Wspomnienia z Grecji

Koncepcja wyjazdu do Grecji, powstała w związku ze zniesieniem wiz do tego kraju. Nastąpiło to kilka dni przed naszym wyjazdem, wiec nie zdążyliśmy się dobrze przygotować. W wyprawie udział wzięło 9 osób: Kasia Latała, Monika Latkowska, Paweł Głażewski, mój brat Maciek Kołodziejczyk, Waldek Kopcewicz, Grzesiek Korc, Krzysiek Kornas, Emil Przepiórski i ja, czyli Bartłomiej Kołodziejczyk.

1 dzień, 5 lipca:

Pierwszym etapem naszej podróży był przejazd pociągiem Karpaty. Spotkaliśmy się na dworcu w Krakowie, gdzie dosiadali się mieszkańcy Polski południowej i śmiało ruszyliśmy ku pierwszej granicy. Odcinek graniczny z Muszyny do Plavca przejechaliśmy szczęśliwie kupując bilety u polskiej konduktorki po 2.25 zł. W Plavcu wysiadłem i kupiłem w kasie bilety do Koszyc po 60 KS (10 KS=75 gr.). W Koszycach próbowałem podobnej sztuczki i mało brakowało, by uciekł mi pociąg, gdyż wypisanie biletów trwało ponad 15 min. Bilety przez granicę słowacko-węgierską Koszyce-Hidasnemeti kosztowały nas po 134 KS. Jak się później dowiedziałem korzystniej jest kupić bilet Plavec-Hidasnemeti i nie martwić się przejazdem przez granicę. Zaraz po przekroczeniu granicy nakryła nas ekipa węgierskich kanarów. Policzyli nam bilety po cenach międzynarodowych, co dało 33 $ za osobę. W tej sytuacji zdecydowałem, że trzeba wysiąść i kupić bilet w kasie. Łatwiej powiedzieć niż zrobić, bowiem natknęliśmy się na niemałe problemy językowe. Bilety z Forro Encs, gdzie wysiedliśmy, do Lokoshazy na granicy węgiersko-rumuńskiej kosztowały nas po 1100 Ft (1 $=120 Ft), więc mniej niż 10 $. Lokalnymi pociągami dojechaliśmy najpierw do Miszkolca, a następnie do Hatvanu, gdzie spędziliśmy pierwszą noc na dworcu.

2 dzień, 6 lipca:

Po szybkim śniadaniu wsiedliśmy do pociągu do Szolnoku, gdzie złapaliśmy pośpieszny Panonia do Bukaresztu. Za przejazd granicy daliśmy węgierskiemu kanarowi po 4 $, zamiast 10 $ zapisanych w taryfie i wysiedliśmy po rumuńskiej stronie w Curtici. Spędziliśmy tam cale popołudnie siedząc w knajpie i grając w karty. Przed samym odjazdem trzeba było jeszcze powalczyć o bilety do Bukaresztu, bo oczywiście wcześniej kasa nie sprzedaje. Bilety kosztowały nas po 11000 lei (1 $ = 2000 lei). Pociąg jechał długo, wiec zdążyliśmy się wyspać w pociągu.

3 dzień, 7 lipca:

O 6-tej rano przyjechaliśmy do Bukaresztu. Bilety do pierwszej stacji bułgarskiej Ruse kosztowały po 16000 lei, wiec wsiedliśmy do pociągu, mając nadzieję dogadać się z ewentualnym kanarem. Tak też się stało, gdyż udało się ustalić cenę przejazdu na 50 $ za 9 osób. Byliśmy wreszcie w kraju, w którym można swobodnie się dogadać (po rosyjsku) i swobodnie kupować dzięki niewiarygodnie niskim cenom. Zaraz na dworcu w Ruse, nie wypakowując się z pociągu, wymieniliśmy pieniądze w cywilizowanym kantorze i spotkała nas miła niespodzianka: bilet do Sofii pociągiem IC kosztował 200 lewa (1 $=66 lewa). Tym samym pociągiem pojechaliśmy do Sofii. Po drodze podziwialiśmy przełom rzeki Iskyr w okolicach Mezdry. W samej Sofii nie zabawiliśmy długo, po godzinie, którą strawiliśmy na kupno biletów, zakupy żywności i krótką przekąskę, mieliśmy pociag do Kułaty. Tu znów okazało się, że bilety w Bułgarii są tanie, gdyż za pośpieszny pociąg pod samą granicę grecką zapłaciliśmy po 90 lewa. Na miejscu byliśmy przed 23, wiec nie było czasu na poszukiwanie miejsca na nocleg i rozłożyliśmy się w poczekalni dworcowej.

4 dzień, 8 lipca:

Wstaliśmy siódmej. Bez pośpiechu umyliśmy się (Ci bardziej higieniczni zrobili to poprzedniego dnia) i zjedliśmy śniadanie. Na piechotę przeszliśmy przez granicę. Nie było żadnych problemów, jedynie Grecy sprawdzali, czy mamy po 200 $ na osobę. Próbowaliśmy złapać stopa do Salonik, ale udało się to tylko Pawłowi i Emilowi, więc reszta musiała jechać pociągiem za 1670 drachm (1 zł.=100 drachm). Monika i Waldek zdecydowali się nas opuścić i pojechać na dwa dni do Aten, więc poszli od razu na obwodnicę Salonik lapać stopa. My zaś bez problemu spotkaliśmy się z chłopakami na dworcu i poszliśmy zwiedzać miasto. Nie było ono jednak bardzo ciekawe. Zwarta zabudowa, brudne podwórka - typowe portowe miasto na południu Europy. Aby zwiedzić nieliczne, acz ciekawe, zabytki, trzeba było się nachodzić, co też uczyniliśmy by się rozruszać po 3 dniach spędzonych w pociągach. Wieczorem kupiliśmy bilety za 820 drachm do miasteczka Litochoro u stóp Olimpu. Na miejscu byliśmy krótko przed północą. Zjedliśmy przyrządzoną na szybko kolację i rozbiliśmy namioty nieopodal stacji nad Morzem Egejskim, kąpiąc się, oczywiście, przed snem.

5 dzień, 9 lipca:

Pierwsze promienie słońca wygoniły nas z namiotów i zapędziły do morza. Postanowiliśmy zostać kilka dni nad morzem, więc poszliśmy szukać pola namiotowego. Udało nam się znaleźć kamping za 1050 drachm za osobę. Przenieśliśmy plecaki i ruszyliśmy na plażę. Cały dzień przeleciał nam na kąpieli i opalaniu się jak na niedzielę przystało.

6 dzień, 10 lipca:

Wstałiśmy wcześnie, bo postanowiliśmy zwiedzić starożytne ruiny miasta Dion. Próbowaliśmy dojechać tam stopem, ale ponownie okazało się, ze w Grecji nie jest to najlepszy środek lokomocji. Upał dawał nam się we znaki a droga była dłuższa niż wynikało to z mapy. Wejście do muzeum kosztowało 400 drachm dla studentów. Samo muzeum nie było duże, ale eksponaty były ciekawe, szczególnie że w Polsce niewiele jest zabytków z tej epoki. Po zwiedzaniu muzeum poszliśmy obejrzeć ruiny. Bilety kosztowały również 400 drachm, ale warto bylo. Miasto było świetnie zachowane, dzięki lawinie błota, które spłynęło ze zboczy Olimpu konserwując zabudowania. Teren ruin był bardzo rozległy, o czym przekonaliśmy się szukając Pawła, który odkrył w sobie dusze archeologa i zaszył się w jakiejś dziurze, wykopując kamyki i monety. Z wykopalisk wróciliśmy do wioski, i kupiliśmy arbuzy i melony by ugasić pragnienie. Gdy ruszyliśmy w drogę powrotną na kamping, spotkała nas miła niespodzianka: natknęliśmy się na Monikę i Waldka. Okazało się, że nie udało im się stopowanie. Dojechali jedynie do Katarini i z trudem dostali się na kamping po drugiej stronie Litochora, 5 km od naszego. Opisaliśmy im drogę do nas i ruszyliśmy z powrotem nad chłodne morze. W drodze powrotnej mieliśmy niewiele więcej szczęścia do stopowania i większość drogi przedeptaliśmy wzdłuż linii kolejowej. Wieczorem na nasz kamping dotarli Monika i Waldek.

(fot. K. Latała) (fot. K. Latała)

Ruiny starożytnego miasta Dion u podnóża Olimpu (42 i 81 kB).

7 dzień, 11 lipca:

Już dwa dni wpatrywaliśmy się znad morza w okazałą sylwetkę Świętej Góry Zeusa. Zbieraliśmy siły i ochotę, by stanąć na jej szczycie. Wstaliśmy o świcie, czekał nas ciężki dzień: 2100m podejścia. Wzięliśmy tylko śpiwory, karimaty i oczywiście jedzenie. Monika złapała stopa, który podwiózł nas nieco do Litochora. W miasteczku zrobiliśmy zakupy. Kupno mapy okolic Olimpu wymaga nie lada wysiłku. Nie udało nam się to nawet w klubie alpinistycznym. W końcu udało się ją dostać w księgarni. Nabraliśmy zapas wody i ruszyliśmy w górę rzeki. Upał był straszny. Po dwóch godzinach musieliśmy już oszczędzać wodę. Droga była bardzo męcząca, gdyż prowadziła to w górę, to w dół. W tej sytuacji nie zdziwi chyba nikogo fakt, że wykąpaliśmy się w pierwszym dogodnym strumieniu. W Prionii, gdzie kończy się droga dla samochodów, zrobiliśmy przegryzkę, która umożliwiła nam dalszy marsz. Jeszcze tylko 800 m podejścia i byliśmy w schronisku. Po ciemku zrobiliśmy obiad i poszliśmy spać. Noclegi były drogie: w schronisku po 1700 drachm, a poza nim (sic!) 700 drachm. Nie wiedzieliśmy, że będzie można rozbić namioty, więc ci, którz zdecydowali się spać na zewnątrz, spali pod gołym niebem.

(fot. K. Kornas) (fot. K. Kornas)

Znad morza do Olimpu, droga prowadzi wąwozem (88 i 92 kB).

8 dzień, 12 lipca:

Spało się rewelacyjnie (na zewnątrz schroniska) i w hałasie (wewnątrz). Schronisko obudziło się o szóstej. Zostawiliśmy większość sprzętu w schronisku i ruszyliśmy na szczyt. Wyszliśmy z pustego już schroniska około ósmej. Początkowo szło nam się dobrze, ale wyżej zaczęły się skały. Nasze dziewczyny nigdy nie chodziły po górach skalistych i trzeba przyznać, że zrobiło to na nich wrażenie. Szybko jednak nabrały odwagi i posuwaliśmy się szybciej. Szlaki nie były tak zatłoczone jak w Alpach, ale na szczycie siedziało kilkanaście osób. Na drogę powrotną wybraliśmy najtrudniejsze zejście, które w schronisku nam odradzano. Okazało się, że jest ono dużo łatwiejsze niż wiele szlaków w Tatrach. W schronisku posililiśmy się i szybko ruszyliśmy w dół. Zeszliśmy do Prionii i postanowiliśmy nie wracać wzdłuż rzeki, lecz drogą nieco dłuższą, za to bardziej płasą. Dziewczyny załapały się na stopa z Grekami, którzy nie dali im spać poprzedniej nocy w schronisku. Emil, Grzesiek i Paweł byli daleko z przodu i załapali się również na stopa. Maciek, Krzysiek, Waldek i ja postanowiliśmy zejść z Olimpu do morza bez niczyjej pomocy w ciągu jednego dnia, co dawało 2917 zejścia (nie licząc 800 m wejścia na szczyt). Doszliśmy, niektórzy kulejąc, ale wszyscy zadowoleni do kampingu i zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie. Był to chyba najcięższy dzień całego obozu. Mieliśmy dość chodzenia po górach, przynajmniej na razie.

(fot. K. Kornas)

Widok szczytu ze schroniska 2100 m (42 kB).

(fot. K. Latała) (fot. K. Kornas)

Okolice Olimpu (38 i 27 kB).

(fot. K. Kornas)

Najwyższy wierzchołek Olimpu - Mytikas 2917 m (42 kB).

9 dzień, 13 lipca:

Rano okazało się, że większość miała całe nogi w odciskach, więc nikomu nie chciało się opuszczać kampingu. Przeleniuchowaliśmy cały dzień nad morzem, przebijając bąbelki na stopach. Wieczorem wszyscy zadzwoniliśmy do domu, by pochwalić się, że najwyższy punkt wyprawy został osiągnięty.

10 dzień, 14 lipca:

Rankiem poszliśmy do odległej o 5 km stacji. Pociąg miał być dopiero za 3 godz., więc postanowiliśmy jechać stopem. Tym razem poszczęściło się prawie wszystkim i szybko byliśmy w Salonikach. Do stacji Idomeni na granicy grecko-macedońskiej mieliśmy dwa pociągi o 18-tej i 21-szej. Straszne kłopoty mieliśmy z zakupem biletów. Nie od dziś wiadomo, że Grecy są w stanie zimnej wojny z "Republiką Skopje", jak nazywają tą byłą jugosłowiańską republikę. Kasjer szczegółowo wypytywał nas o powód wyjazdu do Idomeni, strasząc nas policją itp. W końcu po kilkugodzinnym (!) namyśle sprzedał nam bilety. Do Idomeni dojechaliśmy bez przeszkód, oglądając z okien pociągu zmilitaryzowaną strefę przygraniczną. Zaraz po opuszczeniu pociągu zaczepił nas, zawiadomiony widocznie przez kasjera z Salonik, policjant z żądaniem oddania mu paszportów na czas pobytu na stacji. Kazał nam się udać do dworcowego baru, by mieć nas na oku. W barze tym spędziliśmy miłe dwie godziny w oczekiwaniu na pociąg za granicę. Przejazd przez granicę miał nas kosztować 65 drachm, ale kasjer stwierdził (zresztą słusznie), że za takie grosze nie opłaca mu się wypisać biletów i puścił nas na gapę.

To już koniec greckiej części naszego wyjazdu. Dalsze wspomnienia opisałem w części dotyczącej Macedonii i Bułgarii. Na koniec napiszę kilka słów podsumowania. Grecja jest z pewnością krajem bardzo atrakcyjnym turystycznie, a tegoroczne zniesienie wiz wjazdowych zmniejszyło znacznie koszt wyprawy, gdyż za wizę musielibyśmy zapłacić po około 100 zł. Ceny przejzdów kolejowych są stosunkowo wysokie, więc jeśli ktoś chce sporo zwiedzić, powinien wybrać się tam samochodem, lub z biurem podróży. Dojazd pociągiem metodą kombinowaną (kupując bilety wewnątrz każdego państwa po cenach krajowych, a przez granicę po cenach miedzynarodowych, lub dając w łapę kanarowi) kosztuje około 40-50 $. Przejazd zajął nam 3 dni. Jeśli chodzi o ceny żywności, to są one wyższe niż u nas i wynoszą 150-200 % cen w Polsce. Najlepiej jednak zrobić zakupy w Bułgarii za około 50 % polskiej ceny. Nasz wyjazd miał raczej charakter rozpoznawczy, gdyż nie wybraliśmy się do bardziej atrakcyjnej południowej części Grecji, którą z pewnością należy jeszcze odwiedzić.

Bartłomiej Kołodziejczyk