziękujemy, przecież o to chodziło! Idziemy znaną i powszechnie lubianą drogą od Mszany, mimo że po ciemaku, i z pewnymi kłopotami, docieramy szczęśliwie do naszej Haciendy Los Abuelos. Warto jeszcze odnotować rajd Marcina i Michała z Ambrożym którzy wysforowali się w drodze do Chatki licząc zapewne na to, ze opchną nasze porcje obiadu! Zabawa trwa do rana.


Dzień 12 - czwartek


Po 2 godzinach snu czas na spacerek do Tylawy przez Wilsznię (Szlakiem Krzysionia, czy jak to się tam nazywa), w celach uzupełnienia zaopatrzenia, a przy okazji nasycenia się widokami. W składzie: ja, Piotrek, Marcin, Aga Jolka i Marek. Pewnie tak to ująłby wieszcz w kolejnej, niestandardowej i nienormowanej już żadnymi soneto-ramkami wersji Nie-sonetów Krymskich:


Och i ach, eteryczny, pastelowy świecie

Okryty kroplamy poranney rosy

O, pajęczynky srebrzyste,

Które słońce swemy promieniamy

Pieści, jak czuła matka swe nowonarodzone niemowlę,

Wy, pagórky, nurzające się w mlecznym oceanie mgieł,

I ty – Tylawo,

Która na horyzoncie

Jak węgielkiem rysowana

Och i ach...

Och i ach...

Chce

mi

się

spać...


Ożywieni dawką glukozy zaczerpniętej z kilku soków i bułek z nadzieniem, drogę powrotną odbywamy bardziej świadomie, już nie w półśnie :). W Chatce czeka rozbudzona ekipa, czas na śniadanko, a następnie zdrową dawkę słońca na karimatach przed Chatką. Tam Weronika z Monią dokonują rytualnej ablucji jarzębiny, dzikiej róży i buczynek skrzętnie zbieranych podczas dwudniowego wypadu, w celu wykonania koralowego rękodzieła. Należy zaznaczyć, że ich myślenie o jarzębinie jako ozdobie jest BŁĘDNE! Jedyną akceptowalną formą jarzębiny, oprócz tej wiszącej na jarząbie pospolitym (Sorbus aucuparia), jest przecież

DŻEM. I wiedzieli o tym najstarsi górale. Więc żeby paniom nie było za prosto, szybko zostają obwarowane przez samców, którzy zgodnie z pradawnymi instynktami obrzucają je wspomnianym niedoszłym dżemem. Pięknie ilustruje te działania zaczepne (i obronne płci „Bo TAK!”) zdjęcie Oli.


Szanowni Państwo, proszę zwrócić uwagę na frunącą nad głową Moni jarzębinę, ruch nadgarstka napastnika, w tej roli niejaki Szumilas, i defensywną pozycję uciemiężonej Weroniki (której oczęta już zlokalizowały straszny pocisk, prowadząc do zastygnięcia w przerażeniu ich właścicielki ;). Ćwiczenie do powtórzenia w laboratorium balistyki.


W tym czasie Marcin poległ na trawce, przytłoczony wrażeniami ostatnich dni – chciała go zeżreć krowa :)

Po męczącej, a jakże, zabawie padamy wespół zespół z krowami, które, jak gdyby nigdy nic, rozsiadły się naokoło naszego siedliszcza. Jest sielsko (nawet rustykalnie, można by rzec ;). Niestety zbliża się czas ucieczki następnej trójki sakramenckich lemingów :( Zostają dokarmieni ryżokaszą, odprowadzeni na pekaesową krzyżówkę, pożegnani... A po wyjeździe Oli, Weroniki i Mateusza, pogrążeni w smutku udaliśmy się w drogę powrotną z zamiarem opędzlowania lasu z jeżyn (czymś trzeba zabić to uczucie żalu ;), oczywiście jak doszliśmy to już zmierzchało i do dwóch słoików zebraliśmy z 20 sztuk owoców - wyrok był oczywisty: pierogów nie będzie. Na szczęście nie było też kiślu i jeżynki zachowały się na później. Wieczór jak zwykle płynnie przeszedł w nockę, a gdy szliśmy spać statecznym krokiem walił już w poranek :)


Dzień 13 - piątek


Aga zarządziła wyrypę na pasmo graniczne (Aga, ja - Mateusz, Marek, Ambroży, Marcin, Michał Wybredny). Najpierw ze 2 godziny asfaltem w kierunku Polan, później atak na ostoję misia (w pewnym momencie przez drogę, tak koło 10 metrów od nas, przehasała łania - oczywiście lekki stres: nikt nie chce być pacnięty przez Le Sakramenckiego Niedźwiedzia). Później chwila krzaklingu i wyszliśmy na granicę. Tam doszliśmy na Baranie... i tutaj bardzo istotny moment - przecież wokół wieży są jeżyny! Najpierw najedliśmy się do nieprzytomności, a potem nazbieraliśmy dwa słoiki na pierożki. Tak! Tak! Tak! Potem dawaj dalej granicą.

Miło upływa czas. Ale zaczyna się spontaniczna część wyjścia - szukamy ścieżki w las, aż w końcu (nie dała się cholera znaleźć, słupki graniczne są felernie ponumerowane) atakujemy na czuja. Oczywiście efekt jest taki, że trafiamy na niewłaściwy potok i wychodzimy zupełnie nie w zamierzonym miejscu :) Tutaj dwie opcje - powrót przez Wiertnię lub asfaltem. Marcin chce górą. Aga, ja, Marek i Michał ochoczo poświęcamy się, oferując że zaniesiemy asfaltem jeżyny jak najszybciej do Chatki. Ambroży po chwili wahania dołącza się do naszej ekspedycji. Marcin już nie chce górą :)

Do Ropianki przybywają Szymon z Kingą oraz kolega Mai - Kuba. Ekipa właśnie pali ognisko ze zrąbanych olch. Paweł zrobił schodki do strumyka i razem z Zyziem i Adasiem kozioł do żurawia. Chłopaki wyciągnęli też przedwieczną menażkę ze studni... ale zrobili dziurę w dolnej warstwie (nie wiedziałem, że się da) i woda zaczęła spływać :) Podobno będzie się to zatykało samoczynnie przez pół roku - dobrze, że to już koniec sezonu. W Chatce robimy obiadek, a następnie pierożki - miodzio! Pierożki wypadły chyba tak koło 4:00 :) Marek i Aga idą spać trochę wcześniej, bo zamierzają iść na wschód słońca.


Dzień 14 - sobota


Dzień luźny. Aga z Markiem byli na wschodzie słońca, ale podobno nie było tak ładnie jak zwykle. Dochodzi następna czwórka gości. A z nimi piła spalinowa. Efekt: duuuużo drewna do rąbania (jak wyjeżdżaliśmy w drewutni były trzy pełne ścianki szczap na wprost i cała po prawej).

Ambroży, Marcin i Aga idą na kszory - reszta koczuje w Chatce. Aga niedługo wraca, bo jakoś niezbyt dobrze się czuje. Paweł robi dalej schodki. Po grze robimy placki ziemniaczane. Oczywiście jak już starliśmy ziemniaki i przygotowaliśmy masę przyczłapali Marcin z Ambrożym - nie masz opcji, żeby zjeść coś samotnie - przecież to Żerówka :) Ale i tak wsunęliśmy ze smakiem, dokarmiając też Marka i podróżników-krzaklingowców. Wieczorem śpiewy i szamanie galaretek z jeżynami, pychotka!


Dzień 15 - niedziela


Wyprawa do Mszany do kościółka. Tym razem trafiliśmy na mszę, ale - o zgrozo! - naszą świątobliwość wykorzystują Zyziu i Adam ewakuujuąc się z Chatki pod naszą nieobecność. Nawet nie zabierają garów do Warszawy :(

Nic to, czas na danie wychodne: ryżokasza z sosikiem. Konsumujemy ze smakiem i zaczynamy ogarniać Chatkę. Sprzątanko, sprzątanko, sprzątanko... i na PKSa. Wraca z nami Kuba (ten od Mai). W Krośnie szybkie poszukiwanie żarcia, w końcu udaje nam się znaleźć bar, tam uzupełniamy zapasy. No i atak na zagórzańską rzeźnię.

Droga upłynęła spokojnie, przez pewien czas śpiewaliśmy siedząc w jednym przedziale, a Marek kombinerkami pozamykał dwa pozostałe z bagażami (ach, ta myśl inżynierska :). Po korytarzu kręcą się misie patysie - czytaj: drechole i im podobne. Dotarliśmy o 6. Pożegnania, pożegnania, pożegnania... No i nadzieja na więcej gór i wspólnych wypraw - pewnie bez tego oczekiwania nie byłoby tak wspaniale.



Wykonali z niemałą satysfakcją i wielkim poświęceniem:


Mateusz Sz. (jak ja nie cierpię!)

Mateusz P.


czyli Dwumateuszek Żerówki 2006.


oklaski i wyrazy wdzięczności prosimy słać na numer konta... :P

Tu są miejsca, w które warto kiedyś zajrzeć