AKT Maluch
Aktualnosci O klubie Imprezy Chatka Rada klubu Galerie Linki Kontakt

Tatry Niskie 2008 - relacja

01-08-2008












Organizatorzy: Szymon Piątek, Tomek Pieczerak DZIEŃ PIERWSZY (1 sierpnia 2008)
Gdy wpadliśmy z Tomkiem do pociągu, wszyscy już tam byli: Piotrek, Jacek , Paweł, Zbyszek, Dorota i Aleksy. Zgodnie z moimi wskazówkami, zajęli już przedział. Niestety od razu pojawiły się problemy. W przedziale panowała wieczysta ciemność. Jedzenie zostało w sposób ekspresowy przetransportowane do pociągu. Nie obyło się bez defektów. Opakowanie po cukrze przedziurawiło się i szlachetny biały proszek rozsypał się po całym przedziale. Na domiar złego po półgodzinie drogi zorientowałem się, że w skutek pośpiechu zostawiłem mapę Tatr w pokoju Malucha, a wraz z mapą napisany przeze mnie w pocie czoła skrypt, za pomocą którego moglibyśmy bezboleśnie dojechać na miejsce (czekały nas minimum cztery przesiadki). Do tego dochodziły jeszcze komplikacje związane z dojazdem Moni i Oli następnego dnia. Prognozy pogody na pierwsze dni też nie były najciekawsze. W tej przemiłej atmosferze rozpoczynaliśmy nasz sierpniowy wyjazd.
DZIEŃ DRUGI (2 sierpnia 2008)
Po naszym wyjściu z pociągu w Zakopanem zaczął się najbardziej fascynujący etap podróży. Jechaliśmy na żywioł, bez owoców mojej wielogodzinnej pracy, które leżały bezpiecznie na parapecie w pokoju na wydziale… Początek poszedł nadspodziewanie gładko. PKS do Łysej Polany złapaliśmy od razu, zaoszczędzając po 2 złote na osobę względem tego, co zapłacilibyśmy jadąc busem. Na granicy wymieniłem złotówki na korony. Wymieniłem jednak tylko pewną część całej puli, bo liczyłem na to, że będziemy oszczędzać. Po przejściu przez granicę od razu znaleźliśmy transport do Starego Smokovca. Jak się później okazało, znacznie lepiej byłoby jechać przez Tatrzańską Łomnicę, ale gdybyśmy nie trafili do Smokovca, nie przejechalibyśmy się kolejką tatrzańską i, przede wszystkim, nie uzyskalibyśmy wsparcia duchowego od literki \\\"f\\\". Na rozkładzie autobusów do Liptovskiego Mikulasa trafiliśmy akurat na dwugodzinną lukę. W sumie dobrze się złożyło, bo dzięki temu zjedliśmy śniadanie. Po raz pierwszy przywiało nas pod kościół, gdzie zasiedliśmy w wiacie, w której kiedyś odpoczywał Jan Paweł II. Po spożyciu pierwszego wyjazdowego posiłku, udaliśmy się na dworzec w nadziei, że któryś z dwóch autobusów oznaczonych tajemniczą literką \\\"f\\\", której nie sposób było doszukać się w legendzie, zawiezie nas do Liptovskiego Mikulasa. Tak się jednak nie stało. Wszystko przez to, że była sobota, a akurat w ten dzień żaden z tych autobusów nie kursował. Zapytałem się kierowcę jednego z podejrzanych autobusów, czy przypadkiem nie zamierza dzisiaj nas zabrać do Liptovskiego Mikulasa. On odrzekł, że dziś już ma fajrant. Czyżby to właśnie o to chodziło w rozkładowym \\\"f\\\"? Bardziej prawdopodobna wersja to \\\"f\\\" jak frajerzy, czyli my, którzy czekamy… W końcu udaliśmy się kolejką tatrzańską do Popradu, skąd godzinę później mieliśmy autobus do Rużomberoka. Co ciekawe, autobus ten również był oznaczony literką \\\"f\\\", która oczywiście wyjaśniona nie była… Ale przyjechał, a jego zwiastunem był kierowca busika, który podszedł do nas i powiedział, że zawiezie nas do samej Liptovskiej Osady za 300 koron od osoby. Bałem się, że za przejazd autobusem też zapłacimy jakąś astronomiczną kwotę, ale tym razem \\\"f\\\" zwiastowało nam farta. Kierowca sprzedał nam ulgowe bilety (dla dzieci do 15 roku życia) i wziął zaledwie po 70 koron od osoby… Podróż trwała koło dwóch godzin. Na dworcu w Rużomberoku znów trafiliśmy na autobusy z \\\"f\\\", tyle że tym razem \\\"f\\\" było wiele i każde miało przyporządkowany jakiś numerek. Na szczęście tym razem wszystkie były wyjaśnione, ale nie dowiedzieliśmy się już nigdy, co znaczyło tamto \\\"f\\\"… Gdy czekaliśmy na autobus, przyczepiła się do nas jakaś kobieta, którą ktoś nieopatrznie spytał o nocleg w Liptovskiej Osadzie. W swoich kwiecistych wywodach przekazała nam dużo niezwykle praktycznych informacji o jakichś noclegach w zupełnie innych miejscach Słowacji. Ale jej stanowczość przy zaprzeczaniu, jakoby w Liptovskiej Osadzie było jakieś pole namiotowe, przekonała większą część naszej grupy, że koniecznie trzeba jechać do Donovaly, którego chciałem uniknąć ze względu na ceny, bo w Liptovskiej Osadzie możemy mieć problemy ze znalezieniem miejsca na nocleg. Nie było wyjścia. Trzeba było zmienić plany i wydłużyć nieco trasę (to akurat było mi na rękę). Jednocześnie nabraliśmy pewności, że w Donovaly znajdziemy nocleg na polu namiotowym. Po wyjściu z autobusu, w trzyosobowym składzie, wraz z Jackiem i Pawłem, udaliśmy się w poszukiwaniu noclegu. Okazało się, że pola namiotowego już nie ma, a pod pensjonatami nie można rozbijać namiotów. Ceny noclegów były nieadekwatne do charakteru wyjazdu i zupełnie nie przystawały do naszych funduszy. W Horskiej Służbie otrzymaliśmy informację, że możemy się rozbić na boisku i chodzić po wodę do jakiejś restauracji. Już prawie byśmy tak zrobili, ale postanowiliśmy spytać się jeszcze w jednym miejscu - na plebanii. Przyjął nas tam młody i niezwykle otwarty ksiądz, który był tam proboszczem od zaledwie dwóch dni. Wcześniej przez siedem lat studiował w Rzymie. Dzięki temu znał dobrze wiele języków obcych i znakomicie się z nami dogadywał. Udostępnił nam prawie całą plebanię, na czele z przytulnym pokojem połączonym z kuchnią. Zrobiliśmy tam nasz pierwszy ciepły posiłek. Po jego spożyciu zjedliśmy wraz z księdzem ciastka, które zostały po niedawnym weselu. Ksiądz nauczył się naszych imion i opowiedział nam dużo ciekawostek językowych polsko-słowackich.
DZIEŃ TRZECI (3 sierpnia 2008)
Była niedziela. Wszyscy poszliśmy na mszę, a po niej dostaliśmy na drogę \\\"błogosławieństwo informatyczne\\\". Na życzenie księdza zaśpiewaliśmy w kościele jedną z naszych piosenek. Padło na \\\"Zostanie tyle gór\\\". Nie spieszyło się nam, bo tego dnia dołączyć do nas miały dziewczyny - siostry Monia i Ola. Jak się okazało, już o 10 były prawie na miejscu, ale w skutek zawirowań czasoprzestrzeni, zamiast pojechać do Donovaly z Rużomberoka, wróciły do Liptovskiego Mikulasa, skąd znowu pojechały do Rużomberoka. Cały problem tkwił w naszej nagłej zmianie planów i kłopotach z przepływem informacji... Przyjechały autobusem koło 14:30. Wcześniej udaliśmy się już całą grupą na trasę. Zatrzymaliśmy się na wzgórzu nad wsią, przy kapliczce. Wraz z Piotrkiem udałem się z powrotem do Donovaly w poszukiwaniu chleba i dziewczyn. Chleba wprawdzie nie znaleźliśmy, ale za to zjedliśmy lody. Potem już wraz z Monią i Olą wróciliśmy na górę. Jak się okazało, grupa pozostawiona przez nas przy kapliczce, o mało co nie została staranowana przez stado owiec. Podchodziliśmy lasem na nasz pierwszy szczyt - Kećkę. Kartki na drzewach i pijane mrówki (zaobserwowane oczywiście przez Tomka) informowały nas, że ktoś rozpuścił po lesie chemikalia. Na szczęście nikt z nas nie zatruł się jagodami, które miejscami dość gęsto obrastały górskie szlaki. Po jakimś czasie wyszliśmy na połoniny. Na jednym ze szczytów napotkaliśmy gustowną klatkę, do której postanowiliśmy wejść w kilka osób. Zmieściły się niestety tylko trzy... W końcu doszliśmy do przełęczy Hadlanka. Do tego czasu szliśmy wszyscy razem. W tamtym miejscu po raz pierwszy pojawiły się tendencje separatystyczne. Część grupy stwierdziła, że przeciągające się postoje nie mają sensu. Tym samym uszczęśliwili smakoszy żelków, bo przecież powszechnie wiadomo, że lepiej jest jeść żelki w grupie pięcioosobowej niż dziesięcioosobowej. Zejście z Koziego Grzbietu było strome, ale dosyć krótkie. Na miejscu docelowym - Hiadelskim Siedle - byliśmy koło godziny 20, a więc jeszcze sporo przed zmrokiem, co później rzadko nam się zdarzało. Tam rozbiliśmy namioty, przeczekaliśmy opad konwekcyjny i rozpaliliśmy ognisko, przy którym siedzieliśmy do późna z gitarą.
DZIEŃ CZWARTY (4 sierpnia 2008)
Po śniadaniu wyruszyliśmy granią w kierunku Chaty pod Chabencem. Przemierzaliśmy kolejne piętra roślinności górskiej. Po wyjściu z lasu szliśmy przez kosówki, aż w końcu weszliśmy na pierwszy szczyt - Prasivę, gdzie zrobiliśmy sobie długi postój. Napchaliśmy się wszelakim możliwym pożywieniem: od emenemsów, przez kabanosy, aż po kanapki z dżemem. Dzięki temu mieliśmy mnóstwo sił na dalszą trasę. Przeszliśmy przez Małą i Wielką Chochulę. Graniowa trasa okazała się być bardzo przyjemna. Zejść było niewiele - dominowały zbiegi. Czasem w ramach relaksu, rzucaliśmy się na ziemię nie zdejmując plecaków. Ta beztroska wędrówka dobiegła końca na Siedle pod Skauką. Dostrzegliśmy tam niepokojące sygnały z nieba. Zaobserwowaliśmy gdzieś niedaleko na północy front burzowy. Drugi szedł za nami. Można było oszacować, że przetną się centralnie nad nami. Nie była to optymistyczna diagnoza. Pojawiła się też teza, że \\\"przejdzie bokiem\\\". Jednakowoż w krótkim czasie po tych dywagacjach, zaczął padać deszcz. Był to dla nas wystarczający sygnał, że mimo wszystko bokiem nie przejdzie. Rozpoczęliśmy więc operację \\\"przetrwaj burzę\\\", którą trenowaliśmy już w maju podczas Juwenaliów. Tym razem jednak nikt nie musiał wchodzić na drzewo, żeby nas deszcz zmoczył. Ba, nawet nie mógł, ponieważ żadnych drzew w pobliżu nie było. Zbiegliśmy w popłochu kilkadziesiąt metrów w dół i rozłożyliśmy się wygodnie wśród traw, otoczeni gdzieniegdzie wyrastającą z ziemi kosówką. Zaczęło grzmieć. Pioruny uderzały gdzieś w niedalekiej okolicy. Jak niedalekiej - ciężko było sprawdzić, ponieważ każdy leżał wtulony w swój plecak, ratując od zamoczenia wszelkie części ciała oraz ubrania. Wierzchnia warstwa nie była wystarczająca już po kilkunastu minutach, bowiem z czasem zaczynało się okazywać, że prawie wszyscy leżymy w kałużach. Na szczęście leżeliśmy w jagodach, więc przynajmniej jedząc je, a także krążącą po naszym polu trupów witaminę C, mogliśmy zaspokoić część potrzeb żywieniowych. Nie zmieniało to faktu, że wszyscy byliśmy przemoknięci i trzęśliśmy się z zimna. Burza oddaliła się od nas po upływie kilkudziesięciu minut. Ciężko powiedzieć dokładnie, ale szacujemy jej czas trwania na 45 minut. Gdy wreszcie wstaliśmy i okazało się, że wszyscy przeżyli, zabraliśmy się za opróżnianie naszych jedzeniowych zapasów. Poszedł między innymi cały słoik nutelli. W tym czasie niektórzy przebrali się w suche rzeczy. Burza już więcej nas nie dopadła. Dzięki niej stało się już niemal pewne, że będziemy zmuszeni przejść kawałek trasy po ciemku. Ale warto było podziwiać nieprzeciętny tego dnia zachód Słońca oraz przepiękną i majestatyczną podwójną tęczę, która oplotła całe niebo. Zachodzące Słońce świeciło na nas z tyłu i sprawiało, że idąc mogliśmy podziwiać tę niesamowitą grę świateł i cieni, która oczywiście została przez nas uchwycona na bardzo wielu zdjęciach. Te najbardziej efektowne zostały wykonane w okolicach szczytu Latiborskiej Holi. Po ciemku doszliśmy do Chaty pod Chabencem, w której powiedziano nam, że byliśmy blisko pobicia rekordu. Prawie nikt przed nami tak późno nie dotarł do schroniska. A była dopiero 22. Słowacy są jednak dziwni… W schronisku nie można było skorzystać z kuchni, a z racji późnej pory nie chciało nam się już uruchamiać palników. Dlatego też zadowoliliśmy się ewidentnie pozbawioną walorów smakowych zupą fasolową, którą zaserwowano nam za 30 koron od osoby. Część spała w środku, a część postanowiła rozbić namioty na zewnątrz. W namiotach dopchaliśmy się jeszcze przed snem, ale głód nie doskwierał nam aż tak strasznie, jak to bywa czasem w chatce koło godziny trzeciej w nocy, bo tego dnia dużo jedliśmy po drodze.
DZIEŃ PIĄTY (5 sierpnia 2008)
W nocy spotkała nas niemiła niespodzianka. Obudził nas samochód, który o mało co nie wjechał na nasze namioty. Trudno powiedzieć, która była wtedy godzina. W każdym razie było jeszcze ciemno. Rano zbudziły nas głośne rozmowy ludzi wychodzących w trasę. Zebranie się jak zwykle zajęło nam sporo czasu. Po zjedzeniu śniadania znaleźliśmy nawet czas na grę na gitarze. Koło 12 wyruszyliśmy w trasę. Już samo podejście pod Chabenec było bardzo męczące. Na szczycie spędziliśmy sporo czasu jedząc, kryjąc się przed wiatrem i obserwując kozicę, która dostojnym tempem obeszła nas dookoła. Tego dnia cały czas szliśmy granią. Pojawiły się pierwsze dolegliwości. Jacek miał problem ze ścięgnem Achillesa, który sprawił, że już następnego dnia był zmuszony nas opuścić. Część grupy szła więc nieco wolniej, ale reszta nie odskakiwała bynajmniej do przodu, ze względu na dużą liczbę postojów. Warto wspomnieć choćby o tym na szczycie góry Polana, podczas którego wpałaszowaliśmy ostatnie kabanosy oraz puszkę tuńczyka. Stamtąd wiódł na Chopok kamienisty trakt, ułożony kiedyś mozolnie przez kogoś wspaniałomyślnego. Dzięki temu z Chopoka na spacery granią w obydwu kierunkach, mogą chodzić przysłowiowe panie w szpilkach z małymi dziećmi. My szliśmy jednak w butach górskich, choć nie wszyscy, bo na przykład taki Zbyszek wykazał się tym, że przez cały wyjazd szedł w swoich niezniszczalnych sandałach +3 do szybkości. Doszliśmy wreszcie do schroniska na Chopoku, gdzie zjedliśmy tradycyjny słowacki wyprażany syr, popijając półlitrową filiżanką herbaty z horskich bylin. Następnie rozsiedliśmy się z gitarą przed schroniskiem i zaczęliśmy grać. Dopiero po jakimś czasie grania \\\"Sielanki o domu\\\" zorientowaliśmy się, jest to odrobinę nie na miejscu… Na szczęście tylko jeden pan przeszedł koło nas ze zniesmaczoną miną. Zrobiliśmy sobie także wycieczkę na sam szczyt Chopoka. Zastaliśmy tam okazałą tablicę z wyrytymi odległościami do różnych miast na świecie. Okazało się, że jesteśmy tylko 5 kilometrów od Twojej Starej! Pod schroniskiem napotkaliśmy okazałego burżujskiego łosia, z którego żadne z nas nie omieszkało skorzystać. Gdy wreszcie udaliśmy się w dalszą drogę, okazało się że musimy gonić część grupy, która wyszła dobre pół godziny przed nami. W składzie ściśle wtajemniczonym przemierzaliśmy więc kolejny trakt wiodący w kierunku Dziumibra. Mimo moich szczerych chęci, nie wchodziliśmy na jego szczyt. Gdy zbliżaliśmy się do przełęczy, z której wiedzie szlak na Dziumbir, uzyskaliśmy kontakt wzrokowy z ekipą, którą goniliśmy. W dodatku do schroniska było już nieprzyzwoicie blisko, co oznaczało mniej więcej tyle, że tym razem na pewno uda się nam dojść przed zmrokiem. Taka sytuacja była co najmniej nie na miejscu po niezapomnianych przeżyciach z poprzedniego dnia, toteż 15 minut od schroniska, które mieliśmy już w zasięgu wzroku, wyjęliśmy marchewki i zaczęliśmy je obierać w celu rychłego spożycia. Zanim jednak do tego doszło, zrobiliśmy bocianią sesję zdjęciową, która w pełni przyćmiła nam główny sens i cel spożywania marchewek na szlaku. Pozostawiliśmy po sobie jedynie obierki - nasz znak rozpoznawczy. Do Chaty generała Stefanika dotarliśmy wprawdzie jeszcze przed zmrokiem, ale z poczuciem spełnionego obowiązku. Zostaliśmy z miejsca zaskoczeni wiadomością, że Paweł, Dorota i Jacek zapłacili już po 350 koron na łebka za nocleg w przytulnym schroniskowym pokoju. Rozbiliśmy nasze trzy namioty w bliskim sąsiedztwie tego ogromnego gmachu schroniska. Niestety nie mogliśmy ich rozbić na trawce przed schroniskiem, bo tam urzędował pies… Po rozbiciu namiotów zabraliśmy się za przygotowywanie pawia. Nie była to rozsądna decyzja, ale podjęliśmy ją tłumacząc się tym, że przecież poprzedniego dnia pawia w ogóle nie jedliśmy. W tym czasie zerwał się mocny wiatr. W dodatku o 22 zamknęli kuchnię, więc straciliśmy dostęp do wrzątku. Podgrzewanie makaronu na palniku poszło w miarę sprawnie. Gorzej było z sosem, który był nieprzeciętnie wodnisty. Po półgodzinnych męczarniach daliśmy sobie spokój. Makaron w tym czasie zdążył ostygnąć. W ramach protestu część grupy postanowiła zamiast sosu zjeść dżem, którego było dość mało w porównaniu do sosu… Ten co prawda nie był dogotowany, ale dało się go zjeść. Niestety chętnych na jego spożycie było zbyt mało: oprócz mnie tylko Piotrek, Aleksy i Ola. Po drugiej dokładce już się poddałem… Wiatr wiejący na dworze nie był dla nas najlepszą zachętą do pójścia spać. Rozsiedliśmy się więc z gitarami w świetlicy, skąd kolejno każdy wyruszał w wyprawę pod prysznic z ciepłą wodą. Byliśmy w końcu w najbardziej burżujskim schronisku wysokogórskim na Słowacji. W tym czasie nasze namioty z trudem utrzymywały się na miejscu odpierając ataki szalonego wiatru. Szczególnie namiot dziewczyn nie był przystosowany do takich warunków. Na noc przybiliśmy go kamieniami. Dodatkowo użyczyłem im części śledzi podtrzymujących przy życiu mój namiot. Okazało się, że pozbyłem się o jednego śledzia za dużo, bo przez całą noc to ja byłem głównym elementem podtrzymującym namiot. Dowiedziałem się o tym już po wschodzie Słońca, kiedy to wyszedłem na zewnątrz i okazało się, że z mojej strony wszystkie śledzie leżą na ziemi w pozycji poziomej. Przybiłem je więc i dzięki temu mogłem zasnąć na kilka godzin.
DZIEŃ SZÓSTY (6 sierpnia 2008)
Wychylające się znad schroniska słońce zbudziło nas gdzieś koło godziny dziesiątej. W schroniskowym hallu wciąż stał garnek wypełniony po brzegi naszym wczorajszym pseudo-pawiem. Ostatecznie wylądował on w schroniskowej toalecie, a na śniadanie zjedliśmy co innego. Część grupy, która spała w schronisku, była już od ósmej na nogach. Jacek porozumiał się z Horską Służbą, która przybyła po niego i zwiozła na dół na czymś w rodzaju taczki. Paweł, Dorota i Zbyszek byli gotowi do marszu tuż po zjedzeniu śniadania. Rozłączyliśmy się więc z nadzieją, że z racji względnie wczesnego wyjścia, grupa idąca z przodu zdąży uzupełnić nasze zapasy chleba zanim sklep w Wyżnej Bocy zostanie zamknięty. Dwa razy liczniejsza grupa pościgowa ruszyła spod schroniska koło godziny 13. Po raz pierwszy zboczyliśmy z naszego czerwonego szlaku, aby niebieskim zejść na dół do sklepu w Wyżnej Bocy. Tym samym zeszliśmy tego dnia z pasma Chopoka, aby tego samego dnia wejść na drugą grań Tatr Niskich, tę niższą i bardziej dziką. Schodząc z wysokości 1700 metrów, musieliśmy przemierzać wszystkie kolejne piętra roślinności górskiej. Stromy próg doliny doskonale nadawał się do przemierzenia go biegiem. Niestety pociągnęło to za sobą nieprzyjemne konsekwencje, dające o sobie znać w dalszej części wędrówki. Ale o tej pladze lewo-kolanowej jeszcze będę miał okazję napisać. Teraz skupię się na największej atrakcji, jaka czekała na nas podczas tego zejścia. Otóż zaobserwowaliśmy koło drogi ambonę, do której postanowiliśmy wstąpić na czekoladę. Nie dość, że altanka owa pomieściła całe sześć osób, to jeszcze miała ona na wyposażeniu dwa fotele, a wszystkie ściany i sufit, obklejone były wykładzinami. Wykładziny te były świadkami naszego czekoladowego posiłku podczas kilkunastominutowego odpoczynku. Ciekaw jestem co czuła pani, która akurat tamtędy przechodziła, gdy usłyszała \\\"dzień dobry\\\" dobiegające z wysokości. Koło 16 dotarliśmy wreszcie do Wyżnej Bocy, gdzie czekały na nas ostatnie dwa bochenki chleba. Wydaliśmy praktycznie wszystkie pieniądze, odkładając uprzednio niewielką część na jeden komplet biletów autobusowych. Wszystko musiało przecież się nam udać, bo mieliśmy farta. \\\"f\\\" czuwało nad nami od Starego Smokovca. Uzupełniliśmy nasze zapasy żelkowe, czekoladowe i obiadowe. Szliśmy bez mapy, więc mogliśmy mieć pewne trudności ze znalezieniem szlaku prowadzącego w kierunku Ramży, miejsca naszego noclegu. Na wszelki wypadek spytałem się miejscowych o modrą cestę, ale nikt nie był w stanie mi pomóc. Ech, ci górale… Pod sklepem uzyskałem kontakt z grupą idącą przed nami. Ściślej mówiąc, moja skrzynka w telefonie została zbombardowana smsami od Pawła. Oni też, mimo że szli z mapą, mieli problemy ze znalezieniem szlaku. My postanowiliśmy iść tak, jak nam się wydawało. Po krótkim czasie w naszych zamiarach utwierdził nas napotkany po drodze miejscowy, który twierdził, iż idziemy szlakiem, którym w rzeczywistości wcale nie szliśmy. Postanowiliśmy więc dojść do celu bez szlaku i bez mapy. Niestety po jakimś czasie odnaleźliśmy szlak, który zaraz potem skręcał w zupełnie nieoczekiwanym przez nas kierunku. Wzięliśmy więc sprawy w swoje ręce i poszliśmy najkrótszą możliwą drogą. W praktyce oznaczało to tyle, że podchodziliśmy pod grań najbardziej stromym z możliwych podejść. Oczywiście bez szlaku, co w Parku Narodowym jest nielegalne. Idąc tak od jagody do jagody (a było w czym wybierać!), weszliśmy w końcu na grań, a konkretnie - do jakiejś drogi, która w końcu doprowadziła nas do szlaku. Szlak prowadził przez wiatrołomy i widać było, że w wielu miejscach znaki zostały zmiecione z powierzchni Ziemi. Za to mogliśmy trzy razy podziwiać zachód Słońca. Dalsza droga prowadziła przez las, ale jakimś cudem dotarliśmy do Ramży przed zmrokiem. Tam czekała na nas przytulna utulnia, z której usług jednak nie skorzystaliśmy. Rozbiliśmy namioty, a następnie w ekspresowym tempie rozpaliliśmy ognisko i sporządziliśmy pawia. Pawia burżujskiego jak na ten wyjazd - z podsmażaną cebulą. Miejsce na ognisko było otoczone ławkami, co przysparzało nam możliwości na bardzo udany wieczór. Miejsce to miało jednak również sporo wad. Z pewnością dla nas największą było położenie najbliższego źródełka, które było oddalone od utulni o dobrych kilka minut marszu. Wydawało się, że jedna wycieczka po wodę wystarczy na cały dzień, ale tak się złożyło, że już po spożyciu posiłku wylała nam się ugotowana już woda na herbatę. Tak więc niestety trzeba było iść po wodę ponownie. Dzięki temu mieliśmy spory zapas wody, co stworzyło nam niepowtarzalną szansę na zrobienie gluta. Po obiedzie, w oczekiwaniu na herbatę, urządziliśmy sobie śpiewanki. Tamto miejsce na zawsze będzie dla mnie wyjątkowe, ponieważ postanowiłem tam pobić rekord Guinessa wysysając dziesięć szczurów naraz. Po wykonaniu tego desperackiego kroku, pozwoliliśmy sobie na kolejny. Po raz trzeci w historii \\\"odśpiewaliśmy\\\" przy ognisku \\\"Mięczaki, ślimaki, głowonogi i stonogi\\\". Nietrudno przypuszczać, że nie było to zbyt rozsądne posunięcie. Wkrótce po tym incydencie pewien Słowak, który próbował zasnąć w utulni, przypomniał nam o swojej obecności. Od tej chwili już nie darliśmy mord, ale perspektywa niezrobionego jeszcze kisielu zmusiła nas do pozostania przy ognisku. Gitar nie schowaliśmy. Tomek nadal sobie pobrzdąkiwał, a Piotrek zagrał po jakimś czasie na prośbę Moni \\\"Elektryczne nożyce z gór\\\". Wtedy wspomniany wcześniej Słowak bardziej dosadnie przypomniał o swojej obecności. Chciał rzucić się na Tomka, który siedział najbliżej i trzymał w rękach gitarę. Nie będę tutaj przytaczał tego co mówił. W każdym razie trzeba przyznać, że niektórzy Słowacy mają całkiem nieźle opanowaną znajomość polskich przekleństw. Po tym niezbyt przyjemnym doświadczeniu pozostało nam poczekać, aż glut dojdzie, dodać do niego czekoladę, spałaszować go z niemałą radością i z poczuciem, że wycisnęliśmy z tego wieczoru ile tylko się dało, pójść spać.
DZIEŃ SIÓDMY (7 sierpnia 2008)
Nie siedzieliśmy co prawda do bardzo późna, ale wywlekliśmy się z namiotów dopiero koło godziny dziesiątej, przez co mimo długiej trasy do przejścia, znów zmuszeni byliśmy wyjść o trzynastej. Jeszcze przed wyjściem spotkaliśmy jakiegoś polaka, który szedł z Chaty Stefanika. Przed naszym wyjściem zakończył przemierzanie tej samej trasy, którą my szliśmy dnia poprzedniego i postanowił zostać na noc w Ramży… Paweł, Dorota i Zbyszek spali w środku, więc jak zwykle zebrali się szybciej i ruszyli w trasę godzinę przed resztą grupy. My wyszliśmy po 13 i w dodatku już na samym początku zgubiliśmy szlak. Wciąż szliśmy bez mapy, więc na wszelki wypadek postanowiliśmy odzyskać wysokość, którą nieopatrznie utraciliśmy i przede wszystkim odnaleźć zagubiony szlak. Z tym większych problemów nie mieliśmy, ale po kilkudziesięciu minutach marszu pojawił się kolejny problem ze szlakiem. Piotrek i Aleksy szli z przodu i żaden z nich nie zauważył skrętu w lewo. Po jakimś czasie doszli do szlaku czerwonego, tyle że… był to zupełnie inny szlak. Mieliśmy z nimi kontakt słuchowy i przez jakiś czas liczyliśmy, że te dwa szlaki się zejdą. Niestety zanim się zeszły, tamten przestał być szlakiem i Piotrek z Aleksym musieli podejść, przemierzając chaszcze, te kilkadziesiąt metrów, które utracili… Potem pojawił się kolejny problem, a mianowicie cały tabun zwalonych drzew, które spowolniały nam tempo marszu. Jakoś sobie z tym radziliśmy stosując metodę na \\\"do Łematy górą\\\". Najtrudniejsze zadanie miał Piotrek, który musiał zadbać o to, żeby w szparze pomiędzy drzewem a ziemią zmieścił się on sam wraz z ogromnym plecakiem i równie wielka gitarą. Po przemierzeniu tego najcięższego odcinka, zatrzymaliśmy się na żelki. Przy okazji niektórzy z nas ucięli sobie krótką drzemkę. Dalsza droga nie napawała nas optymizmem. Było już niemalże oczywiste, że nie dojdziemy tego dnia do Andrejcovej… Naszym celem od tego momentu stało się więc Siedlo Prehyba - jedyne miejsce przed Andrejcovą, w którym można rozbijać namioty. Zebraliśmy się jednak i po krótkim czasie wyszliśmy znów na połoniny. Dojście na Zadną Holę było dla nas znakiem, że należy nam się kolejny postój. Rozsiedliśmy się więc pod samym szczytem i nawet wyjęliśmy gitarę (na szlaku po raz drugi - pierwszy raz był pod schroniskiem na Chopoku). I w ten sposób mijały kolejne sekundy, minuty i godziny cennego czasu. Ale to właśnie dlatego ten czas jest tak cenny, że pozwala nam na takie postoje jak ten! Po śpiewaniu nadszedł czas na bardziej rozgrzewające rzeczy. Wysoki procent uharcowienia naszego składu pociągnął za sobą konsekwencje pląsowe. Na pierwszy rzut poszły simy. Potem było zadanie specjalne z cyklu \\\"ja też potrafię zrobić fikołka na szczycie Zadnej Holi!\\\". Skończyło się na pobezludnowyspowym rozwijaniu się w szereg Maclaurina. Te wszystkie eksperymenty naukowe dodały nam mnóstwo sił. Dzięki temu bolące lewe kolana tak strasznie nam nie doskwierały. To była chyba najdziwniejsza ze wszystkich plag, jakie dotknęły nas podczas tego wyjazdu. Otóż spośród sześciu osób, aż cztery miały lewokolanową dolegliwość. Czyżby jakaś choroba zakaźna? W związku ze zmianą punktu docelowego, zrobiliśmy sobie jeszcze jeden postój - na skale, tuż przed naszym ostatnim tego dnia wzniesieniem. Ten postój również nie należał do najnormalniejszych. Miał on dwie odsłony. Pierwsza była bardzo podniosła. Zastygliśmy w milczeniu na kilka lub nawet kilkanaście minut. Po upływie tego czasu Monia poszła po żelki. Nigdy nie jadłem żelków w tak trafnych okolicznościach. Niestety po ich spożyciu skończyły nam się zapasy… \\\"Turysta z Polski już trzeci dzień stoi na jednej nodze na skale w Tatrach Niskich\\\" - taki komunikat miał się pojawić w słowackich mediach. Miał być to komentarz do nieprzeciętnego zachowania Tomka, który prawie przez cały postój stał na jednej nodze… Druga odsłona postoju była niejako kontynuacją poprzedniego postoju. W celu rozgrzania i ogólnej degrengoladyzacji, Monia i Ola próbowały nauczyć nas różnego rodzaju pląsów. Gdy schodziliśmy z góry, zrobiło się zupełnie ciemno. W pewnym momencie zobaczyliśmy w mroku jakąś konstrukcję. Jak się okazało, był to… traktor. Zrobiliśmy sobie przy nim sesję zdjęciową. Droga prowadziła coraz bardziej w dół. Jej kąt nachylenia systematycznie rósł. Wkrótce weszliśmy w las, co oznaczało, że cel jest już blisko. Piotrek uderzył mocno do przodu. Jego latarka wyszła poza zakres mojego wzroku. Za mną szedł Aleksy. Dziewczyny z Tomkiem i E.T. szły z tyłu. Tomek odskoczył trochę do przodu, więc postanowił zaczaić się (nie mylić z zaparzaniem herbaty) w krzakach i poczekać na nie. Niestety nie przewidział, że nawet najcichszy szelest przez niego wydany, może kosztować je palpitacje serca. Na szczęście do tego nie doszło, ale stopień przestraszenia wystarczył, aby zaszła konieczność wyjęcia ciasteczek na uspokojenie. Idąc usłyszałem pisk, a potem zauważyłem, że światło E.T. nie porusza się do przodu. Wyczułem podstęp i podszedłem te kilkadziesiąt metrów tylko po to, aby załapać się na jedno ciasteczko… Przy okazji znalazłem kij na niedźwiedzia. Jednego niedźwiedzia z latarką spotkaliśmy niewielki kawałek drogi dalej (a w zasadzie niżej). Niedźwiedź ten powiedział nam, że Zbyszek już od dwóch godzin siedzi sam na przełęczy, a Paweł z Dorotą zeszli na dół, bo Paweł miał jakieś problemy z nogą, a Dorocie jak widać zależało, aby wcześniej zejść z gór (już w Warszawie o tym wspominała). Tym samym opuściła nas ostatnia mapa. Drugi niedźwiedź przyniósł nam wieści, że w miejscu, gdzie mieliśmy nocować, nic nie ma. Nie ma miejsca na ognisko, nie ma źródełka, a za to jest mnóstwo zakazów z zakazem palenia ognisk na czele. Jest za to asfaltowa szosa i mnóstwo rozjeżdżonego przez samochody błota. Rozbiliśmy się więc na tej niewielkiej przestrzeni i zrobiliśmy obiad na resztce gazu, która nam została. Wkrótce potem poszliśmy spać. Zdecydowaliśmy się wstać wcześnie następnego dnia, bo mieliśmy do przebycia ośmiogodzinną trasę.
DZIEŃ ÓSMY (8 sierpnia 2008)
Wstaliśmy przed siódmą. Jeszcze przed naszym wyjściem, swoją obecnością uraczyły nas warczące blaszane smoki. Po zjedzeniu śniadania pojawił się problem związany z wodą. Brak źródła w okolicy oznaczał konieczność nabrania do butelek \\\"Łosiowianki\\\", czyli wody ze strumyka, obok którego można było zaobserwować kałuże benzynowe… Wkrótce zostało odnalezione miejsce na ognisko oraz miejsce, w którym mogliśmy rozbić namioty. Z mapy wynikało, że w pobliżu jest także źródło, ale wówczas już żadnej mapy nie mieliśmy… Zbyszek postanowił wyjść pół godziny przed nami. Jako że tego dnia schodziliśmy już do miejscowości Telgart, poprosił mnie o 1/10 całej puli koron, jaka mi została oraz dodatkowo o 50 złotych na powrót, po czym odłączył się od grupy. Jak się później okazało, nie na zawsze. Wystartowaliśmy około godziny 9:30. Tego dnia niebo było bardziej zachmurzone niż przez ostatnie kilka dni, a nam zostały już tylko resztki jedzenia. Dlatego też już podczas pierwszego dłuższego postoju na szczycie Wielkiej Vapenicy zabraliśmy się za wyżeranie tego, co nam jeszcze pozostało. Obaliliśmy ostatnią czekoladę do smarowania, ogórek oraz cytrynę. Dzięki temu uzyskaliśmy wszyscy +10 do ucytrynnienia, co było dla nas zbawienne i nie pozwoliło nam dopuścić do zaistnienia sytuacji kryzysowej. Po przeszło godzinie drogi, osiągnęliśmy nasz cel z poprzedniego dnia - utulnię Andrejcova. Tam mogliśmy wreszcie nabrać do butelek prawdziwą wodę mineralną, pozbywając się przy tym \\\"Łosiowianki\\\". Utulnia była bardzo zadbana i przytulna. Rozsiedliśmy się w środku. Znaleźliśmy tam między innymi spleśniałą paprykę i mielonkę przeterminowaną o sześć lat. Po obejrzeniu strychu i zwiedzeniu katakumb, wyszliśmy na zewnątrz i zjedliśmy trzecie śniadanie w miejscu położonym 1412 metrów nad poziomem morza. Śledź, którego wówczas spałaszowaliśmy, był jak widać przeznaczony specjalnie na tę okazję, ponieważ zawierał E-1412. Po opuszczeniu utulni weszliśmy we wszechogarniającą mgłę. Szliśmy tak chyba z dwie godziny, aż wreszcie padliśmy… Po przeleżeniu na szlaku około dziesięciu minut, wstaliśmy i poszliśmy dalej, cały czas pod górę. Wreszcie dotarliśmy na szczyt Kralovej Holi. Licząc od Andrejcovej, szliśmy jakieś 3,5 godziny, a więc mniej więcej tyle, ile by wynikało z mapy. Ale my mapy nie mieliśmy. Gdy już znaleźliśmy się na szczycie, zaobserwowaliśmy wyłaniające się zza chmur druty. Zaraz potem objawiła się nam szosa i zupełnie niespodziewanie wyrósł przed nami ogromny budynek stacji badawczej. Wobec silnie wiejącego wiatru oraz niekwestionowanej konieczności odpoczynku, postanowiliśmy wejść do środka. O dziwo drzwi były otwarte. Weszliśmy do ciasnego pomieszczenia, w którym rozsiedliśmy się i spożyliśmy kolejny posiłek. Znaleźliśmy tam nawet wypełnioną po brzegi księgę gości. Nabraliśmy więc sił do dalszej drogi, która teraz prowadziła już tylko w dół. Zeszliśmy jakieś 50 metrów w dół szosą, po czym niespodziewanie wyszliśmy z chmury. Naszym oczom ukazały się przepiękne widoki na okoliczne wioski oraz przede wszystkim na Wysokie Tatry. Schodziliśmy zielonym szlakiem, więc opuściliśmy już na dobre czerwony szlak, którym szliśmy przez poprzednie kilka dni. Bardzo szybko straciliśmy kilkaset metrów wysokości. Etap podróży przez połoniny zakończyliśmy ponownie dochodząc do szosy, którą opuściliśmy tuż pod szczytem. Rozsiedliśmy się na niej i zaczęliśmy robić różne głupie rzeczy. Tak, to był niewątpliwie efekt całodziennej wyczerpującej wędrówki… Symbolem tego postoju został obwołany turlający się krem Nivea, który oczywiście był tylko jedną z wielu ciekawych atrakcji, jakie zapewniło nam tamto miejsce. Później dowiedzieliśmy się, że szosą tą zjeżdżają czasem spragnieni mocnych wrażeń rowerzyści, ale wówczas nie było to już dla nas bardzo istotne. Było już późno, więc końcówkę trasy przeszliśmy po ciemku. Dotarliśmy do Telgartu wieczorową porą. Zatrzymaliśmy się pod kościołem grekokatolickim. Przeszukałem jego teren, ale parafii nie znalazłem. Był tam tylko cmentarz, ale to była raczej marna perspektywa noclegowa. Rozsiedliśmy się więc na schodach pod kościołem wpatrzeni w dom naprzeciwko, a dokładniej w krzyż nad drzwiami w środku. Monia wierzyła, że \\\"f\\\" nadal jest z nami. Wzięła ze sobą Olę i zadzwoniła do drzwi. Kilka minut później siedzieliśmy już w środku i pozostało nam już tylko pomyśleć o obiedzie. Zapasy pawiowe już nam się skończyły, ale… od czego są zupki i \\\"Słodkie Chwile\\\"!? Poza tym zostało nam jeszcze trochę makaronu, więc każdy zjadł go z czym lubi. Dom naprzeciwko kościoła należał do proboszcza telgarckiej parafii, który mieszkał tam od niedawna z żoną i z trójką małych dzieci. Dzieci niejednokrotnie dawały o sobie znać swoim piskiem, który słychać było w kuchni dzięki nowoczesnej aparaturze. Dziewczyny dostały do dyspozycji burżujski pokój z prysznicem. Dzięki temu mogliśmy zmyć z siebie trzydniowy brud.
DZIEŃ DZIEWIĄTY (9 sierpnia 2008)
Mieliśmy sporo farta, bo gdy wyszliśmy rano z plebanii w poszukiwaniu transportu do Popradu, od razu trafiliśmy na jeden z trzech bodajże autobusów w ciągu całego dnia (była to w dodatku niedziela). Podróż kosztowała każdego po 37 koron, dlatego zostało nam jeszcze trochę pieniędzy, co dawało nadzieję, że nie trzeba będzie szukać bankomatu. W dodatku sytuację ratował Piotrek, któremu zostało jeszcze trochę koron. Na dworcu w Popradzie spotkaliśmy Zbyszka, który jak się okazało, zanocował w Popradzie, bo w Telgarcie nie mógł nic znaleźć. Nie pojechał on jednak z nami do Łomnicy, bo stwierdził, że poszuka innego połączenia. I rzeczywiście je znalazł, bo gdy kontaktowałem się z nim na granicy, twierdził że jedzie właśnie pociągiem do Warszawy. W szóstkę podjechaliśmy więc kolejką tatrzańską do Łomnicy. Tam zrobiliśmy zakupy. Na szczęście udało się zapłacić kartą. Dzięki temu zabiegowi mieliśmy pożywienie na całodniową podróż do Krakowa. Za Piotrkowe pieniądze pojechaliśmy busem na Łysą Polanę. Stamtąd błyskawicznie dojechaliśmy do Zakopanego busikiem. Wszystko dzięki supersprytnemu Słowakowi, który znał wszystkie skróty i wiedział jak skutecznie ominąć korki. W Zakopanem też szybko złapaliśmy PKS do Krakowa. Podróż trwała trzy godziny. W tym czasie udało nam się zjeść przewlekły posiłek, który mógł uchodzić za śniadanie. W trzy osoby opróżniliśmy jedną z ostatnich mielonek, jakie nam zostały. W Krakowie mieliśmy się spotkać z Murkiem i Olą, a więc z pionierskim składem Tuki Tuki II. Następnego dnia mieliśmy wyjść z nimi w trasę. Już dawno było oczywiste, że tego planu nie zrealizujemy. Tomek musiał wracać do domu pod pretekstem braku pieniędzy (ale przecież wszyscy doskonale wiemy o co chodziło). Monia zmieniła plany i stwierdziła, że pojedzie do chatki. Wraz z nią miała jechać Ola, która kilka dni później i tak musiała wracać do Warszawy. Tak więc gdy dojechaliśmy do Krakowa, pożegnaliśmy się z Tomkiem i Aleksym, a następnie udaliśmy się w kierunku burżujskiego akademika, w którym Murek załatwił nam już nocleg. Nie była to prosta sprawa. Dostałem od niego w sms-ie wskazówki, jakimi ulicami iść, ale jako że Murek pisał to na podstawie mapy, nie mógł wiedzieć, że jedna z ulic tak naprawdę jest parkową ścieżką… Kupiliśmy jednodniowe bilety na komunikację miejską, ale jak się okazało, przepłaciliśmy, bo pomimo dość dużych odległości, po mieście poruszaliśmy się głównie piechotą. Niezauważenie przez nas nieistniejącej ulicy sprawiło, że nadłożyliśmy sporo drogi, ale na szczęście tuż po jej nadłożeniu, spotkaliśmy się z Murkiem i Olą. Wraz z nimi udaliśmy się do akademika. Za nocleg zapłaciliśmy po 27 złotych, po czym zamiast spać na łóżkach, rozłożyliśmy się na podłodze. Było to konieczne do podtrzymania wyjazdu, bo gdybyśmy wszyscy chcieli spać na łóżkach, ktoś z nas musiałby spać w pokoju wraz Murkiem i Olą, a wówczas wszystko mogłoby się potoczyć zupełnie inaczej… Ale po kolei… Wieczorem udaliśmy się na obiad do pizzerii. W oczekiwaniu na jedzenie oglądaliśmy transmisję z Olimpiady w Pekinie. Była to jedyna transmisja z tych Igrzysk, jaką mi było dane obejrzeć. Po obiedzie udaliśmy się na krakowską starówkę, która o tej porze tętniła życiem. Do akademika wróciliśmy gdzieś koło pierwszej w nocy. Kilka godzin później podjąłem decyzję. Wyjazd \\\"f\\\" się nie rozwiązuje! Jedziemy do Ropianki!
DZIEŃ DZIESIĄTY (10 sierpnia 2008)
Wstaliśmy zdecydowanie za wcześnie, biorąc pod uwagę godzinę, o której się położyliśmy. Ale skoro mieliśmy jechać do chatki, to musieliśmy się przyzwyczajać… Po zjedzeniu śniadania opuściliśmy akademik i poszliśmy do kościoła, po czym udaliśmy się na spotkanie z Mateuszem i Mają, którzy mieli tego dnia dołączyć do Murka i Oli. Przywitaliśmy się z nimi, poczekaliśmy aż oddalą się wraz z pociągiem, a następnie poszliśmy na lody. Wróciliśmy na dworzec robiąc po drodze zakupy w Carrefourze. Odjechaliśmy burżujskim PKS-em do Krosna. Podróż trwała cztery godziny. \\\"f\\\" było z nami, więc zdążyliśmy na ostatni autobus do Tylawy. Przetestowaliśmy po ciemku nowy szlak do chatki i byliśmy na miejscu w porze obiadowej, a więc koło 21:30. W środku, oprócz bacowego Piotrka, zastaliśmy Agę, Pawła i Pawła (który mówił, że nazywają go w pracy Łysym Faszystą). Zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci. Wieczór zleciał nam na robieniu obiadu, śpiewaniu i długich nocnych rozmowach, a w zasadzie nawet gorących dyskusjach z Łysym Faszystą na poważne tematy.
DZIEŃ JEDENASTY (11 sierpnia 2008)
Monia jeszcze w Krakowie dogadała się z Kaczym, że ten przyjedzie do chatki wraz z Michałem i Kingą, a następnie we czwórkę udadzą się na kilkudniową wycieczkę na Słowację. Trójka przybyszów zawitała pod chatkowe progi w porze zmywania naczyń. A zmywania mieliśmy sporo, więc zajęło nam to mnóstwo czasu. Moim i Piotrka głównym celem podczas tego pobytu w chatce, była regeneracja przed Tuki Tuki II. Regeneracja ducha, ale również regeneracja materialna, a więc wypranie brudnych rzeczy. Na szczęście dopisywała nam pogoda, więc poszło nam to wszystko bardzo sprawnie. Poza tym dostaliśmy zadanie, aby odnaleźć lodówkę, która spłynęła którejś nocy, po tym jak strumyk trochę zebrał. Po długich poszukiwaniach, została ona odnaleziona gdzieś na wysokości odwiertu. W okolicy udało mi się odnaleźć sporo produktów śniadaniowych, więc nie było szans, żebyśmy umarli z głodu. Zresztą uniemożliwili nam to też dzisiejsi przybysze, którzy od razu zabrali się za robienie jedzenia. Zrobili tak dużo, że wraz z Piotrkiem dostaliśmy po pół porcji. Po pierwszym obiedzie nastał czas na drugi, a następnie na śpiewanki, które w tak dużym składzie udały się znakomicie (w sumie było nas dziesięcioro, rano chatkę opuścił Łysy Faszysta). Nie trwały one jednak do bardzo późna, bo następnego ranka czteroosobowa grupa opuszczała chatkę.
DZIEŃ DWUNASTY (12 sierpnia 2008)
Wyjazd \\\"f\\\" liczył więc od tego czasu troje uczestników. W chatce wraz z nami zostali Piotrek, Aga i Paweł. Dzień minął nam na różnego rodzaju pracach. Kontynuowaliśmy zabawę z praniem, dodatkowo ja zająłem się liczeniem wydatków wyjazdowych, a Ola komponowała gitarową partię pół-autorskiej wersji \\\"Nocy czerwcowej\\\" (drugą pół-autorką jest Monia), aby wpisać ją do kroniki (mimo prawie zerowego doświadczenia gitarowego). Powstała nawet wersja dla leworęcznych. Paweł w tym czasie wytyczał miejsce na nowego łosia i rozpoczął nawet kopanie. Dokończyć miała zerówka. Jak się później okazało, łoś powstał w zupełnie innym miejscu, ale dół wyznaczony przez Pawła został ostatecznie spożytkowany jako nowy dół na zlewki. Bacowy Piotrek zaczął cierpieć na typowe w tym roku w chatce schorzenie migdałka. W międzyczasie podejmowaliśmy gości, którzy przybyli do chatki w ciągu dnia wraz z dzieckiem. Po obiedzie jeszcze długo siedzieliśmy przy stole. Znów było sporo śpiewania, graliśmy też w grę dla kobiet ze zdrową wyobraźnią. Jednak mimo wyraźnego określenia tożsamości potencjalnych graczy, nie szło nam bardzo tragicznie. Może poza incydentem z pewnym czarnoksiężnikiem, który przebrał się za klatkę z kanarkiem… Zbędnym ograniczeniem była obecność tylko dobrych zakończeń… Następnego dnia mieliśmy wcześnie rano opuścić chatkę, więc Aga i Paweł postanowili położyć się wcześnie. Skład \\\"f\\\" jednak był bardziej wspaniałomyślny. Siedzieliśmy do późna, wypełniając kronikę szczurami, a czas (i kronikę zresztą też) nocnymi rozmowami.
DZIEŃ TRZYNASTY (13 sierpnia 2008)
Wyszliśmy z chatki bardzo wcześnie rano. Szliśmy całą ekipą. Paweł i Aga tego dnia wracali do Warszawy. Ola miała jechać z nimi, a ja i Piotrek mieliśmy w Krakowie spotkać się z Tomkiem, a następnie dołączyć na trasie do obozu Tuki Tuki II. Lodami w delikatesach Centrum rozpoczęliśmy nasz RPL (Rajd Po Lodziarniach). Następne były już na dworcu w Krośnie. Tam też kupiliśmy coś, żeby się zapchać i wyruszyliśmy w długą podróż z powrotem do Krakowa. Pożegnaliśmy się tam z Olą, Agą i Pawłem, którzy błyskawicznie złapali PKS do Warszawy, a następnie poszliśmy wraz z Piotrkiem na spotkanie z Tomkiem, po drodze zahaczając o Carrefoura. Tym samym wyjazd \\\"f\\\" znów liczył trzech uczestników. Tomek bowiem oficjalnie się od wyjazdu nie odłączył. W takim f-składzie (nie mylić z emo squadem) pojechaliśmy PKS-em do Olkusza. Pani w kasie powiedziała nam, że pierwszy autobus jest o 17:30, podczas gdy na rozkładzie wyraźnie połyskiwała godzina 17:00. Okazało się, że to rozkład miał rację, więc udało nam się dość szybko dostać się do naszego jurajskiego punktu wyjściowego. Tam znaleźliśmy bankomat, po czym wyruszyliśmy w kierunku zamku w Rabsztynie, gdzie mieliśmy dołączyć do obozu Tuki Tuki II. Koło godziny siedzieliśmy pod zamkiem jedząc żelki. Długo bezskutecznie próbowaliśmy się z nimi skontaktować. Obejrzeliśmy w tym czasie zachód słońca. Wkrótce okazało się, że oni już są w Rabsztynie i rozbili się przed jakimś przydrożnym pensjonacie. Zeszliśmy więc kawałek i po tym sprawnym manewrze \\\"Ropianka\\\" dołączyliśmy wreszcie do obozu Tuki Tuki II z nowymi siłami nabranymi podczas tej trzydniowej regeneracji…
DZIEŃ DWUDZIESTY DRUGI (22 sierpnia 2008)
Wyjazd w Tatry został oficjalnie rozwiązany przeze mnie w Warszawie pod stacją metra Centrum około godziny 20:10. Spisał i złożył: Szymon Piątek Zdjęcia pstrykali: Piotr Pękalski, Aleksy Barcz, Szymon Piątek, Mateusz Szumilas (to multiwyjazdowe) WKRÓTCE RELACJA ZOSTANIE POSZERZONA O ZDJĘCIA. PÓKI CO, ZAPRASZAMY DO ODWIEDZENIA OFICJALNEJ GALERII WYJAZDU
Tu są miejsca, w które warto kiedyś zajrzeć