AKT Maluch
Aktualnosci O klubie Imprezy Chatka Rada klubu Galerie Linki Kontakt

Zerówka 2007 - relacja

08-09-2007
















Organizatorzy: Agnieszka Szudarska, Mateusz Szumilas DZIEŃ PIERWSZY (SOBOTA, 8 WRZEŚNIA 2007)
Dla większości z nas był to czwarty miesiąc najdłuższych wakacji w życiu. Rok temu z większymi lub mniejszymi obawami rozpoczynaliśmy ostatni rok nauki w liceum. To wszystko już dawno minęło. Już jako studenci spotkaliśmy się na dworcu Warszawa Wschodnia. Połączyło nas pragnienie wypełnienia w ciekawy sposób tych dwóch tygodni, miłość do gór, chęć integracji z przyszłymi studentami Politechniki Warszawskiej i niska cena wyjazdu podana na ulotce z zerówkami (później okazało się, że te 150 zł. to ściema i tak naprawdę prawie nic nie musieliśmy płacić). Już po spotkaniu organizacyjnym (zorganizowanym przez Agnieszkę i Mateusza - organizatorów zerówki) wiadomo było, że ludzi chętnych do partycypacji w tym niezwykłym, jedynym i niepowtarzalnym obozie zerowym jest w tym roku wyjątkowo dużo i nie wszystkim było dane uczestniczyć w pierwszej części obozu. A obóz składał się z dwóch części - wędrówki po górach z plecakami oraz chatkowania. Jednak żeby dojść do tych niezwykle atrakcyjnych punktów programu, musieliśmy przebrnąć przez barierę współrzędnych geograficznych. W pociągu zabłysnął Michał, już wówczas zwany Michałem, który w pocie czoła próbował zmieścić do plecaka wszystkie swoje bagaże. Nie udało mu się to, ale dzięki temu kilka osób zyskało trochę jedzenia. Wówczas jeszcze mało kto zdawał sobie sprawę z tego, jak istotne będzie to \"trochę\" w dalszej części zerówki. Udało nam się szczęśliwie dojechać na miejsce. Podróż miała charakter integracyjny w poszczególnych przedziałach. W większości nie były to przedziały otwarte, tak więc funkcja przemieszczania była trudna do opisania nawet dla świeżo upieczonych studentów Politechniki Warszawskiej. Część z nas z pewnością oczekiwała, że ten proces pieczenia przedłuży się na czas naszej zerówki. Niestety pogoda, którą zastaliśmy w Muszynie, po wyjściu z pociągu, zweryfikowała te marzenia... Przywitała nas mżawka, która okresowo przemieniała się w drobny deszcz. W dodatku dochodziła godzina trzecia w nocy, a nas czekała jeszcze godzinna podróż do bazy studenckiej... Trzeba było przyodziać wszelką dostępną i osiągalną odzież przeciwdeszczową oraz wyjąć przedmioty świecące. Zajęło nam to sporo czasu. Później rozpoczęła się wędrówka - najpierw drogą, a później pod górę po błocie. Szczególnie tę drugą część nie wszyscy mile wspominają... Na szczęście nasi przewodnicy sprawili, że prawie bezkolizyjnie udało nam się dojść do celu. Ucierpiały chyba tylko nasze ubrania oraz lewa łopatka jednego z uczestników, który wówczas figurował w świadomości niektórych jako Michał, a w świadomości innych nie figurował. Nie figurował też defekt jego łopatki, ale to już zupełnie inna sprawa... Dotarliśmy na miejsce bardzo późno w nocy. To była chyba trzecia, albo czwarta godzina. Zastaliśmy tam wiatę i barak, który okazał się być miejscem naszego noclegu. Nie wiem jakim cudem udało nam się rozwiązać problem plecakowy związany z ułożeniem poszczególnych osobników na podłodze. Prawdopodobnie wówczas dał o sobie znać pierwszy syndrom zerówkowy. Komfort snu nie stanowił już dla nas żadnej wartości. Ważne, żeby ten sen wreszcie nadszedł. Ten syndrom później bardzo często dopadał nas podczas jedzenia - najważniejszej z czynności wykonywanych na zerówce. Tego dnia każdy korzystał jeszcze z własnych zapasów, zakupionych oczywiście za pieniądze Politechniki.
DZIEŃ DRUGI (NIEDZIELA, 9 WRZEŚNIA 2007)
Dzień drugi ze zrozumiałych powodów rozpoczął się dla nas nieprzyzwoicie późno. W dodatku przez cały dzień byliśmy skazani na pogodę, która bynajmniej nam marszu nie ułatwiała. Po tym jak udało nam się w komplecie wyczłapać z naszej noclegowni, leniwie rozpoczęliśmy przygotowania do śniadania. Jak zwykle znalazło się sporo chętnych do smarowania, krojenia i robienia herbaty. Na pierwszy ogień poszła herbata z prądem, który jednak był niemalże nieodczuwalny w smaku, gdyż była to herbata ogniskowa. Już wtedy wiedziałem, że nie obędzie się bez wyjadania szczurów...
\"Nasz
Po raz pierwszy idą w ruch noże, konserwy i przeróżne przysmaki.
Wkrótce po zjedzeniu pierwszego wspólnego posiłku wyruszyliśmy z plecakami w poszukiwaniu przygody z nadzieją, że następne miejsce noclegu będzie miało nieco wyższy standard. Pierwszym etapem tego dnia było zejście do Muszyny. Udało się wtedy zdemaskować kilku uczestników obozu. Okazało się, że Michał od łopatki ma na imię Kóba. Zdemaskował się też Kaczor, który wcześniej także ukrywał się pod powłoką Michała. Po nocnej wędrówce, nasze ubrania wyglądały już całkiem normalnie. Ciężko było po nich poznać, że jeszcze tego samego dnia wysiadaliśmy z pociągu... Gdy dotarliśmy na rynek w Muszynie, zaczął padać deszcz. Naszym łupem padł przystanek autobusowy, który stał się naszą bazą wypadową do lodziarni po drugiej stronie rynku. Lody były bardzo dobre, zwłaszcza przy tak kapryśnej pogodzie. Nie zdawaliśmy sobie wówczas sprawy, że wraz z opuszczeniem tego pięknego miasta, stracimy kontakt z cywilizacją na kilka dni. Po zjedzeniu lodów i uzupełnieniu zapasów jedzeniowych, udaliśmy się pod górę. Podejście było bardzo męczące. Trudów wędrówki nie wytrzymał wypełniony po brzegi plecak Michała zwanego Michałem. Przedpotopowa konstrukcja nie wytrzymała. Całe szczęście, że nikt nie został zraniony siekierą, która wesoło kołatała się z tyłu plecaka. Na szczęście udało się doprowadzić plecak do stanu używalności. Wobec zbliżającego się zmroku, zapadła decyzja o rozdzieleniu się na dwie grupy. Nastąpiło to już po tym początkowym podejściu, które zawsze jest najbardziej męczące. Tak więc dalsza droga była już bardzo przyjemna. Szczególnie, że mieliśmy spore zapasy jedzeniowe. Zwłaszcza czekolady nie brakowało. Ja miałem w plecaku lody, jednak postanowiłem pozostawić je na czarną godzinę.
\"Czekolada
Czekolada - żywioł zerówkowy
Grupa przodująca dotarła do Wojkowej dosyć wcześnie i zdobyła dla wszystkich przytulne miejsce noclegowe. Grupa pościgowa też na szczęście zdążyła dotrzeć na miejsce przed zmrokiem. Nocowaliśmy w bardzo przyjaznym garażu należącym do abonentów telewizji Trwam. Udostępnili nam nawet łazienkę, z której niektórzy skorzystali. Inni udali się do pobliskiego strumyka z nadzieją, że następny dzień przyniesie nam jeszcze lepsze warunki sanitarne. Rozpoczął się pierwszy wieczór integracyjny. To właśnie wtedy zjedliśmy pierwszego pawia na tym wyjeździe, dowiedzieliśmy się na czym polega łip-tip oraz dlaczego Marta jest wegetarianką. Później po raz pierwszy na obozie (nie licząc incydentów w pociągu) zabrzmiały dźwięki gitary. Tego dnia zaczęliśmy liczyć ofiary. Ania i Stasiek zdecydowali się opuścić nas z powodów zdrowotnych. Kto by przypuszczał, że później prawie wszyscy będą się zmagali z jakimiś dolegliwościami... Pogoda negatywnie wpłynęła na niektórych zerówkowiczów. Pojawiły się pierwsze plany dezercji. Michał zwany Michałem oraz Michał zwany Kóbą mieli na tyle mocne argumenty, że zdecydowali się wcielić ten plan w życie. Różne były plotki związane z dezercją Michała zwanego Kóbą. Niektórych przekonała wersja z rozpadającymi się butami. Inni niedowierzali i szukali bardziej spiskowych teorii. Największą popularność zdobyła taka wersja, że Kóba spodziewał się w chatce prysznica... Postanowiłem wszcząć dochodzenie w tej sprawie i wtedy właśnie wpadłem na trop lewej łopatki, która rzekomo miała być przyczyną tej haniebnej dezercji. Michał zwany Michałem musiał zrezygnować z pierwszej części zerówki z powodu plecaka. Obaj z Wojkowej udali się do Dukli, a stamtąd prosto do chatki w Ropiance, gdzie przyjął ich Ambroży. Spędzali tam miło czas chodząc na wycieczki i rąbiąc drewno. Pozostałym uczestnikom pozostało jeszcze przez te kilka dni wysłuchiwać opowieści o tej wówczas mitycznej postaci Ambrożego.
\"Ambroży\"
DZIEŃ TRZECI (PONIEDZIAŁEK, 10 WRZEŚNIA 2007)
Koło szóstej obudziły nas kościelne dzwony. Gospodarze zapewnili nam niezwykle przyjemny poranek przy dźwiękach dobiegających z telewizora. Na niebie wreszcie pojawiło się Słońce. Na dobry początek dnia, udaliśmy się do sklepu, aby uzupełnić utracone kilogramy w plecakach. Następnie rozpoczęliśmy poszukiwania szlaku, który miał nas doprowadzić na grań. Kilkakrotnie gubiliśmy szlak, ale ostatecznie udało nam się dojść do granicy ze Słowacją. W międzyczasie dowiedzieliśmy się co to jest kshackling. Każdy mógł też zakosztować niewątpliwej przyjemności odpalenia na weekend. Nasza grupa bardzo się rozwarstwiła. Dzięki temu ci co szli z przodu niezwykle często korzystali z możliwości czekania na innych. Na każdym postoju znikała przynajmniej jedna czekolada. Przez to z naszych plecaków ubyło mnóstwo niezbędnych kilogramów jedzenia. Syndrom żerówkowy pochłaniał kolejne ofiary. Oto typowy dialog na przedłużającym się postoju: - Ktoś idzie! - To zapytamy się go, czy ma jedzenie. Jeśli tak, to jemy, a jeśli nie, to idziemy dalej. Taka sytuacja nie była niestety zbyt przyjemna dla strony dochodzącej, która wcale nie chciała pozbywać się jedzenia. Co więcej, widząc ludzi oczekiwała, że zostanie przez nich ciepło przyjęta czekoladą. Nic bardziej mylnego... Z przodu szła mocna żer-ekipa z naszą niezastąpioną lokomotywą na czele. Lokomotywą był Mariusz, który mimo swojego nałogu przewyższał większość z nas kondycyjnie. Poza Mariuszem w skład żer-ekipy wchodzili ci, którzy byli najbardziej głodni, czyli oczywiście Kaczor, ja oraz Jarek, który (jak później się okazało) jest na MEL-u. Po kilku godzinach wędrówki przyszedł czas na dłuższy postój. Mimo nieustannego podżerania, wszyscy (o dziwo) mieli ochotę na drugie śniadanie. Rozsiedliśmy się na zielonej trawce i zaczęliśmy przyrządzać kanapki. Największą popularnością cieszył się dżem, a szczególnie ten wyciskany. W wyniku oddziaływania tego dżemu na chleb (katalizatorem w tej reakcji była Monika) powstały niezwykle oryginalne portrety uczestników zerówki:
\"Portrety
Widząc, że przychodzą kolejni głodni zerówkowicze chowaliśmy wszystkie dobre rzeczy pod obrus licząc na to, że oni wyjmą coś z plecaków. Niestety nie była to dobra taktyka, bo wyżerali oni wszystko, czego pod obrus nie schowaliśmy, a dla zachowania czystości sumienia i tak musieliśmy poczęstować ich tym, co ukryliśmy pod obrusem... Nadejście grupy pościgowej zwiastowała nam straż graniczna, która poradziła nam, żebyśmy szybko jedli, bo tamci nas doganiają. Po tym przemiłym postoju ruszyliśmy w dalszą drogę i dosyć szybko doszliśmy do przejścia granicznego na Przełęczy Tylickiej. Niestety był tam tylko jeden bufet, w którym nie było nawet mineralnej wody niegazowanej.
\"Mateusz
Mateusz i Maja zostali brutalnie zaatakowani przez kleszcze
Następnie weszliśmy na przepiękną widokową trasę graniczną, która zaprowadziła nas prawie na sam szczyt Dzielca. Przedłużające się postoje sprawiły, że znów rozdzieliliśmy się na dwie grupy. Pierwsza zabrała się za poszukiwania miejsca na nocleg. Druga grupa końcówkę drogi przeszła już po ciemku. Rozbiliśmy się na polu w Mochnaczce Niżnej. To miejsce było prawie idealne, ale miało jedną wadę. Tuż przy ognisku znajdowała się wielka kupa, która po naszym noclegu rozniosła się po całej okolicy. Po rozbiciu namiotów i rozmieszczeniu w nich poszczególnych uczestników (a to nie było wcale takie łatwe), rozpoczęliśmy przygotowanie upragnionego przez wszystkich posiłku. Po herbacie dokonany został obrząd integracyjny. Co prawda, jak wiadomo, kupa jest miarą integracji grupy, ale zamiast dookoła kupy, wszyscy zgromadziliśmy się dookoła ogniska. Każdy z uczestników przedstawił się pokrótce, powiedział na jaki wydział się dostał, skąd się dowiedział o zerówce, jakie placki lubi najbardziej i odpowiedział na pytania zadane przez innych. Wówczas dowiedzieliśmy się ile razy na zerówce był Marcin, w jaki sposób Mariusz dowiedział się o tym obozie, czemu Kaczorowi nie przeszkadza mocno przyprawione jedzenie oraz wiele innych ciekawych rzeczy, których tutaj nie będę przytaczał. Przy ognisku powoli dobiegał końca ten niezwykle udany dzień...
DZIEŃ CZWARTY (WTOREK, 11 WRZEŚNIA 2007)
Po poprzednim dniu wydawało się, że teraz już pogoda będzie nam dopisywać. Jednak nic bardziej mylnego. Może to niebo płakało po ofiarach sprzed sześciu lat, a może była to po prostu kolejna przeszkoda, której pokonanie miało podnieść nasze morale. Naszym celem było przejście do Hańczowej. Nie było szans na zdobycie Lackowej w takich warunkach, dlatego organizatorzy wybrali trasę przez Izby. Nie była to długa trasa, ale przy takiej pogodzie nie było to istotne. Szło się bardzo ciężko. O tym może świadczyć choćby fakt, że tego dnia nie zostało zrobione żadne zdjęcie. Tuż przed Izbami zaskoczyła nas woda płynąca w poprzek szlaku. Próbowaliśmy różnych sposobów. Wyczerpaliśmy chyba wszystkie możliwe rozwiązania tego problemu. Kilka osób udało się w poszukiwanie najbliższego mostu. Pozostali postanowili przeprawić się w inny sposób. Jedni zdjęli buty i przeszli boso, a inni wykorzystali do przejścia zwalone drzewo leżące nieopodal. Nie było łatwo przekonać niektórych, że to jest najlepszy sposób, ale kolejne osoby stopniowo ulegały mojej sile perswazji i w końcu udało się przejść w komplecie na drugą stronę. Kiedy ostatnia osoba postawiła stopę na brzegu, okazało się, że nie wrócili jeszcze ci, co udali się w poszukiwania mostu. Natomiast grupa, która przechodziła w bród rzeki już prawie zamarzła czekając na resztę. Na szczęście po jakimś czasie wrócili mostowicze. Pojawiły się głosy za tym, aby darować sobie dalszą podróż i przemieścić się do chatki. Grupa osób udała się nawet do centrum Izb, żeby zobaczyć jak tam z autobusami do Ropianki. O dziwo nie było żadnego w najbliższym czasie, tak więc ostatecznie zdecydowaliśmy się na kontynuowanie tej mozolnej podróży. Każdy szedł swoim tempem, przerw nie było prawie wcale. Kilka godzin po przeprawie przez rzekę kolejne osoby dochodziły do schroniska PTSM w Hańczowej. A tam czekały nas takie wygody, jakich nigdy wcześniej ani później nie doświadczyliśmy na tej zerówce. Był nawet ciepły prysznic! Oczywiście wszyscy z wielką przyjemnością skorzystali. Była możliwość usunięcia kolejnych zbędnych kilogramów, które stanowił brud na ubraniach, a także przesuszenia namiotów.
\"Mateusz
Niełatwo było zrezygnować z przytulnych namiotów na rzecz miękkich łóżek...
Po zjedzeniu porządnego pawia, przyszedł czas na wieczór śpiewankowy. Przez kilka godzin niektórzy mieli możliwość zaprezentowania swoich talentów w grze na gitarze. A gitarzystów było sporo. Przygrywała nam Monia oraz dwaj Mateusze - jeden z czapką, a drugi ma malinkę. Atmosferę podgrzewał Murek swoimi wstawkami. Pozostali mieli okazję zapoznać się z maluchowym repertuarem muzycznym ucieleśnionym w postaci śpiewnika Mateusza Sz.
DZIEŃ PIĄTY (ŚRODA, 12 WRZEŚNIA 2007)
Po przebudzeniu mało kto chciał wyruszać w dalszą drogę. Co poniektórzy cały czas mieli przemoczone buty. Mimo, że nic nie zapowiadało rozpogodzenia, pogoda tego dnia była nienajgorsza. Pod koniec nawet zaczęło świecić Słońce. Niestety z każdym dniem przybywało ofiar. Tym razem z powodów zdrowotnych opuścił nas Marek, który udał się do chatki. Tego dnia wreszcie zmieniły się tendencje - dołączyła do nas nowa uczestniczka, Patrycja. Z dużą niechęcią pożegnaliśmy miejsce naszego noclegu i poszliśmy szosą w kierunku północnym. Wykrystalizowała nam się prawdziwa drużyna, tyle że to chatka, a nie pierścień był głównym czynnikiem scalającym. Wówczas dla większości z nas chatka była jednym z tych wielu mitów opowiadanych przez starszych maluchowym stażem uczestników zerówki. Większość w ogóle poddawała w wątpliwość istnienie chatki, ale mimo to wszyscy chcieliśmy dojść do niej jak najszybciej. W skład naszej drużyny wchodzili wielcy magowie - Murek ze swoim magicznym murczykijem, na którym stopniowo pojawiały się kolejne starożytne napisy oraz Piotrek N., który swoje doświadczenie zdobył grając w gry komputerowe. Często na drodze napotykaliśmy wiry many, z których ochoczo korzystali nasi magowie. Zresztą moc miał każdy, kto choć przez chwilę wsiadł w posiadanie murczykija. Dzięki temu mieliśmy dłuższe postoje (i zjadaliśmy więcej czekolady). Wystarczyło rzucić czar spowolnienia, lub \"kamienie w butach\" na idących za nami. Mieliśmy też elfa, którym byłem ja (moim atrybutem była mapa +5 do orientacji w terenie) oraz krasnoluda Konrada. Mateusz Sz. był naszym Aragornem. Następnego dnia był już kim innym, ale to inna historia... Po długiej przechadzce szosą odbiliśmy w lewo, w kierunku naszego punktu docelowego - Magury Małastowskiej. Droga pod górę nie była bardzo męcząca. Gorzej było w wyższych partiach, gdzie napotkaliśmy sporo błota. Kaczor postanowił się zabawić i wykonał efektowne salto. Po niezbyt długiej wędrówce dotarliśmy do schroniska pod Magurą Małastowską. Było bardzo wcześnie, ale to był nasz punkt docelowy. W dodatku sporo czasu zajęło nam czekanie na resztę grupy. Czas ten spożytkowaliśmy na zjedzenie pierogów oraz resztek jedzenia, które nam zostały. Dużo czasu minęło zanim przybyli ostatni uczestnicy zerówki. Okazało się, że dopuścili się oni haniebnego wykroczenia! Kilkaset metrów od celu wzięli stopa, który dowiózł ich niemalże pod samo schronisko. Dzięki temu udało im się przybyć na miejsce kilkanaście minut wcześniej.
\"Wnętrze
Wnętrze Schroniska na Magurze Małastowskiej i nasze śniadanie z dnia następnego.
W schronisku zastaliśmy bardzo osobliwą obsługę. W zasadzie ciężko powiedzieć, czy tam w ogóle ktokolwiek był. Komunikowaliśmy się wyłącznie przez system karteczkowy napędzany przez niezwykle pomysłową windę. Dowiedzieliśmy się, że nie dostaniemy tam nienormalnego jedzenia, co mniej więcej zgadzałoby się z przypuszczeniami, że to był tylko automat. Odwdzięczyliśmy się plejadą dźwięków dobiegających z naszych gardeł i gitar. Mimo możliwości zanocowania w schronisku, rozbiliśmy namioty i rozpaliliśmy ognisko. Ta druga czynność zajęła nam bardzo dużo czasu. Podobnie było z przyrządzaniem obiadu. Na szczęście udało się i posiłek był tak smaczny, jak nigdy wcześniej. Może dlatego, że tak bardzo przez nas wszystkich wyczekiwany.
\"Wieczorne
Po obiedzie zaczął się gitarowy wieczór. W roli głównej wystąpił Mateusz, który przelatywał przez kolejne pozycje ze swojego śpiewnika. Po kilku zupełnie nieznanych większości piosenkach, niektórzy postanowili zrobić zamach stanu. Jarek, który jest na MELu, zaintonował wyjątkowo ospałą wersję \"Jolki\", która przyćmiła wszystko, co usłyszeliśmy i wyśpiewaliśmy tego wieczora...
DZIEŃ SZÓSTY (CZWARTEK, 13 WRZEŚNIA 2007)
Tego dnia mieliśmy przed sobą dłuższą trasę. Mieliśmy również palącą potrzebę napotkania na drodzę jakiegokolwiek sklepu, bo powoli kończyła nam się żywność, w związku z czym perspektywy obiadowe były raczej marne. Na całe szczęście przez cały dzień sprzyjała nam pogoda. Dlatego też zrodził się pomysł, żeby jeszcze tego dnia dojść do chatki. Co z tego, że mielibyśmy do pokonania 40 kilometrów? Za takim pomysłem opowiadało się stopniowo coraz więcej osób, ale ostatecznie nie udało nam się go zrealizować. Udało się natomiast wygrzebać z plecaków resztki jedzenia postojowego. Niestety kabanosów nie było na tyle dużo, żeby starczyło dla wszystkich, więc trzeba było urządzić sztafetę kabanosową. Dzięki temu załapali się na nie tylko ci, którym chciało się biegać
\"Maja \"Murek
Ci co nie załapali się na kabanosy, musieli posuwać się do ekstremalnych metod.
Cały czas z przodu szedł Mateusz bez czapki. Tego dnia został on ochrzczony imieniem Mojżesz. Podobieństwo pomiędzy nim, a tą biblijną postacią było oczywiste i widoczne na pierwszy rzut oka. Oczywiście nasz Mojżesz, tak jak i ten biblijny, miał swoją laskę (Maję). Nasz Mojżesz był jednak lepszy, bo swoimi ponadprzeciętnymi umiejętnościami wywoływał szum lasu i buczenie boru. Prawie cały czas szliśmy szeroką drogą, która w pewnych miejscach teoretycznie mogłaby być nazwana szosą. Krajobrazy były niezwykle malownicze. Mijaliśmy po drodze kolejne zamknięte sklepy, albo budy, które kiedyś były sklepami. Rozwarstwiliśmy się bardzo wyraźnie. Ci co szli z tyłu do tego stopnia opanowali magiczne umiejętności, że udało im się przywołać blaszanego smoka, na którym przebyli kawałek drogi.
\"Na \"Na
Ci co szli z przodu, z poświęceniem wydłużyli sobie drogę w nadziei, że znajdą sklep w miejscowości Czarne. Ale tylko nielicznym udało się znaleźć jedzenie. Wraz z Martą Wegetarianką zaszliśmy do przydrożnej chaty góralskiej, w której kupiliśmy oscypka i zostaliśmy poczęstowani żętycą, której smak zapamiętaliśmy na długo, bo znacząco odbiegał od smaku naszych codziennych posiłków.
\"Monia
Inni (jak na przykład Monia) niestety powoli musieli pogodzić się ze stanem powolnego umierania z głodu... W dodatku groziło nam, że tego dnia nie zjemy obiadu. U kresu naszej długiej wędrówki, w Wysowatce, napotkaliśmy wreszcie to, czego szukaliśmy cały dzień - jedyny czynny sklep w okolicy! Uzupełniliśmy więc nasze zapasy jedzeniowe i wreszcie mieliśmy pewność, że już nie zginiemy z głodu. Bo następnego dnia mieliśmy dojść do chatki. Nocleg znaleźliśmy w prywatnej kwaterze. Dobrzy ludzie udostępnili nam jeden pokój, w którym mieliśmy się pomieścić. Podczas obiadu nie było z tym problemu. Gorzej było, kiedy nadeszła pora pójścia spać. Ścisk był taki, że tylko niektórym udało się porządnie wyspać. W zasadzie tylko tym, którzy spali na łóżkach oraz tym, którzy najbardziej chrapali. Jednak zanim poszliśmy spać, doznaliśmy niezapomnianych wrażeń. Kaczor postanowił ujawnić nam sekrety swojej kuchni. Przyprawił jedzenie w taki sposób, żeby jak najwięcej mieć dla siebie. Na szczęście to był jedyny taki przypadek na wyjeździe, kiedy jedzenie nie było dla nas przyjemnością.
\"Noclegowy \"Obiad
Po obiedzie skosztowaliśmy tego, czego później bardzo chętnie kosztowaliśmy podczas długich wieczorów spędzonych w chatce, a mianowicie gry w mafię. Dołączył do nas Damian, syn gospodarzy domu.
DZIEŃ SIÓDMY (PIĄTEK, 14 WRZEŚNIA 2007)
Wreszcie nadszedł ten długo oczekiwany dzień. Dzień w którym chatka miała się nam zmaterializować. Nie spodziewaliśmy się jednak, że przeciwności losu mogą nam ten triumfalny marsz bardzo mocno utrudnić. Wyszliśmy z naszego miejsca noclegowego bardzo wcześnie.
\"Śniadanie \"Murczypodgrzewaczka\"
Śniadanie zjedliśmy na przystanku. Do podgrzania wody użyliśmy dosyć specyficznej konstrukcji, której filarem byl niezawodny Murczykij.
Z Wysowatki szliśmy drogą w kierunku miejscowości Grab. Stamtąd mieliśmy przejść starym niebieskim szlakiem do Polan. W perspektywie mieliśmy bardzo przyjemną, krótką i jednocześnie malowniczą trasę. Jednak to byłoby zbyt piękne. Stary szlak nie bez powodu był już tylko starym szlakiem. Były dyrektor parku wykupił sobie tamten teren i nie życzył sobie, żeby ktokolwiek tamtędy przechodził. Zejście ze szlaku było w tamtym rejonie bardzo ryzykowne, o czym się zresztą przekonaliśmy na własnej skórze. Tuż za granicą parku krajobrazowego, w miejscu gdzie stary szlak odchodził w bok, zaczęły się problemy. Dużo czasu straciliśmy na poszukiwaniu szlaku. Ostatecznie większość postanowiła skręcić w ledwo widoczną ścieżkę, którą uznali za stary szlak. Jednak nie wszyscy byli tacy chętni do uprawiania kshacklingu. Grupa w składzie: ja, dwa Piotrki, Mateusz z czapką i Mariusz G. postanowiła znaleźć zaginiony szlak. Udałem się w poszukiwania jako zwiadowca i dosyć szybko wpadłem na właściwy trop. Wysłaliśmy kolejnego zwiadowcę, żeby zawrócił grupę kshakującą, ale było już za późno. Dlatego straciliśmy względem nich sporo czasu, ale za to solidnie się pożywilismy. Wreszcie udaliśmy się właściwą drogą w stronę Polan, z nadzieją, że uda nam się jakoś odnaleźć resztę grupy (albo raczej, że im uda się przeżyć). Szlak prowadził szeroką drogą, ale był słabo oznakowany. Przez to nie zauważyliśmy skrętu, który prawdopodobnie umożliwiłby nam szybkie spotkanie z grupą. Na szczęście, mimo że byliśmy niewielkim podzbiorem całej grupy, liczba map które posiadaliśmy, znacząco przewyższała liczbę map, które posiadali pozostali uczestnicy zerówki. Dzięki nim, a także naszej niezawodnej orientacji w terenie, wykonaliśmy efektowne kółeczko, które zajęło nam pewnie koło godziny.
\"Zdobywcy
Nasza grupa zdobywców i nadkładaczy drogi.
Po tym incydencie udało nam się dogonić całą resztę, która jak się okazało, zrobiła sobie godzinny postój. Poza tym zostali przyłapani przez nadgorliwą straż parku, która pogroziła im wysoką karą za chodzenie bez szlaku (a w zasadzie ze szlakiem, tyle że starym). Mateusz podjął decyzję o odwrocie. Tak więc resztę dnia przeszliśmy szosą. Droga była bardzo długa i męcząca. Na szczęście rozmowy umilały nam ją do tego stopnia, że ten ciężar wcale nam nie przeszkadzał. W końcu doszliśmy do Polan. W skutek dezinformacji jedna z grup zaczęła łapać stopa na skrzyżowaniu w Polanach, kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie czekały na nich pierogi.
\"Pierogi
Po spożyciu tego upragnionego posiłku, udaliśmy się na przystanek. Kiedy już siedzieliśmy w autobusie, spotkaliśmy Damiana, który chodził do szkoły w Polanach. Prawdopodobnie naszym dziwnym zachowaniem narobiliśmy mu sporo obciachu. Wysiadając z autobusu pożegnaliśmy Mateusza z czapką, który był zmuszony nas opuścić tuż przed naszym upragnionym celem wędrówki. Chatkę powoli materializował Murek za pomocą swojego murczykija i ponadprzeciętnych umiejętności magicznych. Droga z przystanku była bardzo przyjemna. To były ostatnie chwile naszej wędrówki z plecakiem. A w chatce już czekały na nas cztery Michały, wygodne materace, przytulna kuchnia i drewno do rąbania. To była ta nasza mityczna arkadia, do której tak wytrwale dążyliśmy przez cały tydzień. A obok stał Łoś wypełniony po brzegi łosiowymi aromatami, jeszcze niechrupiącymi łosiaczkami i, jak się również okazało, myszami.
DZIEŃ ÓSMY (SOBOTA, 15 WRZEŚNIA 2007)
Tego dnia rozpoczęła się druga część zerówki. Wreszcie można było sobie pospać do woli. A wszystko dlatego, że wbrew naszym oczekiwaniom chatka nie była wypełniona po brzegi jedzeniem... Tak więc ochotnicy w składzie Aga, Piotrek N., Michał zwany Michałem i ja, udali się do sklepu w Tylawie. Wróciliśmy stamtąd do chatki drogą przez Mszanę. W tym czasie pozostali uczestnicy zerówki spali lub umierali z głodu.
\"Brzuszku,
Murek z Jarkiem (który jest na MEL-u) ułożyli nawet na bazie \"Jolki\" piosenkę o jedzeniu (\"Brzuszku, Brzuszku\"), która z oczywistych powodów zdobyła ogromną popularność.
BRZUSZKU, BRZUSZKU Brzuszku, brzuszku pamiętasz obiad ze snu Gdy burczałeś DAJ MI JEŚĆ!!! Jeden ziemniak lub chociaż kotleta pół Nie zostawiaj nic w garze o nie Żebrząc o łyżkę sosu wołałem przez stół Osobę wcześniej skończył się on Aby nie jeść na sucho skrobałem gar Wszystko było tak dobre w te dni Reszta spała za ścianą, pełna jak łoś Dla mnie resztki zostawił ktoś Zrozumiałem, żem syty ostatni raz I obiadu skończył się czas Pałaszowałem Z mis wszystkich nad ranem Dzień mnie wyganiał Nocą znów wracałem Dane nam było Resztek jedzenie Następne będą Może dzisiaj w noc... Na patelni był kotlet, lecz nie był sam Bo czychały zgłodniałe łby Ktoś powiedział, byśmy spojrzeli TAM! Po schabowym zostały nam sny. Każdy chciał wtedy chociaż skraweczkę zjeść Lecz tę także łakomczuch zjadł Jednak tłuszczem na brodzie zdradził się sam Nigdy nie był już sobą, o nie. Pałaszowałem... Głodni żyjemy w Chatce i rzadko tak Wypełzamy gdzieś kupić coś Czarodziejskie mieszanki nie dają spać I do łosia jest dwa kroki stąd. Nie wiem ciągle dlaczego zaczął się głód Jak się skończy też nie wie nikt Piotr desperat do sklepu wybrał się sam Lecz nie wrócił on jeszcze, o nie. Więc Pałaszujemy Wszystko co jadalne W dzień głodujemy Nocą nic nie jemy Rano nam dano Prawie-jedzenie Normalnie zjemy Jak powróci Piotr
Po śniadaniu zabraliśmy się do pracy. Zakosztowaliśmy różnego rodzaju prac chatkowych. Było to dosyć męczące zajęcie. Pracowaliśmy aż do obiadu. Do przetransportowania porąbanego drewna do drewutni, użyliśmy niezawodnej taśmy produkcyjnej.
\"Taśma
Wreszcie przyszedł czas na zasłużony posiłek.
\"Taśma
Przed obiadem Murek i Jarek (który jest na MEL-u) uroczyście odśpiewali napisaną rano piosenkę.
Po posiłku wykonywaliśmy przeróżne bardziej i mniej typowe czynności chatkowe. Na początku przede wszystkim graliśmy w mafię, wyjadaliśmy resztki jedzenia, śpiewaliśmy przy dźwiękach gitary, wyżeraliśmy co się da oraz praktykowaliśmy przeróżne gry karciane. O różnych porach dnia czas wypełniała nam gra w brydża, jedzenie, oraz inne gry karciane. Kolejne nocne godziny mijały prawie niezauważalnie. O czwartej zawsze śpiewaliśmy \"Czarnego bluesa o czwartej nad ranem\". Mniej więcej o tej porze przeszukiwaliśmy zwykle całą kuchnię w poszukiwaniu resztek jedzenia. Nie były to jednak zajęcia, które wypełniły nam po brzegi cały tydzień. Oczywiście niektórzy nieprzerwanie siedzieli w chatce, ale byli również tacy, którzy każdego dnia zaliczali kolejne wycieczki po okolicy.
DZIEŃ DZIEWIĄTY (NIEDZIELA, 16 WRZEŚNIA 2007)
Z samego rana, a więc o godzinie 12, spora grupa osób udała się do kościoła w Mszanie. Wówczas jeszcze obojętnie przeszliśmy obok gustownej toalety, która mieściła się naprzeciwko. Podczas tej wycieczki zapoznaliśmy się z Górą Zasięgową, poznaliśmy powierzchownie topografię terenu oraz, co najważniejsze, dowiedzieliśmy się jak dojść do jabłonki. Przy okazji zakosztowaliśmy niekwestionowanej czystości i wyjątkowego aromatu górskich jabłek.
\"Pod
Tego dnia do chatki miała przyjechać kolejna grupa zerówkowiczów, którzy nie załapali się na pierwszą część wyjazdu. Grupę tę przyprowadził do nas Irek, a oprócz niego w jej skład wchodzili: Karolina, Dorota, Paulina, Tomek, Jacek, Grzesiek i Maciek. Tym samym w chatce zrobiło się jeszcze bardziej tłoczno.
Duża grupa osób postanowiła wybrać się tego dnia do Dukli, aby odprowadzić Ambrożego i Michała S. Powrót z Tylawy do chatki był dla niektórych przerażającym przeżyciem. Podobno spotkali na swojej drodze sporo potworów, duchów i innych ciekawych stworzeń. Kiedy próbowali policzyć się, żeby upewnić się, że nikt nie został wchłonięty przez ciemność, zawsze wychodziło dziewięć osób zamiast ośmiu i ta liczba dziewięć prześladowała niektórych do końca zerówki. Reszta uczestników zerówki pozostała w chatce integrując się z ludźmi, którzy przyjechali tego dnia, wyjadając resztki jedzenia i grając w brydża. To właśnie tego dnia po raz pierwszy zagraliśmy w tę grę na zerówce i później już nie udało się nam od niej uwolnić... Jednak na początku naszego pobytu w chatce, znacznie większą popularnością cieszyła się nowa gra karciana. Powstała ona dosyć naturalnie, podczas jednej z długich nocy. Zacząłem się licytować z Kaczorem i wyszła z tego wojna z licytacją. Pod koniec wyjazdu spisaliśmy zasady tej nowej gry. Niestety niepowodzeniem zakończyły się próby wprowadzenia w życie kolejnej gry - szachów z licytacją... Pierwsze dni w chatce były dla niektórych sielanką po tak długiej i męczącej wędrówce. Wreszcie można było wysuszyć namioty i uprać brudne ubrania. Efekt był taki, że namioty latały sobie dookoła chatki, a sznurki były całe zapełnione ubraniami.
\"Michał
Michał zwany Michałem ujawnił swoje aspiracje do zostania wirtuozem gitary. Szczególnie w pamięć zapadły nam: \"Gdybym miał gitarę\" i \"Ballada o Krzyżowcu\" w jego wykonaniu. Gitar było zresztą w chatce bardzo dużo. Kolejną przywiózł ze sobą Maciek.
DZIEŃ DZIESIĄTY (PONIEDZIAŁEK, 17 WRZEŚNIA 2007)
Po dwóch lżejszych weekendowych dniach, poniedziałek przyniósł nam wreszcie całodniową wycieczkę. Celem wyprawy był Piotruś, a ściślej mówiąc - okoliczny szczyt, a nie jeden z uczestników wycieczki. Większość zerówkowiczów pozostało w chatce, ale mimo to zebrała się kilkunastoosobowa grupa chętnych na spacer. Mieliśmy wrócić przed zmrokiem, dlatego latarki miały się nam nie przydać. Po tym dniu już było oczywiste, że na każdą wycieczkę należy brać latarkę... Zaczęło się niepozornie - szlakiem Krzysionia doszliśmy do żółtego szlaku, który doprowadził nas do Tylawy. Stamtąd podjechaliśmy autobusem do Trzciany. Po dokładnym obfotografowaniu miejscowej cerkwi, zaczęliśmy poszukiwania szlaku prowadzącego na Piotrusia. Nie było to łatwe, ale nasze nieprzeciętne zdolności topograficzne zaowocowały osiągnięciem sukcesu. Po wielu czekoladach drogi, doszliśmy wreszcie na szczyt, gdzie zjedliśmy pamiątkową czekoladę. Niestety okazało się, że to co uważaliśmy za szczyt, szczytem nie było i musieliśmy wyciągnąć kolejną czekoladę. Na szczycie znaleźliśmy skrzynkę z pieczątką. Oznaczyliśmy sobie ręce, żebyśmy się nie pogubili i zaczęliśmy zbiegać ze szczytu w szaleńczym tempie. Zadanie to utrudnione było przez duże ilości błota.
\"Budyń\"
Budyń spływający z Piotrusia. Czekoladowy...
Im niżej, tym błota było więcej. Czasami aż kusiło, żeby skosztować błotnej kąpieli, albo liznąć trochę budyniu. Niestety nie było na to czasu, bo gonił nas blaszany smok. Wobec późnej pory nie było mowy o powrocie przez Zyndranową, więc dalszą część drogi do Tylawy przebyliśmy szosą. Zaczęło się ściemniać, a w planach mieliśmy jeszcze poszukiwania ruin cerkwiska oraz cmentarza w Wilcznej.
\"Nocą
Czego to nie robi z ludźmi zerówka, głód i zmęczenie...?
Po ciemku nie było to łatwe zadanie, zwłaszcza że tylko nieliczni mieli ze sobą latarki. Po długich poszukiwaniach znaleźliśmy to, czego szukaliśmy, czyli cokolwiek. Tyle że śladów cerkwiska już nie było, a cmentarz był w istocie jednym grobem. Zadowoleni z tego niesamowitego odkrycia wróciliśmy do chatki, gdzie oczywiście było już po obiedzie. Po pierwszym oczywiście.
\"Wygłodzeni \"Zerówkowicze \"Zerówkowicze
Kolejno: wygłodzeni zerówkowicze, zerówkowicze w oczekiwaniu na jedzenie, zerówkowicze w akcji.
DZIEŃ JEDENSATY (WTOREK, 18 WRZEŚNIA 2007)
Wycieczka do Pustelni Św. Jana była dla wielu spośród tych, którzy przyjechali dopiero w niedzielę, pierwszą prawdziwą wycieczką na tym wyjeździe. Natomiast niektórzy spośród tych, którzy zazwyczaj na wycieczki chodzili, postanowiło zostać tego dnia w chatce. Jak już wspomniałem, z dnia na dzień coraz większą popularnością cieszył się brydż. Szczególnie nasiliło się to po przyjeździe Grześka, który jak się okazało, był doświadczonym brydżystą. Niektóre z jego porad zapisały się na długo w naszej pamięci. Na przykład do dziś stosujemy odzywkę polegającą na rzucaniu kubkiem, kiedy się ma na ręce osiem pików. Tak więc tego dnia udaliśmy się na jedną z nielicznych wycieczek, które zakończyły się przed zmrokiem. Zeszliśmy do Mszany i stamtąd udaliśmy się do Pustelni Św. Jana. Podziwialiśmy tamtejsze pola golfowe i zakosztowaliśmy wody z magicznego źródła. Opłacało się wrócić wcześniej, bo zostało dla nas jeszcze trochę musu jabłkowego, przygotowanego przez Kaczora.
\"Kaczor
Inni też pokazali swoje umiejętności kulinarne. Jarek, który jest na MEL-u, usmażył nawet sromotniki. To bardzo dobry chwyt, bo znalazło się niewielu odważnych, ale za to każdy z nich dostał większą porcję. Oczywiście najlepsze jedzenie wystawiane było zawsze o późnych nocnych godzinach. Piotrek N., mimo że kładł się zwykle względnie wcześnie, zawsze wyczuwał moment, kiedy pojawiało się jedzenie.
\"Śpiwotwór\"
Murkowi nawet przez sen doskwierał głód. Kiedy brakowało jedzenia, pożerał wszystko co się da, nawet Piotrka P.
DZIEŃ DWUNASTY (ŚRODA, 19 WRZEŚNIA 2007)
Celem kolejnej wyprawy był szczyt Baraniego, góry położonej na granicy polsko-słowackiej. Na ścieżce łączącej chatkę ze światem, a dokładniej ze wsią Ropianka i drogą do Olchowca, napotkaliśmy sporo błota. Podczas omijania jednej z kałuż błotnych, Ola ostrzegła mnie, żebym uważał na oczy. Jako że myślałem wtedy o lodach, które zostawiłem w chatce, usłyszałem że mam uważać na Oki. I w ten oto sposób dowiedzieliśmy się o istnieniu tych tajemniczych stworzeń. Nękały nas one przez cały dzień. Może z wyjątkiem kilku godzin spędzonych u dziadka w Olchowcu. Mateusz zaprowadził nas do niego, abyśmy zapoznali się z historią rejonu. Usłyszeliśmy wiele bardziej i mniej ciekawych opowieści oraz zwiedziliśmy kameralne muzeum. Następnie rozpoczęliśmy marsz na szczyt. Uprawiając kshackling doszliśmy do ścieżki, która doprowadziła nas na rozległą polanę pełną jeżyn. Tuż za polem jagodowym wyrastała potężna wieża. Jej obecność świadczyła o tym, że dotarliśmy na szczyt. Z wieży roztaczały się przepiękne widoki na całą okolicę.
\"Maciek
Nie wszystkim udało się wejść na wieżę. Monika nie uległa sile perswazji Maćka, który na wszelkie możliwe sposoby chciał ją skłonić do wejścia. Szczyt Baraniego był doskonałą okazją do zjedzenia kilku czekolad. Kiedy tak sobie siedzieliśmy i jedliśmy, w umyśle kogoś zrodziło się pytanie. Nie myślał wówczas o tym, że bez tego impulsu, który wówczas krążył po jego komórkach nerwowych, cała zerówka nie była by tą samą zerówką. Ale za to myślał wówczas o Jarku. Nie mogąc sobie przypomnieć gdzie studiuje, spytał: - Na czym jest Jarek?
- Jarek jest na MEL-u - odpowiedział Piotrek N. i chyba ktoś jeszcze. - Jarek jest na MEL-u, Jarek jest na MEL-u, ... - zaintonował Mateusz i tak zostało.
Kilka minut później rozpoczęliśmy bieg na dół. Wkrótce zaczęło się ściemniać. Kiedy doszliśmy do Olchowca, obserwowaliśmy zachód Słońca i zlokalizowaliśmy drzewo z opowieści dziadka. Następnie udaliśmy się na zasłużony odpoczynek pod mostem. Kiedy spod niego wyszliśmy, było już zupełnie ciemno, więc jak zwykle wróciliśmy na obiad bardzo późno.
DZIEŃ TRZYNASTY (CZWARTEK, 20 WRZEŚNIA 2007)
Tego dnia udaliśmy się na następną wycieczkę. Nie mieliśmy sprecyzowanego celu. Rozpoczęliśmy podobnie, jak poprzedniego dnia. Z Olchowca poszliśmy jednak w inną stronę - do Polan. Przy sklepie zostawiliśmy Irka i Karolinę, ale za to dołączył do nas pies Kebab. Od razu stał się najbardziej rozchwytywanym uczestnikiem wycieczki. Szedł z nami aż do samej Myscowej. Stamtąd udał się z nami do Krempnej i dopiero tam straciliśmy go z oczu. Już w Polanach zgubiliśmy szlak rowerowy i musieliśmy zdać się na naszą orientację w terenie. Kiedy wyszliśmy z lasu na zielone łąki, szlak przestał być już dla nas istotny. Upajaliśmy się pięknem gór do tego stopnia, że nawet szlak się wkrótce znalazł. Oprócz Kebaba, spotkaliśmy na drodze sporo innych mniej lub bardziej dzikich zwierząt. Czasem stawały one nam na drodze i żeby przejść wysyłaliśmy Mateusza, żeby stoczył z nimi pojedynek wzrokowy.
\"Pojedynek
Na postoju w Myscowej powstały zdjęcia znane później jako rozwodowe:
\"Jedno
Murek w chwili zbliżenia z Kebabem.
W Krempnej pożywiliśmy się lodami i rozpoczęliśmy długą, monotonną i męczącą drogę do chatki. Z czasem już każdy umilał ją sobie na swój sposób. Marta P., Piotrek P. i Konrad znaleźli transport i dzięki temu uniknęli jednej z najbardziej monotonnych wędrówek na tej zerówce. Był to chyba jedyny samochód, który przejeżdżał tamtą drogą w to środowe popołudnie. Z przodu szła grupa nadająca tempo, w której skład wchodzili Mateusz, Maja, Jarek (który jest na MEL-u) i Piotrek N. W rzeczywistości jednak nie szli z przodu tylko po to, żeby nadawać tempo. Murek, Ola i Marta Wegetarianka znaleźli sobie zabawę, która była według nich najlepszym sposobem na zabicie nudy. W kółko śpiewali: \"Pchła pchłę pchła do wody\" wyliczając kolejne pchły. Pozostałym ta zabawa nieszczególnie się podobała. Dlatego właśnie jedna z grup postanowiła uciec do przodu. Ja znalazłem inny sposób na zagłuszenie idących z tyłu pchlarzy, a mianowicie liczenie kroków. Monika pomagała mi w liczeniu setek. Wszystkie liczby zostały oczywiście zapisane w chatkowej kronice.
DZIEŃ CZTERNASTY I PIĘTNASTY (PIĄTEK I SOBOTA, 21-22 WRZEŚNIA 2007)
W czwartek po raz ostatni poszliśmy na dłuższą wycieczkę. Kolejne dni większość z nas przesiedziała w chatce. Zawsze było coś do roboty. Poza grą w brydża i inne gry karciane, znajdowaliśmy sobie nowe rozrywki. Przede wszystkim długie nocne godziny wypełniało nam spisywanie różnych mniej i bardziej ważnych rzeczy w kronice. Powodowało to, że zawsze wieczory przedłużały nam się do rana i dzięki temu w tych ostatnich dniach aż trzykrotnie byłem na wschodzie Słońca. Noc pomiędzy piątkiem a sobotą dokładnie opisaliśmy w kronice. Stolik brydżowy (ja, Kaczor, Ola i Jarek, który jest na MEL-u) dotrwał w całości do wschodu i postanowiliśmy wybrać się na Górę Zasięgową, żeby tam rozegrać ostatnią rozgrywkę. Poszła z nami Paulina, która też jeszcze nie spała.
\"Brydż
Po powrocie siedzieliśmy w kuchni aż do 8:30, kiedy to pierwsze osoby wstawały już żeby przywitać nowy dzień. W te ostatnie dni udało nam się nawet kilka razy zagrać w Ktulu. Niestety gry kończyły się zazwyczaj bardzo szybko, ale mimo to udało nam się rozegrać kilka ładnych partii. Pewnego wieczora udaliśmy się na wycieczkę w poszukiwaniu łosia. Za pierwszym razem udało nam się tylko nawiązać z nim kontakt werbalny. Może dlatego, że było za dużo osób. Jakiś czas później mniejsza grupa, z Jackiem na czele, udała się w dalsze poszukiwania. Podobno udało im się nawet jakiegoś dostrzec. Bardzo duże powodzenie miał w chatce kisiel. Często był przygotowywany w bardzo dużych ilościach, jednak schodził w niesamowitym tempie. W dodatku nie było czasu, żeby rozdzielać kisiel do misek. Wygodniej było jeść z gara. Żeby załapać się na jedzenie, trzeba było znaleźć się we właściwym miejscu o właściwej porze, albo samemu je zdobyć. Kiedy brakowało nam pomysłów, co zrobić z czasem, zawsze można było poczytać Bravo Girl, które kiedyś ktoś przyniósł ze sklepu.
DZIEŃ SZESNASTY (NIEDZIELA, 23 WRZEŚNIA 2007)
Nadszedł w końcu ten ostatni dzień. Dzień pożegnania z chatką, dzień powrotu do Warszawy, koniec najdłuższych wakacji w życiu. Znów udaliśmy się do kościoła w Mszanie. Tam Mateusz postanowił skorzystać z dobrodziejstw toalety. Jakimś cudem udało mu się wejść do środka, ale toaleta była przeznaczona prędzej dla dzieci i hobbitów, niż dla zwykłych studentów. Na szczęście ten wysiłek nie poszedł na marne. Mateusz wyszedł z toalety z horoskopem toaletowym, który przepowiadał każdemu, czego doświadczy podczas aktualnej wizyty w toalecie.
\"Toaleta
Po powrocie dopakowaliśmy plecaki, zrobiliśmy sobie kolejne pamiątkowe zdjęcie i ruszyliśmy w drogę na przystanek Ropianka Skrzyżowanie. Tam spotkaliśmy naszych następców w chatce, którzy akurat wtedy przyjechali samochodem. Po opowiedzeniu i wysłuchaniu wszystkich możliwych dowcipów, wreszcie doczekaliśmy się autobusu. Dojechaliśmy nim do Krosna, gdzie zrobiliśmy ogromne zakupy, żeby było co jeść w pociągu. W tej ostatniej podróży, jak widać, humory nam dopisywały.
\"Paulina \"Piotrek \"Piotrek \"Marta \"Piotrek
W poniedziałek rano byliśmy już na dworcu w Warszawie. Pożegnaliśmy się i rozjechaliśmy się do domów. Ale to nie był koniec. To był dopiero początek czasu studiów, początek nowych znajomości, które do dziś są kontynuowane. Przed nami jeszcze mnóstwo wspólnych wyjazdów, chwil spędzonych w chatce i czekolad zjedzonych na szlaku. I jeszcze jedno zdjęcie grupowe...
W dolnym rzędzie od prawej: Monia i Monia. W najdłuższym rzędzie od lewej: Marek, Aga, Mariusz G., Marcin, Patrycja, Mateusz Sz., Maja, Murek. Za nim rząd się rozdwaja. W przednim stoją od lewej: Ola, Piotrek N., Ambroży, Piotrek P., Marta P. Za nimi stoją od lewej: Jarek (jest na MEL-u), Michał zwany Michałem, Konrad i Michał zwany Kóbą. Z tyłu siedzą od lewej: Mariusz R., Kaczor, zwisa Szymon, wygląda Marta Wegetarianka. Brakuje osób, które dojechały z Irkiem i Irka, a także osób, które nas opuściły przed dotarciem do chatki.
Napisał i złożył do kupy: Szymon Piątek, zdjęcia pstrykali: Piotr Pękalski, Piotr Niewiadomski, Michał Jakóbczyk, Mateusz Szumilas, Szymon Piątek
Tu są miejsca, w które warto kiedyś zajrzeć