Wyjazd do Bułgarii i Turcji

sierpień 1995


Ten tekst możesz sobie ściągnąć jako spakowany plik postscriptowy (ma on ok. 22 kB)

Na początek aktualne w czasie wyjazdu kursy walut: 1DM = ok. 20 koron słowackich, ok. 80 forintów, ok. 1400 lei, 46-48 lewa (lv.) 37 tys. tureckich lira (TTL)

Pociag Dzień pierwszy Z Warszawy wyjechaliśmy zgodnie z planem o godz. 6.00 "Karpatami", zaopatrzeni w bilety na odcinki graniczne: Muszyna-Plavec (3.8 zł) oraz Cana-Hidasnemeti (5.5 zł). Bilet przez Słowację (Plavec-Cana) kupiłem na stacji w Plavcu (pociąg stoi tam 35 minut), za 66 koron. Podobnie nie było problemu z kupnem biletów przez terytorium Węgier (Hidasnemeti-Lokoshaza, 1168 forintów). Na tym się nasz brak problemów skończył. Nie wiedzieliśmy, że w tym roku na Węgrzech wprowadzono przepis, że gdy ktoś przejeżdża granicę pociągiem międzynarodowym, to musi na całą trasę jazdy tym pociągiem mieć bilet międzynarodowy. O dziwo, pierwszemu kanarowi, który przyszedł zaraz za granicą nasze bilety nie przeszkadzały, za to drugi, gdzieś przed Szolnok zażyczył sobie od nas opłaty po taryfie międzynarodowej (ponad 15.000 forintów) lub łapówki 7.000 forintów. Ponieważ nie wyrażaliśmy chęci zapłacenia ani jednego, ani drugiego wysiedliśmy z pociągu, na stacyjce bodajże Jaszbereny (czy jakoś tak). Kanar nie omieszkał anulować nam naszych biletów. Na tejże stacyjce okazało się, że za ok. 10 minut odjeżdża lokalny pociąg do Szolnok (jest to stacja węzłowa, przez którą jeżdżą pociągi Budapeszt-Bukareszt). Za resztki pieniędzy kupiliśmy bilety (po 150 forintów) i wsiedliśmy do niego w nadziei, że w Szolnok złapiemy pociąg relacji Budapeszt-Constanca. Faktycznie, udało nam się to, przeskoczyliśmy prawie z pociągu do pociągu. Wsiedliśmy na głupa - bez biletów, tylko z tymi anulowanymi. Uzgodniliśmy, że skoro nie znamy węgierskiego, to nie wiemy co gość tam nabazgrał i wydaje nam się, że są dobre. Jednak mieliśmy szczęście - do samej granicy nie zjawił się nikt. A potem byli WOP-iści i celnicy i oczywiście żadnych kanarów (biletów na odcinek graniczny Lokoshaza-Curtici nie mieliśmy, bo baba w kasie w Warszawie zaśpiewała za nie po 20 złotych w jedną stronę).

Ponieważ nie jechaliśmy już "Karpatami", a pociągiem do Constancy, który jedzie trasą "południową" - przez Timisoarę i Craiową, a my planowaliśmy dotrzeć do Sofii, postanowiliśmy przekroczyć granicę rumuńsko-bułgarską promem w Calafat. Aby tam dotrzeć, musieliśmy wysiąść w Craiova. Bilety u rumuńskiego kanara kosztowały po 12.400 lei (czyli w normie), transakcja stwarzała pozory legalności - bo dał nam jakieś kwity (co prawda ceny się nie zgadzały). Ale w końcu jechaliśmy pociągiem "legalnie".

Dzień drugi Do Craiova przyjechaliśmy ok. 7.30, o 8.15 złapaliśmy lokalny pociąg do Calafat (za 1550 lei). Byliśmy tamże ok. 10.30. Prom chyba nie ma stałego rozkładu wypłynięć, płynie jak mu się chce. My akurat trafiliśmy na posiłek, więc staliśmy chyba ze dwie godziny w słońcu zanim pozwolili nam wejść. Prom obsługuje załoga bułgarska, bilet kosztuje 2$ lub 5 DM (nie da się kupić biletu za leje ani za lewa - nie wiem czy dotyczy to wszystkich, czy tylko cudzoziemców). Cena w dolarach jak widać jest korzystniejsza. Prom wypłynął nieco przed pierwszą, przeprawa trwała około piętnastu minut.

Po zejściu z promu musieliśmy przejść jeszcze przez bułgarską kontrolę graniczną. Poinstruowani przez Polkę, którą poznaliśmy na promie nie mówiliśmy nic o tym, że oprócz Bułgarii wybieramy się gdzieś jeszcze (bo wtedy wbiliby nam do paszportów tranzyt i moglibyśmy mieć kłopoty, gdybyśmy chcieli wyjechać z Bułgarii po na przykład dwóch tygodniach). Twierdziliśmy, że jedziemy tylko w bułgarskie góry i do Sofii. Wpisu "tranzyt" nie dostaliśmy, za to dostaliśmy żółte papiery - "karty statystyczne". Były tam wypisane nasze dane, pieczątka przejścia granicznego i miejsce na potwierdzenia z noclegów. Powiedziano nam, że trzeba mieć potwierdzone wszystkie noclegi, inczej grozi jakaśtam kara (jak się później okazało, nie taki Bułgar straszny, ale o tym za czas jakiś). Przejście graniczne jest dość daleko od miasta Widin, trzeba jechać autobusem miejskim. Generalnie komunikacja w miastach w Bułgarii jest dosyć dobrze rozwinięta, bilety kosztują w granicach 5-10 lewa (najdroższe są w Sofii). Kupuje się je u biletera w autobusie (z wyjątkiem Sofii - tam bilety kupuje się w kioskach i u sprzedawców ulicznych). Po przyjeździe na dworzec okazało się, że pociąg do Sofii odjechał o 13.05, następne są o 16.30 i 22.00. Ponieważ ten o 16.30 przyjeżdżał do Sofii na wieczór, więc zdecydowaliśmy się jechać o 22.00. Aby nie siedzieć w mieście pojechaliśmy miejskim autobusem dwie stacje dalej, do wsi Dunawci. Cały dzień spędziliśmy na trawie bycząc się. Około 23-ej wsiedliśmy w pociąg (cena biletu ok. 100 lewa).

Dzień trzeci Do Sofii dojechaliśmy o ok. 6 rano. Od razu zaczęliśmy się dowiadywać, gdzie w tym mieście można przenocować. Jak się okazało, najtańsze są prywatne kwatery, które można wynająć w biurach "Bałkanturistu" po 7$ od osoby. Niestety nie znaleźliśmy żadnej możliwości noclegu w schroniskach czy akademikach. Wobec tego wynajęliśmy kwaterę. Komunikacja miejska jest w Sofii dosyć sprawna. Co prawda poruszaliśmy się tylko w obrębie centrum, nie wiem jak działa ona na peryferiach, ale dla nas nie miało to znaczenia. Można kupić całodobowe bilety na całą komunikację miejską, za 35 lewa. W ogóle ceny w Bułgarii, szczególnie na wszelkiego rodzaju przejazdy oraz żywność są znacznie niższe niż w Polsce. Szczytem był bardzo obfity obiad w "Pizza Hut", na tamtejsze warunki drogiej restauraacji, za 5 złotych od osoby. Różne "kebapczeta", "sziszczeta" itp. dania bułgarskie są w knajpkach i z rusztu "na ulicy", szczególnie na prowincji bardzo tanie. A wino to jest prawie za darmo. 75 lewa to już jest dość sporo :-). Reszta dnia upłynęła nam na zwiedzaniu miasta.


Rosyjska cerkiew prawosławna (fot. Yaga), cerkiew Aleksandra Newskiego (fot. Żaba) w Sofii


Meczet (fot. Yaga), kościół Św. Jerzego (fot. Żaba) w Sofii

Dzień czwarty Rano pojechaliśmy dowiedzieć się kiedy odjeżdżają pociągi w kierunku gór. Nie było odpowiedniego połączenia (zresztą sieciowy rozkład jazdy jest w Bułgarii tajny - jego fragmenty nie są nigdzie wywieszone, o połączenia trzeba dowiadywać się w informacji, a pracownicy tam mówią generalnie tylko po bułgarsku), pojechaliśmy autobusem odjeżdżającym o 14.45 do Goce Dełczew. Bilet do Banska 120 lewa. Zajechaliśmy na około osiemnastą, postanowiliśmy iść w kierunku chaty Wichren i rozbić się gdzieś po drodze. Dojście do samego schroniska zajmuje cztery i pół godziny marszu asfaltem. Udało się nam jednak złapać stopa - gazika, który zawiózł całą naszą piątkę do chaty Bynderica (pół godziny przed ch. Wichren) po 50 lewa od osoby. W schronisku ceny były bardzo wysokie - po 400 lewa (ceny w schroniskach są zróżnicowane, dla cudzoziemców trzy-czterokrotnie wyższe niż dla Bułgarów), za to jest pole namiotowe, na którym cena wynosi 80 lewa od osoby, jednak nikt do nas nie przyszedł aby to zainkasować, my też się nie narzucaliśmy.

Dzień piąty Wstaliśmy wczesnym rankiem i poszliśmy do chaty Wichren. Przy tym schronisku nie można nocować w namiotach, nocleg kosztuje 280 lewa. Po długich debatach zdecydowaliśmy się zostać, zostawiliśmy wory i poszliśmy na szczyt (Wichren, najwyższa góra Pirinu ma 2915 m. npm). Pomimo, że gdy wychodziliśmy była piękna pogoda, to po drodze zaczęło lać, rozpętała się burza i musieliśmy wracać. Obiad w schronisku zrobiliśmy na kuchni turystycznej (piec kaflowy, w którym paliło się drewnem, które ktoś wcześniej narąbał). W malutkim pokoiku, w którym spaliśmy stało osiem łóżek piętrowych i w zasadzie nie było na nic innego miejsca. Lało do wieczora.

Dzień szósty Rano pogoda była przepiękna. Na drogowskazie czerwonego szlaku było napisane, że do schronu Tewno Ezero jest pięć godzin. Już po dziesięciu godzinach marszu zdecydowaliśmy się dać sobie spokój (a wcale nie szliśmy bardzo spacerowym tempem). Rozbiliśmy się około 20 minut przed przełęczą Mozgowiszka.


Kilka widoczków z Pirinu (fot. Yaga i Żaba)

Dzień siódmy Ruszyliśmy koło dziewiątej, po około godzinie minęliśmy schron. Na drogowskazie do chaty Pirin było cztery godziny. Przy schronisku byliśmy koło siódmej, ale z trzygodzinną przerwą po drodze. Kierownik tego schroniska, w przeciwieństwie do szefa chaty Wichren był bardzo sympatyczny i pomocny. Pytaliśmy o możliwość rozbicia namiotów obok schroniska, on nie miał nic przeciwko temu, ale mówił że tak naprawdę to rządzi tu jakiś Górski (nie wiem czy to nazwisko, czy funkcja), który przyjeżdża od czasu do czasu i może przyjechać równie dobrze dzisiaj jak i za trzy dni. A jeżeli przyjedzie, to będziemy się musieli przed nim tłumaczyć. Ale wskazał nam miejsce, pół godziny w kierunku Mełnika, gdzie bez problemu można się rozbić. Zrobiliśmy sobie obiad na kuchni turystycznej (przy schronisku jest knajpa z piwem, winem i ciastkami) i poszliśmy w dół. W miejscu, które opisał nam kierownik schroniska była wielka polana, na której była rozbita spora grupa hałaśliwych Bułgarów. Rozbiliśmy się spory kawałek od nich, przysłali później delegację (ze strzelbą), aby nas zapewnić, że nic nam nie grozi.

Dzień ósmy Była niedziela, więc wstaliśmy później niż zwykle, wyszliśmy około dwunastej. Według strzałek do Mełnika miało być sześć godzin. W pewnym momencie zeszliśmy ze szlaku, który idzie przez Rożenski Monastyr i poszliśmy do Mełnika przez Kyrłanowo. Doszliśmy na wieczór. Na ulicy zaczepiła nas kobieta oferując nocleg. Po krótkim targowaniu cena stanęła na 150 lewa od osoby (nocleg w wielkich, dwuosobowych łóżkach ze świeżą pościelą). W miasteczku nie ma punktu wymiany dewiz, nie można tego zrobić oficjalnie nawet w hotelu. Najbliższe miejsce, gdzie można to zrobić to miasto Sandanski.


Skałki w okolicach Mełnika (fot. Żaba)

Dzień dziewiąty Rano chcieliśmy pojechać do Rożenskiego Monastyru, ale z powodu braku autobusów wyruszyliśmy w kierunku Riły. Autobusami kolejno do Sandanskiego (30 lv), Błagojewgradu (40), Riły (25) i Rilskiego Monastyru(25). Około kilometra za monastyrem jest kemping, po 150 lewa. Okolice monastyru były strasznie zatłoczone, przypominały jarmark. Żywność była dużo droższa niż gdziekolwiek indziej. Jak się później okazało z gazety, trafiliśmy na jakieś prawosławne święto.

Dzień dziesiąty Zwiedziliśmy monastyr wraz z muzeum (wejście pięć lewa Bułgarzy, siedemdziesiąt cudzoziemcy, dla studentów zniżki) w potwornym tłumie. Jest przepiękny. Zdecydowaliśmy się jak najszybciej stamtąd zmywać, ze względu na tłum i ceny, a nie poszliśmy w góry (głównym powodem były awarie części nóg po Pirinie). Wyjechaliśmy z powrotem do Błagojewgradu autobusem o 14-tej. stamtąd pociągiem do Sofii (67 lv).

Dzień jedenasty Z Sofii postanowiliśmy jechać do Weliko Tyrnowo. Wyjechaliśmy potwornie zapchanym pociągiem (na szczęście z miejscówkami) do Warny. Przesiadka w Gornej Oriachowicy (163 lv), trzy godziny siedzenia i pociąg do Starej Zagory (15 lv). W Tyrnowie wylądowaliśmy o szóstej, przespaliśmy się godzinkę w poczekalni, oddaliśmy plecaki do przechowalni (w całym kraju przechowalnia kosztuje 8 lewa) i poszliśmy szukać noclegu. Z powodu nienajlepszej znajomości bułgarskiego pewne przyklejone na słupie ogłoszenie zinterpretowaliśmy jako ofertę noclegów w akademikach Uniwersytetu. Okazało się to nieprawdą, jednak sprawdzenie tego faktu zajęło nam około dwóch godzin. Rozpoczęliśmy poszukiwanie biura kwater prywatnych. Znaleźliśmy "Bałkanturist", jednak tam oferowali noclegi za 300 lewa. Nie mieliśmy ochoty płacić tyle, więc szukaliśmy drugiego biura, o którym mówili nam pytani o to mieszkańcy miasta. Znależliśmy je koło drugiej po południu - na ulicy N. Gabrowski (za bankiem). Okazało się, że było warto szukać, kwatery były po 180 lewa. Zdecydowaliśmy się zostać przez dwie noce.

Uroki miasta zrekompensowały wszystkie niewygody. Każdy podróżójący po Bułgarii koniecznie powinien się tam wybrać. W ciągu dwóch dni zwiedziliśmy wszystko co było warte zwiedzenia w mieście (obejrzeliśmy między innymi wspaniały spektakl "Światło i dźwięk" na wzgórzu Carewec), a także znajdującą się opodal miejscowość - skansen Arbanasi.


Wzgórze Carewec i cerkiew na jego szczycie (fot. Yaga)


Jedna z wielu cerkwi w Tyrnowie (fot. Yaga) i jeden z zabytkowych domów w Arbanasi (fot. Żaba)

Dzień dwunasty Z Tyrnowa wyruszyliśmy w kierunku Turcji. Po drodze postanowiliśmy wstąpić do miejscowości Kazanłyk, gdzie znajduje się grobowiec Tracki z piątego wieku pne. Wyjechaliśmy o 13.15 do Gabrowa, stamtąd o 15-tej do Kazanłyku (w sumie 99 lv). Po obejrzeniu grobowca (w mieście tym jest jeszcze skansen, jednak był już nieczynny) pojechaliśmy pociągiem do Tułowa (25 lv) o 21.15.

Dzień trzynasty W Tułowie mieliśmy odsiadkę (odleżkę?) do mniej więcej drugiej, po jeszcze jednej, tym razem półtoragodzinnej odsidce w Dmitrowgradzie. W mieście tym dworzec kolejowy jest oddalony od centrum o kilka kilometrów. Aby dostać się na przykład do dworca autobusowego trzeba pojechać podmiejskim autobusem (zresztą jedynym). O dziewiątej złapaliśmy autobus do Kapitan Andriejewo (miejscowość graniczna), stamtąd do przejścia granicznego jest jeszcze jakieś dwa kilometry, które trzeba pokonać na piechotę.

Tu skończył się bułgarski epizod naszej podróży. Na koniec jeszcze kilka słów podsumowania tej części. Przepraszam, jeżeli będę się powtarzał.


Jeżeli ktoś chciałby się jeszcze czegoś dowiedzieć, to zawsze może do mnie napisać.

Wojtek "Żaba" Chemijewski W.Chemijewski@elka.pw.edu.pl