WYPRAWA DO RUMUNII

SIERPIEŃ 1994

Skład:Wojtek Chemijewski (Żaba) - kierownik
Kamil Białkowski
Piotr Celiński (PGC)
Piotr Dobkowski (DOB)
Yaga Gancarz
Krzysztof Krzymowski
Michał Remberk
Leszek Zarębski
Wojtek Ziembla

Sporządził DOB na podstawie notatek Kamila.
01.08.1994 - 7.50 odjazd z Przemyśla do Suczawy, elegancki autobus, jazda do 19.30. O dziwo przejście w Medyce stosunkowo szybkie (około 1 h). Jedziemy przez Stryj, Iwano-Frankowsk, Kołomyję, zatrzymujemy się dwa razy, dzięki klimatyzacji upał nie daje się we znaki, przejście Porubnoje - Siret również zaskakują co szybko (też. ok. 1 h), potem do Suczawy. Miasteczko schludne, rzucają się w oczy reklamy coca-coli. Trolejbus (300 lei) strasznie skrzypi. (1 USD = ok. 1500 lei, 1 DEM = ok. 1000 lei - tak u taksówkarzy lub w innych takich miejscach, w bankach oficjalny kurs jest sporo lepszy).
Odjeżdżamy pociągiem do Salvy - dalej przesiadka do Viseu de Jos (5 min na przesiadkę) i znów przesiadka w Viseu de Sus. Pociągi zatłoczone, ciężko dostać miejscówkę. W dogadaniu się o bilety pomaga Rumunka, studiująca w Polsce, żona Polaka. Bilety kosztują ok. 2700 lei na osobę.

02.08.1994 - Ranek, kupujemy chleb, okrągły, kiepski. Pędzimy na stację kolejki wąskotorowej bo o 7.00 odjeżdża kolejka doliną Vaseru. W jej skład wchodzą: jeden ażurowy wagonik pasażerski (zatłoczony), ciągnik na platformie i kilkanaście wagonów na drewno oraz malutki parowozik.
Już po 4 h manewrowania wyruszamy doliną rzeki Vaser. W pociągu przyczepia się do nas jakiś głupi i pijany wojak usiłując nam wmówić, że nie mamy prawa tu chodzić. Po ok. 6 h drogi docieramy do zagubionej w lasach stacyjki Macarlau, kolejka niestety nie dojeżdża do stacji Koman.
Na stacji ślady po polskim serku. Ruszamy ok. 10 min. na prawo w dolinę. Przy rozwidleniu, gdy w lewo widać domy, skręcamy w prawo. Za 100 m nocujemy.


Kolejka w dolinie Vaseru, fot. Wojtek Chemijewski

03.08.1994 - Wracamy do lewej odnogi (tej z domami) i idziemy nią w górę. Domy jakby opuszczone. Idziemy w górę i napotykamy wylot sztolni. Z daleka na zboczach Torajagi (1939) widać pełno takich wylotów.
Zwiedzamy kopalnie, jak się zdaje, rud srebra. Œrodkiem biegną tory wąskotorówki, bokiem rura wentylacyjna. W dole woda, z której czasami wystają tylko szyny.
Wyżej znajdujemy następne sztolnie. Podobno góra przecięta jest na wylot. Sztolnie w dolinie Vaseru są raczej nieczynne, jednak po drugiej stronie grani jest olbrzymia czynna kopalnia. Ogólnie góry Marmaroskie wcale nie są dzikie, lecz bardzo zindustrializowane, czego efektem jest sieć dróg związanych z kopalniami.

04.08.1994 Wyruszamy bez plecaków na Torajagę. Droga łatwa i przyjemna. Trochę widoków (w szczególności na wylot kopalni). Wracamy po 3 h i wyruszamy z plecakami . Idziemy grzbietem w kierunku Kreczeli. Zatrzymujemy się na małym wypłaszczeniu przed przełęczą, na której widać osadę pasterzy. Nie jest to tu rzadkość, ogólnie gdzie się nie ruszyć spotyka się tu pasące się owce, kozy, krowy i piękne, nie robocze konie, pasące się wolno na stokach, niektóre z maleńkimi źrebakami. Płasko, ale woda bardzo ostro w dół, ok. 5 min na północ.

05.08.1994 Mijamy górkę, napotkani pasterze zwykle rozpoczynają konwersację od pytania o papierosy (dzieci o czekoladę, cukierki, choć czasami również papierosy). Ponieważ tego nie mamy konwersacja zwykle się na tym kończy. Niektórzy pytają czy jesteśmy Francuzami lub Niemcami. Wynika z tego, że muszą tędy przechodzić. My jednak nie spotkaliśmy żadnych turystów. Przed szałasami wiszą sery. Wydaje się, ze możnaby zahandlować, jednak dotąd tego nie próbowaliśmy.
Zatrzymaliśmy się na polance pod Kreczelą i próbujemy zdobyć górę. Niestety udaje się dojść tylko na mniejszy szczycik (najpierw łożyskiem strumola a potem przebijając się przez olbrzymią kosówkę). Chyba należy atakować Kreczelę z drugiej strony, czyli od północy, choć nie ma pewności, że to się uda. Po nieudanym ataku ruszamy w dalszą drogę.


Widok na Góry Marmaroskie znad przełęczy Prislopul, fot. Piotrek Dobkowski

06.08.1994 Ruszamy ok. 11.40. Płajem trawersujemy Kreczęlę. Przy wodzie długo oczekiwane mycie. Przechodzimy przełęcz i po 0.5 h dochodzimy do lokalnego wypłaszczenia grzbieciku, gdzie zatrzymujemy się na nocleg. Nieopodal znajduje się strumyk a wyżej źródełko wypływające spod skały. Przy źródełku ślady czegoś w rodzaju rusztu. Widać jedyny czynny odwiert jaki do tej pory spotkaliśmy. Niedaleko ni to schronisko, ni to willa. Budynek zniszczony, ale ktoś tam mieszka.

07.08.1994 Wchodzimy na grzbiet i płaską jak stół drogą idziemy przez bezkresne połoniny, na których pasą się konie. Dochodzimy do przełęczy Prislopul (1413 m). W pobliżu widać duże ilości śmieci po batonikach i innych spożywczych rzeczach. Wygląda, że "turyści" wjeżdżający tu drogą (jedyna droga przechodząca w tym rejonie przez góry) robią sobie popas.
Droga na przełęcz zajęła nam ok. 2.5-3 h. Mimo, że szosa jest dość ruchliwa nie można tu uświadczyć żadnych autobusów. Można próbować łapać stopa - dużo zachodnich samochodów. Łapanie tutejszych samochodów wiąże się z możliwością zapłaty, gdyż tubylcy preferują kapitalizm (zapłata za przysługę). Odległości stąd są znaczne - 23 km do Borszy i 31 do Cirlibaby. Jedynym obiektem w pobliżu przełęczy jest knajpa z mocnymi trunkami.


Góry Rodniańskie, fot. Piotrek Dobkowski

08.08.1994 Trzy osoby pojechały stopem do Borszy (czekali ok. godziny). Ceny wysokie (1 lei = ok. 14 zł, 1kg cukru 1200, 1kg cebuli 1100, 1kg czosnku 3000, chleb 300-400, drożdżówka 200, snikers 800, 1kg śliwek 750).

09.08.1994 Ruszamy grzbietem (żółty szlak - dawno nie konserwowany), drogą, ok. 2 h do momentu wyjścia z lasu. Z prawej skalne ściany doliny opadającej do TURISTIC COMPLEX - Borsza. Widać grań gór Rodniańskich. Przypominają Tatry Zachodnie, tyle że w trochę większej skali. Szlaki turystyczne są w nich trochę dziwnie znakowane - trójkąty z kolorowym środkiem, niestety już słabo widoczne. Dalej idziemy w lewe rozwidlenie doliny pod dużą granią, którą uważamy za grań Ineula. Okazuje się, że idziemy po niebieskim szlaku (tym razem świeżo znakowanym), droga biegnie wśród kosówki i dużej ilości strumyczków. Niestety wody z nich nie da się pić bezpośrednio ze względu na owce pasące się powyżej.
Stwierdzamy, że grań pod którą się znajdujemy jest jeszcze kawałek od Ineula. Wchodząc wyżej stwierdziliśmy, że granią biegnie całkiem nowy czerwony szlak, który podąża prawdopodobnie na Ineul, a sama góra jest dość blisko (na oko 2 h drogi w jedną stronę). Postanowiliśmy więc, że następnego dnia podzielimy się na grupy i w dwóch turach zdobędziemy szczyt.

10.08.1994 Wstajemy rano i wyruszamy na Ineul (2280). Podążamy za czerwonym szlakiem, który jak się okazało prowadzi do naszego celu. Szybko okazuje się jednak, że droga nie jest aż tak krótka, jak nam się wydawało poprzedniego dnia. W prawdzie w linii prostej nie jest to daleko, ale trzeba iść granią, która jest w kształcie litery "Z". Na grani znajduje się 7 dość znacznych niemożliwych do trawersowania górek. Szybkim tempem droga w jedną stronę zajmuje nam prawie 4 h.


Widok z Ineula, fot. Piotrek Dobkowski

11.08.1994 O 10.00 druga grupa wyrusza na Ineul. Wrócą po 19.00. Obok obozu przechodzi miejscowy turysta rumuński. Nawiązuje się rozmowa (o dziwo po angielsku). Dowiadujemy się wielu ciekawych rzeczy np., że aby dostać paszport w Rumunii trzeba zapłacić 200$, co dla większości normalnych ludzi jest sumą abstrakcyjną. Po raz pierwszy widzimy rumuńskie mapy turystyczne z zaznaczonymi szlakami. Wyglądają jak szkic - kreskami oznaczone główne granie, o poziomicach i czymś bardziej dokładnym nie ma mowy. Jedynym pożytkiem z takich map może być zorientowanie się jak biegną szlaki, chociaż miejscowym turystom udaje się jakoś z nimi chodzić.
Po pewnym czasie zaczęło zdrowo wiać, wiatr wyrwał 2 śledzie w moim namiocie. Po chwili juz wszystkie śledzie były wyciągnięte. Stwierdziliśmy, że nie ma co stawiać namiotu co zresztą i tak byłoby niemożliwe. Przywaliliśmy więc tropik plecakami i przeprowadziliśmy oględziny pozostałych namiotów. Okazało się, że w klubowym Marabucie (namiot typu iglo - całkowity brak odporności na silny wiatr) złamała się rurka. Jedynym wyjściem było złożenie wszystkich namiotów.

12.08.1994 Rano szlakiem (czerwonym) idziemy w kierunku Pietrosa. Pierwszy szczyt trzeba zdobyć. Następny obchodzimy prawym trawersem. Po obejściu na przełęczy łapie nas krótka burza z gradem. Szybko się wypogadza i ruszamy dalej. Teraz lewy trawers i mijamy trzeci już szczyt. W dali widać potężny masyw Pietrosa. Wchodzimy na najniższą przełęcz przez którą zaczynają przewalać się chmury. Mgła jest tak gęsta, że schodzimy w lewo (na południe), ostro w dół. Znajdujemy dobre miejsce z suchą kosówką i źródełkiem. Pasterze pędzą obok naszych namiotów olbrzymie stada owiec.


Góry Rodniańskie, fot. Piotr Dobkowski

13.08.1994 Budzimy się z zamiarem ataku na Pietrosa, ale wobec całkowitego zachmurzenia wydaje się to niemożliwe. Obserwujemy jak z małych obłoczków wznoszących się ze zboczy tworzą się duże fronty chmur deszczowych. Decydujemy się zejść po aprowizację do Borszy, którą widać daleko w dolinie. Po dojściu na przełęcz idziemy najpierw wprost w dół, potem koło chaty pasterzy, dochodzimy do granicy lasu. Nad strumieniem biegnie pasterska ścieżka, która przeradza się w drogę jezdną (gdzieniegdzie da się znaleźć miejsca na nocleg). Idąc dalej napotykamy domek drwali. Obok są 4 żródełka obłożone kamieniami porośniętymi wielokolorowym mchem. Wygląda to bardzo fajnie. Dojście do pierwszych zabudowań zajmuje nam w sumie ok. 3 h, na dojście do drogi potrzeba jeszcze ok. 0.5 h. We wsi wszyscy masowo się budują (ogromne domy), widzimy sporo zachodnich samochodów - wydaje się to tym dziwniejsze, iż jak nam powiedział w obozie Rumun, tu się zarabia max. 100 USD miesięcznie. Dojście do miasta zajęło nam kolejne 1 h 15 min.
Borsza wygląda obskurnie, sklepy nie otrząsnęły się jeszcze z komunizmu, podobne jest to do okresu Gierkowskiego- towar jest, ale wygląda fatalnie. W miasteczku jest szpital, piekarnia ze świeżym pieczywem, duży sklep, apteka, sklepiki z warzywami (w zasadzie da się kupić tylko śliwki, arbuzy i czosnek (podstawowy towar przeciwko wampirom, choć to nie ten region)), oraz wiele małych budek z badziewiem. Da się kupić baterie, mleko w proszku, jakieś kaszki (trzeba je gotować), kawę, czekolady, pepsi, snikers'y i wiele innych rzeczy ZA WYJĄTKIEM HERBATY (Rumuni jej w ogóle nie piją). Dolary wymienia się w budce z napisem "NON STOP"
W górę wyruszamy o 18.00 (chyba z 1.5 h czekaliśmy na chleb w piekarni, ale zostaliśmy dobrze potraktowani - zaprosili nas na zaplecze i dali cały kontenerek świeżego chleba). Do obozu docieramy ok. 23.00. Po drodze mieliśmy jednak nieciekawą przygodę. W nocy przechodziliśmy koło obozu pasterzy, którym zaczęło się denerwować bydło, co wywołało także zdenerwowanie pastuchów. Wyszli żeby zobaczyć co się dzieje i wtedy dostali naszymi silnymi latarkami po oczach, co jeszcze zwiększyło ich zdenerwowanie. Napięcie udało się rozładować mówiąc, że idziemy w góry i oświetlając siebie latarkami (UWAGA! nie należy dopuszczać do takich sytuacji).

14.08.1994 Niedziela. Od rana pada, nie ma sensu w ogóle ruszać w góry. Obijamy się w namiotach, aż do czasu gdy słychać uderzenia kamieni w namioty. Wychodzimy z namiotu i zauważamy brak kociołka, menażki Żaby, kawy, serwetki i kilku innych śmieci. Widzimy pięciu wyrostków zaczepiających nas, najwyraźniej są podpici. Ubrani w raczej odświętne stroje, choć wątpliwe aby tu przyszli ze wsi. Nie mają odwagi nas zaczepić z bliska (w szczególności Leszka, który pokazał im swój olbrzymi nóż, gdy chcieli wejść do jego namiotu). Wchodzą więc na górę i zaczynają staczać w naszym kierunku małe głazy, które w przypadku kontaktu z człowiekiem spowodowałyby najprawdopodobniej śmierć. Na całe szczęście ukształtowanie terenu zatrzymuje je w pewnej odległości od namiotów.
Czekamy aż tubylcom się znudzi i sobie pójdą. Aby nie ryzykować nocnych odwiedzin zwijamy się i wyruszamy w drogę. Wchodzimy na grań i czerwonym szlakiem obchodzimy szczyt. Po ok. 1.5 h dochodzimy do przełęczy, gdzie nocujemy na małym wypłaszczeniu (niestety bez wody).

15.08.1994 Zbieramy się i idziemy czerwonym szlakiem w kierunku Pietrosa. Po drodze spotykamy rumuńskie małżeństwo z dzieckiem. O dziwo oni także mówią po angielsku. Ruszamy w trawers szczytu. Niestety wkrótce zaczyna ostro padać i widoczność spada prawie do zera, wiec decydujemy się na totalny odwrót. Schodzimy prosto w dół do Borszy. Idąc przechodzimy przez ogromne stado owiec i dochodzimy do doliny, którą szliśmy do Borszy dwa dni wcześniej. Nocujemy przy domu ze źródełkami.


Góry Rodniańskie, fot. Piotr Dobkowski

16.08.1994 Ruszamy do Borszy. Idziemy doliną aż do drogi, gdzie udaje nam się złapać ciężarówkę przerobioną na autobus, która podwozi nas na dworzec (ok. 6 km), płacimy 600 lei za 8 osobową grupę. Na dworcu okazuje się, że pociąg właśnie odjechał (ok. 15.20). Próbujemy złapać stopa oraz wymienić dolary. W większości sklepów są młode dziewczyny, które podchodzą do naszych propozycji oficjalnie - nie wolno. Nie poddajemy się jednak i w jednym ze sklepów trafiamy na człowieka, który wymienia bez problemu (oczywiście po gorszym kursie niż w banku). Po bardzo długim staniu trafia się samochód, który oferuje nam przejazd za 1 USD od osoby.

17.08.1994 Rano o 5.00 jedziemy pociągiem do Cluj. Zwiedzamy miasto. Muzeum etnograficzne, ładną cerkiew i katedrę gotycką.
W mieście można kupić prawie wszystko (oczywiście za wyjątkiem herbaty). Dostępne są konserwy mięsne, których wcześniej nie widzieliśmy.
Największa niespodzianka czeka na nas wieczorem. O 9.00 próbujemy kupić bilety na ekspres "Korona" Brasov - Cluj - Budapest. Niestety dowiadujemy się, że sprzedają dopiero na godzinę przed odjazdem. Taki system. Oczywiście w wyznaczonym terminie nie ma szans na kupienie biletu, przecież pociąg już jedzie kilka godzin. Udaje się nam jednak wcisnąć do pociągu po dogadaniu się z kanarem, który ma tu podobno swój oddzielny cennik. Z Cluj do granicy płacimy 5000 lei od łba i jedziemy na korytarzu w wielkim tłoku. Znacznie rozsądniej jest pojechać normalnym pociągiem do pierwszego miasta nad granicą, w którym większość pasażerów pociągu "Korona" wysiada i robi on się tam całkiem luźny. A przy okazji płaci się normalną cenę biletu.


DOB
Jeszcze ja (tzn. Żaba) wstawię kilka uwag związanych z organizacją wyjazdu.

Więcej uwag na razie nie przychodzi mi do głowy. Jeżeli sobie coś istotnegoprzypomnę, to dopiszę. Jeżeli ktoś ma jakieś pytania szczegółowe, to zawsze można do mnie napisać.

Wojtek Chemijewski "Żaba" W.Chemijewski@pap.waw.pl