Samo zwiedzanie Bukaresztu zakonczylo sie bardzo szybko, gdyz miasto nie wyglada zbyt zachecajaco. Zaluje jedynie, ze nie mielismy przewodnika, bo ponoc jednak jest tam cos do obejrzenia. My nauczylismy sie jedynie tego, zeby nie ufac konikom wymieniajacym dewizy na leje. Ta lekcja kosztowala nas jakies 50 DM.
Granice przekraczalismy pociagiem, ktory jednakze kosztowal nas tyle co przejazd z Suczawy do Bukaresztu, mimo ze droga byla 5 razy krotsza. W Bulgarii w zasadzie wszystko jest tanie. Podrozowac mozna koleja lub autobusami, ale wynajmowanie transportu kolowego nie jest az tak tanie jak w Turcji. Jesli chodzi o jedzenie, to rowniez mozna sobie zaszalec, gdyz niejednokrotnie jest ono 2 razy tansze niz u nas.
Nastepnym etapem podrozy byla Sofia. Jest tam sporo obiektow godnych obejrzenia, wiec warto poswiecic dzien by sie im przyjrzec, szczegolnie jesli jest sie juz na miejscu. Ciekawym obiektem jest gora Witosza, ktora wznosi sie nad sama stolica na wysokosc prawie 2300 m. Pod sama kolejke kabinowa mozna dojechac autobusem miejskim, a na szczyt wyjechalismy za smieszna cene 40 gr. Jest to idealne miejsce na niedzielny wypoczynek dla mieszkancow Sofii, wydaje mi sie, ze warte zahaczenia.
Po pobycie w stolicy udalismy sie pociagiem do Koczerinowa, by dostac sie w gory Rila. Na dworcu wsiedlismy do prywatnego busika, ktory zawiozl nas pod sam Rilskij Monastyr. Jesli ktos bedzie w Rile, to koniecznie musi obejrzec to miejsce. Jest to klasztor, z ktorego roztacza sie widok na gory wyzsze niz Tatry. Samo jego zwiedzenie zajelo nam troche czasu, a nie bylismy w czesci muzealnej, ktora ponoc byla bardzo atrakcyjna. W klasztorze tym znajduje sie zbior ponad 1000 ikon, co daje chyba obraz jego znaczenia religijnego. W celach noclegowych najlepiej udac sie nieco wyzej niz sam klasztor, na campingu oddalonym o jakies 4 km powinno sie dostac nocleg za jakies 6 zl.
Nastepnego dnia odlaczylem sie z bratem od reszty grupy, bo musielismy pojechac do Sofii. Nie napisalem jeszcze o przygodzie, ktora przytrafila sie mojemu bracikowi Mackowi. Otoz w Sofii ukradziono mu caly portfel, rzecz jasna wraz z paszportem. Zalatwienie nowego musialo oczywiscie potrwac, wiec zdecydowalismy sie pojechac do Rylskiego Monastyru, ale teraz trzeba bylo wracac, by dopelnic formalnosci. Musialem pojechac z nim by potwierdzic jego tozsamosc, bo innych dokumentow nie mial. Nie bede opowiadal ile zachodu kosztuje taka operacja jak wyrobienie paszportu w konsulacie, bo mam nadzieje, ze nikomu sie to nie przyda. Skupie sie raczej na tym, co dzialo sie w tym samym czasie w gorach.
Poniewaz nasz autobus do Sofii wyjezdzal dopiero wieczorem, wiec postanowilismy pomoc nieco dziewczynom z naszej grupy we wdrapaniu sie na gran. Wzielismy ich plecaki i jeszcze razem z grupa zaczelismy isc po gradiencie w krzalu na poludniowy grzbiet. Weszlismy z Mackiem do granicy lasu i postanowilismy wracac na dol do Rylskiego Monastyru, a reszta grupy wchodzila dalej na gran. Po zejsciu na przystanek czekalismy dwie godziny i autobus sie nie zjawil, wiec mielismy w perspektywie 30 km pieszej przechadzki do Koczerinowa - najblizszej stacji kolejowej. Na szczescie Bulgaria pokonala Niemcy w mistrzostwach swiata i rozradowany kierowca przejezdzajacego samochodu zabral nas na sam dworzec w Blagojewgradzie.
Nastepnego dnia my z Mackiem wracalismy juz z Sofii i po dojechaniu autobusem do Borowca zaleglismy na noc pod namiotem nieco nad miasteczkiem. Borowec jest w zasadzie centrum turystycznym Rily, niestety bardzo drogim co widac po ludziach, ktorzy tam wypoczywaja i oczywiscie cenach np. towarow sprzedawanych w sklepach. Drogi jest niestety rowniez wjazd kolejka na Jastrebec, przez ktory chcielismy sie dostac na Musale i dalej do schroniska Granczar (Boris Chadzisotirow), wiec nastepnego dnia poszlismy droga do wsi Bieli Iskar. Przez pol dnia pchalismy sie dolina zamknieta w gorze przez tame, tylko dlatego ze byla to jedyna droga gwarantujaca dotarcie na noc do schroniska i polaczenie sie z reszta grupy. Zlapala nas ulewa, ktora przez caly dzien przewalala sie grzbietem ponad nami i schowalismy sie w czyms na ksztalt malej restauracji. Spotkalismy tam milicjantow, ktorzy oznajmili nam, ze dalsza droga jest zamknieta ze wzgledu na ujecie wody i zabraniajac nam isc dalej, powiedzieli, ze najblizsza droga do schroniska prowadzi przez Bieli Iskar oraz Borowec, czyli droga, ktora wlasnie przebylismy. Przeszlismy wiec male zalamanie nerwowe.
Na szczescie okazalo sie, ze w tym pieknym kraju mozna pokonac nawet takie przeszkody! Sprawe zalatwilo ok. 4 zl., ktore pokrylo rzekome koszty transportu Lada do tamy i nastepne 4 zl. w lape gliniarzy, by nas przepuscili. Wszystko to odbylo sie w milej atmosferze poczestunku zorganizowanego przez dwoch pracownikow stacji badawczej umiejscowionej przy tamie, ktorzy to niby po drodze podwiezli nas Lada. Nie obylo sie, rzecz jasna bez wielokrotnego pojenia nas wstretnym w smaku wyrobem tamtejszego przemyslu alkoholowego. Tak pokrzepieni szybko wdrapalismy sie po gradiencie na grzbiet, ktory oddzielal nas od schroniska i nieco tylko bladzac we mgle wstapilismy wreszcie w jego suche i cieple progi.
Wnet okazalo sie, ze reszta naszej grupy dopiero niedawno tam dotarla i wcale nie mielismy calodniowego, jak sadzilismy, spoznienia. Kierownik schroniska byl bardzo mily i podobno zaraz jak tylko sie zjawili napalil w piecu do czerwonosci, co spowodowalo przypalenie niektorych suszonych czesci garderoby. Z kolei grupa kolonijna, ktora zatrzymala sie w schronisku obdarowala nas kilkoma talerzami cieplej strawy. Wieczorem byla dyskoteka, na ktorej wszystkie dzieci fajnie sie bawily, a i my nie omieszkalismy skorzystac. Kierownik pozwolil nam rozbic namioty przed samym schroniskiem, a trzem osobom, ktore chcialy spac w schronsku za ok. 4 zl., dal pokoj szescioosobowy, wiec wszyscy moglismy zostawic tam plecaki i wyspac sie wygodnie. W nocy okazalo sie, ze niektorzy spiacy w namiotach nieco zmarzli, ale i spiacy pod dachem musieli wybierac lozka, na ktore nie kapala woda z dziurawego dachu.
Nastepnego dnia wybralismy sie na najwyzsza gore Bulgarii - Musale 2925m. Szlismy bez plecakow, wiec bylo bardzo przyjemnie. Na samym szczycie jest stacja meteorologiczna, w ktorej mozna napic sie herbaty i kupic okolicznosciowe znaczki z Musaly i Wichriena - najwyzszej gory pobliskiego Pirynu. W tej czesci gor nie bylo duzo ludzi i dopiero na Musale spotkalismy pierwszych turystow, ktorych chyba wiecej jest w okolicach Borowca. Mielismy piekna pogode, wiec po powrocie do schroniska postanowilem sie wykapac w pobliskim jeziorku i jak dotychczas jest to najwyzsze miejsce, w ktorym sobie poplywalem.
Czekalo nas teraz jakies 8 godz. zejscia nudna droga do Jakorudy, wiec spytalismy kierownika o stojacy obok maly autobusik. Kierownik pogadal z kierowca, ktory zgodzil sie za jakies 40 zl. zabrac nas w dol do najblizszego dworca kolejowego. Dzieki temu zlapalismy jeszcze pociag do Banska. Bansko jest ladnym turystycznym miasteczkiem. Mozna w nim znalezc cos do jedzenia nawet poznym wieczorem, dzieki czemu sprawilismy sobie chyba najbardzej obfity posilek podczas calego wyjazdu. Mozna bylo zaszalec, bo za obiad dwudaniowy zaplacilismy ok. 7 zl. Mogloby sie wydawac, ze to dosc duzy wydatek, gdyby nie fakt, ze nie umielismy sie zdecydowac na zaden rodzaj miesa i gdy kelnerka usluznie podsunela nam danie 'mieszana skara', nieopatrznie przytaknelismy. Okazalo sie, ze zamowilismy wszystkie potrawy miesne, ktore byly w menu, tyle ze z kazdej po trochu. Na noc zaleglismy na dworcu w Bansku naprawde nasyceni.
Nastepnego dnia pojechalismy do Banii, gdzie sa cieple zrodla i basen z goraca woda. Wszystkim polecam zrobic sobie taki przerywnik miedzy Rila a Pirynem, my bylismy jak nowo narodzeni. Po poludniu pojechalismy do Banska, zwiedzilismy miasteczko i poszlismy spac znow na dworcu kolejowym.
Skoro swit poszlismy do centrum i zalapalismy sie na autobus obslugi wyciagu, ktory zawiozl nas gleboko w gory Piryn. Podreptalismy troche szosa i doszlismy do schroniska pod Wichrienem. Okazalo sie, ze nie wszyscy chca wejsc na najwyzszy szczyt Pirynu, wiec czesc ekipy zostala na dole. Byla piekna sloneczna pogoda, ale wial dosc mocny wiatr. Mozolnie wdrapalismy sie na przelecz, gdzie spotkalismy pasterza, ktory caly dzien tam siedzi i tylko doglada swoich owieczek. Wejscie na sam szczyt jest dosc meczace, bo w miare szybko robi sie wysokosc. Na gorze zagralismy kultowe rozdanie brydzyka i zmykalismy na dol, bo bardzo wialo (czyzby stad pochodzila nazwa tego pieknego szczytu?). Na nocleg zeszlismy nieco ponizej schroniska, na pole namiotowe. Po rozbiciu namiotow przyjechalo dwoch mlodzianow na motorze i zazadali oni pieniedzy za nocleg i paszportow. Rzecz jasna olalismy ich i nie pojawili sie wiecej. Jesli ktos bedzie tam nocowal, niech uwaza na podobnych naciagaczy. Wieczorem poszlismy ogladac mecz mistrzostw swiata i bylismy swiadkami sromotnej porazki Bulgarii ze Szwecja. Szkoda, bo ci ludzie naprawde potrafia sie cieszyc, co widzielismy po wygranym meczu z Niemcami.
Nastepnego dnia przeszlismy do schroniska Demianica. Droga byla troche monotonna i gdyby nie burza gradowa, ktora nas wtedy zlapala, to jedynymi wrazeniami bylyby piekne widoki na gory Pirynu. Byl to juz ostatni dzien w gorach, wiec czulem niedosyt, ale musielismy sie spieszyc, bo wybieralismy sie jeszcze do Turcji. Noc spedzilismy we wspomnianym schronisku, bo bylismy calkowicie przemoczeni.
Rano Maciek musial znowu jechac do Sofii, zeby odebrac nowy paszport, a my pojechalismy do Plowdiw. Pozwiedzalismy troche miasto, ale nie bylo to przyjemne zajecie wobec strasznego upalu, ktory wtedy panowal. O trzeciej spotkalismy sie z Mackiem na dworcu i moglismy juz w komplecie pojechac ku granicy. Na granicznej stacji kolejowej okazalo sie, ze kanar nie chcial wziac w lape i musielismy wysiasc z pociagu z wbitymi w paszporty pieczatkami stwierdzajacymi opuszczenie Bulgarii. Na szczescie na posterunku granicznym anulowano nam te pieczatki i moglismy ruszyc w kierunku przejscia drogowego. Przespalismy sie za miastem pod golym niebem i rano pojechalismy pierwszym autobusem do wioski Kapitan Andriejewo.
Granice przeszlismy na piechote, ale nie bez problemow. Okazalo sie, ze powinnismy miec potwierdzenie kazdego noclegu w Bulgarii, albo zaplacic 200 DM od osoby kary za jego brak. Oczywiscie nie mielismy zadnych kwitkow za noclegi, wiec zaczelismy sie powaznie obawiac, ze z Turcji nici. Wopista jednak puscil nas oswiadczajac, ze nie mamy prawa ponownego wjazdu do Bulgarii. Po tygodniu spedzonym w Turcji rzecz jasna trafilismy na innego wopiste i bez przeszkod dostalismy sie do Bulgarii.
Po powrocie z Turcji udalismy sie nad Morze Czarne. Roznymi srodkami lokomocji dotarlismy do Primorska kolo Burgas, gdzie umowilismy sie ze znajomymi, ktorzy wracali z Grecji i nie mieli ochoty jechac sami przez Rumunie. Niestety na miejscu okazalo sie, ze wyjechali dzien przed naszym przyjazdem i nie potrzebny byl caly nasz pospiech.
W samym Primorsku rzecz jasna pelno ludzi, bo lato bylo piekne tego roku. Poleniuchowalismy sobie za wszystkie czasy. Nocowalismy na campingu w pobliskiej wiosce Kiten, ktora niemalze laczy sie z Primorskiem. Sam camping dawno zapomnial juz czasy swojej swietnosci, a jego jedyna zaleta byla cena (ok. 2zl. za osobe). Nad morzem bylo bardzo przyjemnie: bardzo cieplo, ciepla woda, mnostwo wyszukanego (w porownaniu z tym jedzonym w gorach) zarcia za stosunkowo niska cene. Nie wytrzymalismy jednak dlugo nad morzem, bo juz po trzech dniach zrobilo sie monotonnie i postanowilismy wracac do kraju.
Z wioski Kiten jedzie bardzo korzystny autobus do Ruse przez Primorsko, Burgas i Warne. Podroz trwa troche dlugo, bo autobus krecil sie jakos po gorach, ale nie musielismy sie bawic w przesiadki. W Ruse wsiedlismy do miejskiego autobusu i dojechalismy na sama granice. Mielismy niejakie watpliwosci, czy jest to przejscie drogowe, a nie tylko kolejowe, ale na szczescie wypuszczono nas bez problemow. Przeszlismy w srodku nocy mostem nad Dunajem i doszlismy do Giurgiu, gdzie polozylismy sie spac. Rano wsiedlismy w pociag do Bukaresztu, a stamtad do Suczawy i z malymi przygodami na Ukrainie w koncu znalezlismy sie w cywilizowanym kraju zwanym Polska.