Wspomnienia z wyjazdu do Rumunii

Adam Czyżewski

sierpień 1995


Możesz ściągnąć ten tekst jako spakowany plik postscriptowy (35 kB).


Dzień pierwszy O piątej rano przyjeżdżamy do Przemyśla, skąd mamy odjechać autobusem do Suceavy (Suczawy). Mamy zamówione 17 biletów - tyle ilu jest uczestników obozu. Dowiadujemy się jednak w kasie, że mamy rezerwację tylko 15 miejsc i żeby te dwa pozostałe załatwić u kierowcy (kasa sprzedaży nie prowadzi). Lecimy więc do zajezdni, szukając kierowcy. Na szczęście facet jest w porządku i obiecuje nas zabrać w całości, podkreślając że najpierw bierze Polaków a dopiero potem inne nacje, których w Pzemyślu nie brakuje. Dodatkowo musimy wykupić vouchery na przejazd przez Ukrainę po 3 zł sztuka oraz sami je wypełnić. Pani się nie podoba jednak, że nie jest to zrobione na maszynie (dostępnej oczywiście w każdej poczekalni autobusowej) ale z braku czasu opieczętowuje je takimi, jakie są. I tak ich potem nikt nie sprawdził. Około 8 rano wyruszamy autobusem marki ,,Jelcz". Na granicy polsko - ukraińskiej schodzi nam dosyć szybko i po godzinie stania w kolejce i załatwiania formalności jedziemy dalej. Aż do granicy ukrainsko - rumuńskiej nie dzieje sie nic wielce fascynującego poza możliwością oglądania krajobrazów i kilkoma postojami które kierowcy skracają jak mogą. Tak wiec około godziny 19.00 dojeżdżamy do granicy. U Ukraińców spędzamy jakąś godzinę. Natomiast w pasie ziemi niczyjej czekamy jakieś dwie godziny na wjazd do Rumunii. W sumie trzy godziny stania. Co gorsza o 21.00 jesteśmy umówieni w Suczawie z prezesem Polakow w Rumunii, u którego mamy wymienić pieniadze. Z powodu opóźnień na granicy jesteśmy w Suczawie o 23.00. Prezesa rzecz jasna nie ma. My prawie w ogóle nie mamy lei, a pociąg, którym mamy jechać do Ploesti na południu jest za półtorej godziny z dworca w drugiej części miasta. Rzecz ciekawa: za czasów Austro - Węgier Suczawa była miastem granicznym, co tłumaczy taką mnogość stacji kolejowych w tak niewielkim miasteczku. Wysupławszy resztę lei dzwonimy do ,,naszego" prezesa, który jest na tyle miły iż nie zważając na późną porę przyjeżdża do nas na dworzec. Teraz problemem jest już tylko zdążyć na pociąg co po długim, szybkim marszu udaje nam się nieomal w ostatniej chwili. Jest to nasz pierwszy kontakt z Rumunią i, mówiąc szczerze, nie wypada on pomyślnie. Pociąg jest brudny i śmierdzący. Tak to pierwszy dzień przerodził się w pierwszą noc spędzoną w pociągu (w sumie 4 godziny).

Dzień drugi O piątej rano przyjeżdżamy do Ploiesti (Ploeszti), gdzie mamy się spotkać z dwoma znajomymi Rumunami, którzy ewentualnie mieli iść z nami w góry. Okazuje się jednak, że dwa dni temu dostali wizy austriackie (rzecz rzadka w Rumunii) i od wczoraj są już w Wiedniu. Nieważne. Przy pomocy autobusu przemieszczamy się na drugi dworzec kolejowy, skąd (dzięki temu, że pociąg się spóźnił zdążamy na niego) jedziemy do Sinaii - górskiego kurortu, prawie jak nasze Zakopane 15 lat temu, skąd można wyruszyć w Bucegi - coś w rodzaju naszych Tatr Wysokich. W autobusie do Suczawy spotkaliśmy jednak grupę turystów, którzy odradzali nam start z tej miejscowości, jako turystycznie nieciekawy. Robimy więc zakupy. Kupić można praktycznie wszystko, tylko że bez żadnej możliwosci wyboru. Ceny takie jak w Polsce. Następnie zwiedzamy miasto. Z obiektów godnych polecenia w Sinai są: monastyr (ładny, ale zniszczony) oraz bardzo ładny pałacyk, letnia siedziba ,,Geniusza Karpat" N. Ceausescu. Po południu jedziemy dwie stacje za Sinaię do stacji Busteni, skąd postanawiamy wyruszyć w góry. Po jakiejś godzinie marszu idąc doliną rzeczki, mając po bokach namiotowiska znaleźlismy się obok schroniska Gura Dihamului. Postanawiamy jednak poszukać bardziej cichego i odludnego miejsca na nocleg. Idziemy więc w górę stumyka i po 15 minutach znajdujemy uroczą polankę, na której rozbijamy namioty. Robimy papu i po 36 godzinach podróży od wyjazdu z Warszawy i całym dniu zwiedzania o 22.00 wszyscy wreszcie kładziemy się spać. Tak zaczęła się druga pamiętna noc w Rumunii, a pierwsza w górach.


Zamek w Sinai

Pamiętna noc. Dzień drugi/trzeci. Dokładnie o północy obudził nas glos kolegi z sąsiedniego namiotu: ,,Słuchajcie, ktoś lub coś rozwalilo nam namiot. Nie ma dwóch plecaków" Rzeczywiście, tylna ściana namiotu była rozcięta, a przedni słupek złamany. Rozeszliśmy się w poszukiwaniu śladów i po chwili znaleźliśmy jeden z plecaków z dziurą z tyłu wielkości dłoni oraz w strumyku stelaż od drugiego. Zwierz, czy Rumuni? Bardziej wmawiając w siebie postawiliśmy na Rumunów. Zadecydowaliśmy, że dalsze poszukiwania będziemy kontynuować rano. Wystawiliśmy pierwszą trzyosobową wartę, rozpaliliśmy ognisko i poszlismy spać (oprócz warty rzecz jasna). Długo nie spaliśmy. Po 30 minutach ponownie obudziły nas krzyki. ,,Jest, jest", uderzenia łyżek w menażki, oraz niezapomniany i polecany na przyszłość w takich wypadkach staropolski okrzyk jednego ze wartowników ,,Won niedźwiedziu, wooon". Wszystkie te środki na szczęście zadziałały i misiu odszedł. Mając jednak pewność co do źródła zniszczeń podwoiliśmy warty i rozpaliliśmy dodatkowe ognisko. Wyprawy po drewno przypominały ekspedycje wojenne, gdyż dwie osoby szły do lasu z dwoma ochroniarzami ,,uzbrojonymi" w siekierę i latarki. Tak dotrwaliśmy do rana. Rano jakieś 20 metrów od obozu znaleźliśmy drugi plecak, podarty i opróżniony z jedzenia. Bestia zeżarla nam chleb, ser i dwie konserwy mięsne po wcześniejszym rozdarciu puszki. Na szczęście dokumenty i pieniądze misia nie interesowały. Rozdarty plecak (kilka pionowyh cięć - ślady po pazurach) udało się spiąć agrafkami, namiot niestety do użytku się nie nadawal.

Dzień trzeci Rano niewyspani pakujemy się i ruszamy w drogę. Przeżycia z misiem sa zbyt na swieżo i praktycznie nikt ich nie komentuje. Dopiero po kilku dniach jesteśmy w stanie żartowac z tego spotkania i analizować swoje zachowanie tej nocy. Na przykład, skąd on wiedział, że plecaki z jedzeniem znajdują się w nogach i za głową w chińskiej dwójce, i dlaczego najpierw przyszedł po jeden, a później po drugi i dlaczego nie przeszedł na skróty przez środek namiotu. To zostanie słodką tajemnicą starego wyjadacza. My tymczasem zaczęliśmy wspinać się na Omu, najwyższy szczyt w Bucegach 2507m npm. Po jakichś dwustu metrach podejścia zaczęło padać. Nie zwracajac jednak na to większej uwagi byliśmy zdecydowani na dotarcie na szczyt i nocleg w tamtejszej Cabanie. W Rumunii można wyróżnić dwa rodzaje miejsc noclegowych w górach: Cabany, które są odpowiednikami naszych schronisk (ale o znacznie niższym standarcie), oraz Refugiule - małe baraczki 10-15 m^2 z pleksi lub murowane gdzie mało wybredni turyści (inni nie mają czego szukać w Rumunii, przynajmniej jak na razie) mogą spędzić noc. W Bucegach i w Fagarasie takie budki stoją co 5-7 godzin marszu. Cabany są w odległościach co najmniej 10 godzin marszu. Pierwsza Cabana na szlaku jest Cab. Poiana Izvoarelor. Robimy tam postój, gdyż zaczyna padać deszcz. Cabana jest pierwszej kategorii (ale tylko z nazwy). Obsługa też pozostawia wiele do życzenia. Po pół godzinie idziemy dalej. Około godziny 16.00 rozpadało się na dobre, a spotkany Rumun zasugerował nam, aby szczyt zdobyć dnia następnego. Stanęliśmy więc na rozstajnych drogach z dylematem: iść na szczyt, czy zejść kawałek do Cabany w dolinie. Tym razem rozsądek wziął górę. Wejście na szczyt przełożyliśmy na dzień następny. Zeszliśmy do schroniska Malaesti położonego w pięknej dolince, nawet deszcz przestał padać. Na nasze pytanie czy możemy się rozbić w dolince szef Cabany stwierdził, że możemy się rozbić gdzie chcemy. Do wieczora obok naszego obozu wyrosło spore namiotowisko turystów rumuńskich. Bardzo sympatyczni ludzie w dużej części mówiący po angielsku i nie mający nic wspólnego z Rumunami żebrzącymi na ulicach Warszawy. Wieczorem wyszło z ziemianki trzech pastuchów owiec i po angielsku zaczęli oferować nam ser do sprzedaży. Cena na pewno była wygórowana, ale opłacało się: ser byl pyszny.

Dzień czwarty Wreszcie pierwsza cała noc spędzona bez niespodzianek. Zwijamy obóz, garby na plecy i wyruszamy. Pogoda niezła, choć jest mgliście. Droga na Omu śliczna, i bardzo dobrze oznakowana. Po trzech godzinach jesteśmy na szczycie. Cabana oraz znajdująca się obok stacja meteorologiczna są wbudowane w skały tworząc jedną całość. Można tu kupić herbatę i coś na ząb, ale wody do butelki dostać nie można. Po chwili już wiemy dlaczego. Wodę przywozi się tu na osiołkach. Po krótkim odpoczynku i drugim śniadaniu kierujemy się w stronę miejscowości Bran, która leży u stóp Bucegów po ich drugiej stronie. Początkowo droga prowadzi po płaskowyżu (około 2200 - 2300 m npm). Niesamowite zwłaszcza są olbrzymie, wielkości może połowy boiska sportowego płaskie pastwiska zakończone pionowymi przepaściami. Szlak generalnie omija miejsca niebezpieczne aż do czasu kiedy każe nam zacząć schodzić w doliny. W dół prowadzi kilka scieżek i ciężko czasami wyczuć która jest szlakiem. Szliśmy i tak tyralierą gdyż prawie każdy krok powodował lawinę kamieni. Po zejściu do doliny otoczonej lasem postanowiliśmy poszukać miejsca na obóz. Jednakże po bezskutecznych próbach znalezienia wody poszliśmy dalej. Nasza dolinka okazała się tylko jedną z wielu dolinek ,,zawieszonych" jedna nad drugą. Cały czas w czasie naszego schodzenia towarzyszył nam pies, który przypałętał się na Omu. (Nastepnego dnia prawdopodobnie z inną grupą wrócił z powrotem). Z powodu braku wody zeszliśmy aż do podnóża góry. Według mapy (zabranej z Warszawy, tam nie ma praktycznie szans na ich dostanie) powinna być tam Cabana. Była i owszem, ale w remoncie, pilnowana przez jednego dziadka wymieniającego również dach. Po negocjacjach zgodził się na to byśmy przenocowali w pomieszczeniu jednocześnie sugerujac nam aby się dowiedzieć w siedzibie Salvamontu (odpowiednik naszego GOPR-u), który według zapewnień znajdował się 200 m od schroniska, czy nie moglibyśmy tam przenocować. Kierownik naszej grupy poszedł za radą dziadka do Salvamontu, podczas gdy my czekaliśmy na resztę naszej grupy, która w czasie schodzenia nieźle się rozciągnęła. Na horyzoncie pojawiła się kolejna osoba naszej grupy i widząc nas siedzących przy schronisku zaczęła biec drogą w naszą stronę. Wszyscy od razu zaczęli go dopingowac. Chłopak wbiegł na polanę, potknął się i usłyszeliśmy już tylko suchy trzask łamanej nogi. Pobiegłem galopem do Salvamontu, gdzie znalazłem również naszego szefa. Niestety okazało się, że Salvamont działa tylko w zimie a obecnie przebywa tam jakiś obóz religijny (których jest dużo w Rumunii). Po krótkich wyjaśnieniach obiecali pomóc. Na szczęście mieli samochód typu combi. Stwierdzili tylko że musimy znieść im kolegę, gdyż oni nie będą w stanie swoimi samochodami dojechać do schroniska (co było prawdą, a nie ich zlośliwoscia). Wrociliśmy więc do miejsca wypadku, gdzie kolega leżal już z usztywnioną noga naszprycowany środkami przeciwbólowymi. Nie zważając na protesy (dość słabe) dziadka ułożylismy ,,ofiarę" na drzwiach, przywiązaliśmy go i w takt piosenki ,,Na drzwiach poniesli..." znieślismy go do obozu Rumunów. Do szpitala pojechał również nasz szef. Wrócil około północy z informacją że Włodek jest już w drodze do Warszawy. Rumuni zawieźli ich do szpitala w Brasowie. Tam wsadzono go w gips, a następnie w pociag ,,Karpaty" do Warszawy, ktory szczęśliwie w Brasowie się zatrzymuje. Rumuni na droge kupili mu różnych łakoci, a na dworcu wjechali samochodem na peron co pozwoliło ograniczyć przenoszenie chorego na dłuższym dystansie. Następnego dnia gdy przechodząc obok Salvamontu poszliśmy im jeszcze raz podziękować za pomoc w odpowiedzi usłyszeliśmy ,,just Romanian people". Tak więc z 17 osób wyjeżdżających z Warszawy zostało nas 14, gdyż dwie osoby odłączyły się już pierwszego dnia. Noc spędziliśmy w Cabanie.


Cabana Omu i kilka widoczków z Bucegów

Dzień piąty Rano podzieliliśmy się rzeczami kolegi i udaliśmy się do Branu, gdzie podobno mieszkał Vlad Tepes, bardziej znany jako Dracula. Rzeczywiście znajdował się tam zamek z którego Rumuni zrobili atrakcję turystyczną. Wszędzie było mnóstwo autokarów z rejestracjami z całej Europy, mnóstwo budek sprzedających pamiątki, a bilety były dość drogie. Jest to również jedyne miejsce w Rumunii, gdzie można kupić widokówkę ostrą i nieporuszoną. Ceny oczywiście pod turystów, czyli takie jak w Polsce. Warto jednak było zwiedzić to miejsce, gdyż oprócz dość ciekawego zamku znajduje się tam również skansen ze starymi budowlami z całej Rumunii. Dla zainteresowanych podaję: od tyłu zamku można wejść za darmo. Z Branu postanowiliśmy autobusem udać się do Brasowa. Jest to środek transportu nie polecany w Rumunii, tak wiec pomny rad uczestników wypraw do Rumunii z lat poprzednich postanowilem szczegółowo dowiedzieć się o godziny odjazdów. W tym celu udałem się na przystanek, gdzie na dużej tablicy było napisane "Brasov" i podane godziny odajzdów. Udając głupa spytałem się osób stojących na przystanku o godziny odjazdów. Jeden z oczekujących machnął ręka na podany rozkład jazdy, twierdząc że jest on do niczego. Najbliższy autobus powinien być za pięć minut, a następny gdzieś za godzinę, ale pewności nie ma. Jazda do Brasowa zajęła nam niecałą godzinę. Znalezliśmy się tam w porze obiadowej, więc postanowiliśmy zrobić kanapki. Rozłożyliśmy się na trawniku przy parku. Po chwili pojawiło się trzech mundurowych, którzy bardzo szybko zaczęli przeprowadzać rozpoznanie wśród miejscowych co my za jedni. Nie uzyskawszy należytych informacji wydelegowali jednego na rozmowy z nami. Szczerze trzeba przyznać, że rozmowa się nie kleiła. W końcu aby uratować autorytet rumuńskiej policji stwierdził że jak skończymy to mamy po sobie posprzątać, co było o tyle dziwne, ze dookoła było pełno śmieci i nikt nie palił się aby to posprzątać. Uzyskawszy zapewnienie posprzatania poszedł sobie. Po posiłku poszliśmy zwiedzać miasto. Trzeba przyznać, że generalnie jest ładne i dość czyste. W Brasowie znajduje się również jeden z największych kosciołów protestanckich w Europie zwany ,,Czarnym" na pamiątkę pożaru, który wypalił całe wnętrze, osmalając jedynie ściany. Wieczorem uczestniczylismy w koncercie organowym w w/w kościele. Po koncercie postanowiliśmy zjeść coś w knajpie rumuńskiej. Znaleźliśmy ją - typowa demoludowa. Poprzedniego dnia zgubiłem łyżkę. Jakiekolwiek próby kupna łyżki w sobotę spełzły na niczym. Zostały już tylko możliwości w knajpach. W pierwszej, do której wszedłem zaoferowano mi łyżkę za 5000 lei t.zn. 2,5$. Odmówiłem. W knajpie, gdzie jedliśmy kolację kupiłem ją za 1500 lei t.zn. 0.75$. Obiadokolacja była taka sobie. Polecana zupa okazała się flakami z grubą warstwą tłuszczu na wierzchu. Obrzydlistwo. Drugie danie znacznie lepsze. W zależności od gustów: frytki z mięsem lub z panierowanym płatem żóltego sera. Ceny niższe niż w polskich knajpach, ale i jedzenie jak i obsługa gorsze. Nocować zamierzamy na polu namiotowym pod miastem. Na obrzeża miasta wyjeżdżamy miejskim autobusem a następnie idziemy wzdłuż wylotowej szosy w poszukiwaniu miejsca noclegowego. Po pół godzinie szukania po ciemku mamy dość. Rozbijamy się jakieś 50 m od szosy. Z drugiej strony mamy brudną rzeczkę i nasyp kolejowy. Z powodu bliskosci szosy postanawiamy wystawić wachty na noc. Każdy przez godzinę. Na szczęście jednak nic się nie dzieje i tak śpimy do rana dnia następnego.


Zamek w Branie

Dzień szósty Niedziela. Postanawiamy iść do kościoła na mszę po węgiersku. Wracamy więc do centrum miasta. Msza okazuje się bardziej niezrozumiała niż mogliśmy przypuszczać. Większość z nas podbudowuje morale księdza przesypiając na ławce całe kazanie. Po mszy zostawiamy rzeczy Włodka w przechowalni bagażu na dworcu, wymieniając podarty przez misia namiot na namiot Włodka i jedziemy pociągiem do stacji Zarnesti (około godziny jazdy od Brasowa). W Zarnesti spotykamy dwóch kolegów, którzy odłączyli się od nas pierwszego dnia. Stąd wynajętą okazją (rzecz dość prosta w Rumunii, a ilość przewożonych osób w samochodzie nie stanowi problemu) jedziemy do Cabany Plaiul Foii - kolejnego namiotowiska gdzie zjeżdżają Rumuni całymi rodzinami. Stąd zamierzamy zaliczyć majestatyczną górę: Piatra Caraiului (Skała Królewska) z najwyższym wierzchołkiem La Om. 1500 metrów podejścia w pionie w tym połowa w skale. Ale to dopiero dnia następnego. Resztę dzisiejszego dnia zużywamy na odpoczynek, porządne wymycie się i pranie. Tam też spędzamy noc.

Dzień siódmy Kilka osób rezygnuje z przejścia przez Piatrę i wracają samochodem do Zarnesti. Stamtąd jadą drugim samochodem na drugą stronę Piatry, gdzie maja czekać na nas w Cabanie Curmatura. My zaś ruszamy w górę. Droga od razu zaczyna piąć się ostro w górę. Na razie przez las. Po drodze mijamy źródło z wodą. Napełniamy butelki - to ostatnie miejsce gdzie można nabrać wody. Każdy z nas nosi co najmniej po dwa litry. Niewielu turystów decyduje się na drogę na sam szczyt. Po podejściu jakichś 600 metrów w pionie zaczynają się skały. Na początek podejście żlebem. Potem pionowo w górę. Co jakiś czas pojawiają się łańcuchy, lub metalowe pręty. Umieszczone są one w sposób czasami losowy i zazwyczaj kończą się o metr wcześniej niżby zdrowy rozsądek nakazywał. Uciążliwe jest to zwłaszcza dla nas gdyż taszczymy ze sobą plecaki. Niewyobrażalne jest tam zejście z plecakami, zwłaszcza w brzydką pogodę. Po kilku godzinach wspinaczki wychodzimy na grań.

Widok z góry kompensuje nam wszelki trud włożony w wejście na górę. Widoki są cudowne. W oddali widać pasmo Bucegów, które przeszliśmy w poprzednich dniach. Wyrasta ono dość gwałtownie z kratownicy pól, bez charakterystycznych pagórków poprzedzających wysokie góry, tak jak jest to na przykład w Tatrach. Robimy drugie śniadanie. Wciąż bazujemy na konserwach przywiezionych z Polski. Po odpoczynku idziemy dalej. Szlak prowadzi granią. Pogoda na szczęście ładna. Szczególnie niebezpieczna byłaby burza, ponieważ praktycznie nie ma możliwości zejścia gdzieś niżej. Po czterech godzinach takiego marszu dochodzimy do Refugiula w kształcie połowy piłki futbolowej. W środku na metalowej pryczy stoi wódka w kartoniku (taki sobie rumuński wymysł sprzedaży alkoholu, tak jak u nas sprzedaje się soczki). Wypiliśmy za zdrowie tych, co na szlaku. Były już późne godziny popołudniowe i zaczęliśmy rozważać możliwość spania w tej budce. Jednak chęć zejścia do Cabany widocznej w dole zwyciężyła. Pierwszy i ostatni raz w Rumunii przeszliśmy trasę w czasie podanym na tabliczkach. Generalnie czasy te są wielce zaniżone. W Cabanie spotkaliśmy się z pozostałą częścią naszej grupy. Mając wiele czasu zawarli znajomość z innymi turystami: z Węgier, którzy po polsku recytowali ,,Polak, Węgier dwa bratanki" oraz z Rumunami, którzy zaprosili nas na ognisko. Byliśmy jednak zbyt zmęczeni i z zaproszenia nie skorzystaliśmy. Rozstawiliśmy namioty na polanie otoczonej lasem, który spełnial rolę wysypiska śmieci oraz ubikacji, co sprawiało bardzo niemiłe wrażenie. Generalnie poziom kultury i zaplecza w Rumunii jest raczej niski. Podczas gdy my zbieraliśmy chrust na ognisko, oni nie przejmując się niczym i nikim poszli wyciąć drzewo w lesie. Zrobliśmy kolację i poszlismy spać, obiecując sobie następny dzień luźniejszy, tym bardziej że należało zrobić zakupy na najbliższy tydzien.


Droga na Piatrę i refugiul na Piatrze

Dzień ósmy Rano jemy śniadanie, ale na herbatę (polecaną przez wszystkich) idziemy do Cabany. Jest to jakaś herbata ziołowa. Rzeczywiście dobra, choć trochę lurowata. Z Cabany schodzimy w stronę Zarnesti. Początkowo droga wiedzie dosyć łagodnie, potem dość ostro w dół. Schodzi się do drogi prowadzącej przez cudowny wąwóz Prapasiile Zarnestilor - raj dla oczu i dla skałkowców. Ostatnio był pokazywany w TV w programie ,,Najpiękniejsze zakątki Europy". Rzeczywiście zasługuje on na to miano. Idąc dalej drogą po wyjściu z wąwozu po dwóch godzinach dochodzimy do Zarnesti. Tam rozłożyliśmy się na trawniku wzbudzjąc ciekawość miejscowych dzieci i część z nas poszła robić zakupy na najbliższy tydzień pobytu w Fagarasie. Polecam rumuński żółty ser. A poza tym to prawie wszystko jest tam produkcji zagranicznej: serki topione węgierskie lub holenderskie, konserwy tak samo. Dużo jest słodyczy tureckich, ale można też spotkać produkty polskie. Ceny jak w Polsce. Rumuni mają niezłe pieczywo dość długo zachowujące świeżość. Po zrobieniu zakupów obok naszych plecaków wyrosła druga góra pakunków. Każdy na razie wziął co mógł, na chleb kupiliśmy wielki worek (jak na cebulę lub ogórki) i poszliśmy szukać okazji. Okazało się, że wystarczy machnąć na pierwszą furgonetkę aby móc jechać gdzie się chce. Załadowaliśmy się do środka i pojechaliśmy do Cabany Plaiul Foi, tam gdzie byliśmy dnia poprzedniego. Jednak po zajechaniu na miejsce poszliśmy w drugą stronę niż poprzednio - w stronę Fagarasu. Tego dnia ograniczyliśmy się już tylko do znalezienia miejsca na nocleg. Podzieliliśmy się zakupioną żywnościa, oraz kupilismy u miejscowych pastuchow mleko. Z miejsca naszego postoju mieliśmy piękny widok na Piatrę Caraiului wygladającą malowniczo w świetle zachodzącego słońca. Pod wieczór pogoda zaczęła się psuć. Zaczęło padać. Piatrę w ciągu pięciu minut ogarnęła czarna chmura, na górze widoczność musiała spaść do zera. Nie zazdrościliśmy tym, którzy nie zdążyli zejść wcześniej z góry chociaż do linii lasu. Po godzinie jednak przestało padać i na niebie pojawiła się olbrzymia tęcza. Poszliśmy spać.


Widok na Piatrę i wąwóz

Dzień dziewiąty Wstajemy dosyć rano. Na dzień dzisiejszy mamy ambitny plan. Pogoda dość dobra do marszu. Zwijamy namioty. Podczas tego procesu zobaczyliśmy stado krów idące dokładnie na nasz obóz, poganiane od tyłu przez pastuchów nie robiących sobie nic z naszego namiotowiska. Na szczęscie po wprawie z przegonieniem niedźwiedzia stado krów nie stanowi dla nas najmniejszego problemu. Po śniadaniu ruszamy czerwonym szlakiem. Szlaki w Rumunii są tylko w trzech kolorach odpowiadających barwom narodowym: czerwonym, żółtym i niebieskim, natomiast kształty tych szlaków mogą być różnorodne: kółka, trójkąty, paski, krzyżyki... Po prawie trzech godzinach marszu drogą wiodąca wzdłuż strumyka Birsa Grosetului żywcem wzietą z Beskidu Niskiego dochodzimy do rozwidlenia dróg w Rudaritie, przy którym znajdowała się kolejna misja religijna, chrześcijańska, prowadzona przez jakiegoś guru w białej sukni. Zgodzili się zrobić nam herbaty, ale generalnie prosili by im nie przeszkadzać. Nie narzucaliśmy się i po krótkim odpoczynku poszliśmy dalej. Nie uszliśmy jednak daleko, gdy zorientowaliśmy się, że idziemy złą drogą. Było to bodaj pierwsze miejsce tak źle oznakowane w Rumunii. Właściwa droga zaczęła ostro piąć się w góre. Prowadziła przez las. Wraz z wysokością pogoda zaczęła się psuć. Zaczęło padać. Postanowiliśmy się rozbić, ale nie było gdzie, wszelkie polany były nieprzydatne, albo my nie byliśmy wystarczająco zdeterminowani. Zaczynało jednak lać solidnie, widoczność spadała, a droga przestawała być oczywista. Znalezienie schronienia stawało się sprawą palącą. Wreszcie znaleźliśmy - chata pasterska na wierzchołku góry Vacaria Mare (1729). Pusta, ale widać było, że ktoś tam przebywa. Dwie izby, klepisko, częściowo pokryte drewnaianymi belkami, dziurawe ściany i dach. Nam wystarczyło. Po jakiejś godzinie do chatki dobiło trzech turystów rumuńskich mijanych po drodze. Postanowili zająć drugą izbę, tam też urządziliśmy kuchnię (palenisko na środku pokoju). Podczas gotowania czegokolwiek w tej izbie robiło się piekło. Praktycznie nie było czym oddychać. Do złej wentylacji dochodziło palenie wilgotnym drewnem. Rumuni okazali się w porządku, pomimo iż jeden z nich był satanistą i nosił na piersi krzyż do góry nogami. Do narąbania drewna pożyczyli od nas siekierę. Po chwili okazało się, że jeden z nich zaciął się w palec. Zrobiliśmy mu opatrunek, gdyż jego metody lecznicze ograniczyły się do nałożenia sobie warstwy blota. Ciekawe czy był to akt desperacji, czy wiary. Dziury w dachu przykryliśmy pałatkami i folią i po kolacji poszliśmy spać. Pogoda się nie zmieniła.

Dzień dziesiąty Pada. Pada. Pada. Postanawiamy siedzieć w chacie i czekać na poprawę. Rano przyszło kilku pastuchów, właścicieli chaty. Przywitali się i poszli do drugiej izby, do Rumunów nie robiąc nam żadnych nieprzyjemnosci co do naszego pobytu w chacie. Koło południa turyści rumuńscy postanowili wyruszyć pomimo deszczu na trasę. Wrócili po czterech godzinach twierdząc, że zgubili szlak oraz że widzieli niedźwiedzia. Co do szlaku to pewnie prawda, co do niedźwiedzia to nie daliśmy im do konca wiary. Cały dzień siedzimy w chacie robiąc tylko krótkie wypady po wodę do źródełka, jakieś 50 m od chaty. Ciągle pada. Dopiero przed wieczorem trochę się wypogadza. Postanawiamy że jutro, albo przestaje padać i idziemy w góry, albo zwijamy się, schodzimy w dół i jedziemy szukać gór, gdzie pogoda jest ładniejsza. Po całym dniu siedzenia w chacie idziemy na zasłużony odpoczynek spać.

Dzień jedenasty Budzimy się o 6 rano. Pogoda jak malowanie. Trochę mgliście i pochmurno, ale najważniejsze że nie pada. Na czuja szukamy szlaku a następnie już szlakiem idziemy w górę. Po drodze mija nas stado owiec ze znajomymi pastuchami i kilkoma psami. Psy są karne i zachwują się pokojowo. Zezują jednak na nas podejrzliwie spode łba i widać, że na rozkaz rzuciłyby się nam do gardeł. Dróżka jest wąska, więc cierpliwie przeczekujemy przemarsz stada. Jeszcze godzina drogi i wchodzimy w Fagaras ,,właściwy". Góry przypominają Tatry Zachodnie w połączeniu z bieszczadzkimi połoninami. Wysokości 2200 - 2300 m. Ścieżka prowadzi dość łagodnie trawersując lokalne przewyższenia. Względne wysokosci nie przekraczają 150 - 200 metrów. I tak już będzie przez cały Fagaras. Mijamy po kolei Comisu (1887), Buzduganu (2176), Berivoiu Mare (2300), Pietrele Popii (2229). W górach tych nie ma problemów z wodą. Bardzo dużo jest malowniczych jezior, oczek polodowcowych i strumyków. Pogoda niezła, choć mgła ogranicza perspektywę. Widoki niesamowite: stada owiec, nisko zawieszone chmury, opary mgieł, piargi, żleby, jeziorka. Widok godny długiej kontemplacji. Spotykamy niewiele grup turystów, głównie rumuńskich. Każda z tych grup obowiązkowo nosi ze sobą radio lub magnetofon. Na każdym postoju prosimy o wyłączenie lub ściszenie. Dziwnie się na nas patrzą, ale spełniają nasze prośby. Na nocleg rozbijamy się na polance przy szlaku w pobliżu pięknego strumyka Urlea spadającego z gór, tworzącego kilka wanien w których można się wykąpac. Woda jak na górski strumyk jest wyjątkowo ciepła. Jedynym problemem jest dość silny wiatr. Jako opał służą nam wyschniete gałęzie kosodrzewiny, nie jest to jednak wydajne źródło ognia i musimy nazbierać jej dość dużo aby być w stanie ugotować wieczorny posiłek i zgromadzić zapas na jutrzejszy ranek. Opał jest jednym z minusów w Fagarasie i przed wyjazdem warto zaopatrzyc sie w epigasy.


Kilka widoczków z Fagarasu

Dzień dwunasty Wstajemy około ósmej rano. Pogoda jeszcze ładniejsza niż wczoraj. Przede wszystkim mniej mgieł. Przecinamy strumyk Urlea, schodząc trochę z głównego szlaku wiodącego przez Fagaras. Tu odłączają się cztery kolejne osoby. Zostajemy w dziesiątkę. Dziś zamierzamy dojść do Moldevanu (2544). Idziemy cały dzień z krótkimi przerwami na podziwianie widokow. Ścieżka trawersuje większość przewyższeń. Co jakiś czas odchodzą tylko ścieżki prawie pionowo w dół. Wieczorem dochodzimy do Refugiula Valea Rea. Nad sobą mamy Moldevanu, do którego dzieli nas w pionie jakieś 250 metrów. Pod nami piękne oczko wodne, gdzie udajemy się po wodę. Robimy kolację i rozkładamy się w Refugiulu. Ten jest murowany z pryczą na podłodze i w połowie wysokości, w sumie na 14 osób aby mogły spać w niezłych warunkach. Do nocy schodzą się jednak jeszcze Rumuni i w sumie śpimy tam w 17 osób. Oczywiście musimy prosić o wyłączenie radia. Wieczorem pod refugiula podchodzą kozice nic sobie nie robiąc z naszej obecności. Tutaj przynajmniej cały śmietnik i wc znajduje się ukryte za skałą.


Jeszcze jeden widoczek oraz szczyt Moldevanu

Dzień trzynasty Wstajemy o szóstej rano. Przed nami kolejny ambitny dzień. Na początku wchodzimy na Moldevanu, zostawiwszy plecaki na przełączce pod szczytem. Po tylu dniach spędzonych w rumuńskich górach nie obawiamy się, że coś nam moze z nich zginąć (poza tym i tak nie było żywej duszy). Na szcycie tabliczka informacyjna, podarta rumuńska flaga, kilka krzyży i wiele pamiątkowych tabliczek w tym jedna z nich poświęcona ofiarom komunizmu w Rumunii. Widoki odlotowe. Z nisko zawieszonych mgieł wystają kolejne szczyty Fagarasu, a to wszystko oświetlone z góry słońcem. Po dwóch godzinach potrzebnych na wdrapanie się na szczyt i nasycenie się widokami idziemy dalej. Pewnym urozmaiceniem dzisiejszego dnia są mijane połacie śniegu oraz jeziorka. Dziś zamierzamy zejść z gór. Po południu dochodzimy do ,,kombinatu turystycznego" - Cabany Bilea Lac nad stawami przypominającymi Morskie Oko: Bilea i Capra. Całość stanowi makabryczny widok. Prowadzi tu kręta asfaltowa droga, przechodząca przy samym schronisku w szutr. Wszędzie śmieci, kawałki starych płotów i siatek. Wchodząc do schroniska nie ma się pewności czy nie wchodzi się na jego zaplecze, do środka prowadzi wąski korytarz, w środku tłok. Wszędzie Dacie, ale stoi też wiele drogich, zachodnich samochodów. Ceny w schronisku wysokie. Postanawiamy wynieść się stąd jak najszybciej. W dół można zjechać kolejką linową (za dość wysoką cenę), autobusem, lub stopem. Autobusu już nie było, kolejka wydała nam się za droga, pozostawał stop. Zeszliśmy do szosy, do wylotu prawie kilometrowego tunelu przecinającego Fagaras. Oczywiście nic nie było. Postanowiliśmy więc zrobić papu. Otworzyliśmy puszki, pokroilismy warzywa i w tym momencie trafiła nam się okazja. Nie zastanawialiśmy się długo i z garem w ręku w 14 osób (z 4 Rumunami) zabraliśmy się małą furgonetką na 7-8 osób na dół. Tam nad strumykiem rozbiliśmy obóz. Dokończyliśmy przyrządzanie posiłku i poszliśmy spać.


Jezioro Bilea oraz wóz cygański

Dzień czternasty Budzimy się wcześnie rano i bez śniadania gonimy do odległej o jakieś dwa kilometry stacji kolejowej Cirta aby zdążyć na pociąg. Dziś zamierzamy odwiedzić monastyr w Manastirea Turnu, co znaczy Wieża Monastyru. Po drodze na stację mijamy autentyczny wóz cygański z drewnianymi kołami, kryty brezentem a co ciekawsze zamieszkany. Wszystko to przypminało sytuację żywcem przeniesioną z historycznego filmu o Cyganach. Chwilę potem idziemy wzdłuż rumuńskiego PGR-u. Niewielki skrawek pola otoczony siatką, kilka niszczejących maszyn oraz kilka pracujących przy zbieraniu szczerniałego zboża kobiet. Całość przypominała karny obóz pracy, z tym, że nigdzie nie było widać strażników. Na stację wpadamy na tyle wcześnie aby każdy zjadł kromkę chleba z dżemem. Praktycznie poza wypełniaczami nie mamy już nic innego do jedzenia. Po niecałej godzinie jechania dojeżdżamy do stacji przesiadkowej Padu Olt. Tam mieliśmy mieć trzy godziny na przesiadkę w którym to czasie mieliśmy zrobić zakupy. Okazało się jednak że stacja owszem jest, ale na sklep to nie mamy co liczyć. Głodni dzielimy się pozostałą piętką chleba popijając butelką piwa pozostałą po wczorajszej kolacji. Na dziesięć osób to niewiele. Na szczęście jeden ze zawiadowców polecił nam udanie się do sąsiedniej wioski oddalonej o jakieś trzy kilometry. Tam będzie sklep, a co więcej tam również zatrzymuje się nasz pociąg. Wyszliśmy ze stacji. Tuż przed budynkiem rosła ulęgałka. Znowu oszukujemy głód gruszkami. Po drodze pole z kukurydzą. Też nam smakowała. Do miejscowości Turnu Rosu (Czerwona Wieża) doszliśmy już prawie najedzeni. Rozkładamy się w miejscowej knajpie i część z nas idzie po zakupy. Miejscowość przypomina dobrze zadbaną i bogatą wieś z XIX wieku. Robimy zakupy i wracamy do knajpy aby zrobić śniadanie. Mieszkańcy są bardzo mili. Wielu dziadków przychodziło da nas aby pogadać (zawyczaj po rumuńsku, ale nikomu to nie przeszkadzało), a to że grupa ,,polonez" siedzi w knajpie można było usłyszeć w każdej części wioski. W knajpie zamówilismy kawę. Pani stwierdziła że owszem kawa może być, ale zimna. Żar lał się z nieba więc zgodziliśmy się. Nasz szef zapłacił i wszyscy oprócz jednej osoby wyszliśmy. Potem chłopak opowiadał jak pani przygotowała kawę. Nasypała kawy do filiżanki, rozejrzała się dookoła, podstawiła filiżankę pod kran z zimną wodą, nalała do pełna i wymieszała. Kawa mimo to była bardzo dobra. Po śniadaniu i obejrzeniu wioski idziemy na stację. Jest śliczna. Pociąg mniej, ale nic to. Grunt że dojeżdzamy do monastyru. Tam umawiamy się z przełożonym że będziemy mogli rozbić się na terenie monastyru, z zastrzeżeniem, abyśmy byli cicho i starali się nie robić zbyt dużo dymu z ogniską. Zostaliśmy również zaproszeni na wieczorne nabożeństwo z racji że była to wigilia Wniebowzięcia NMP. Nabożeństwo było godne posłuchania, najwytrwalsi z nas uczestniczyli w nim trzy godziny a i tak nie wytrwali do końca. Monastyr jest godny polecenia. Obok cerkwi pasieka, mały cmentarz oraz pustelnie: wykute w skale pojedyncze cele. Wewnątrz cerkwi (budowanej przez Polaka) kolejna ciekawostka. Na ścianach naklejone są obrazy. Z daleka wygląda to jak malunek na ścianie jednak po bliższych oględzinach nie ma wątpliwości. Wieczorem nie chce nam się nawet rozbijać namiotu. Kładziemy się spać przy ognisku.

Dzień piętnasty Dziś zamierzamy jechać do kolejnego monastyru w Kozii. Na pierwszy pociąg spóźniamy się pięć minut. Następny za godzinę. Jedziemy około dwudziestu minut do stacji Calimanesti cały czas wzdłuż rzeki Olt (Aluta). Po drodze do monastyru robimy na targu zakupy. Minastirea Cozia jest dużo większą i dużo bardziej oblegana przez turystów, przez co mniej ciekawa. Jest za to ładnie położona: nad zalewem powstałym przez zbudowanie tamy na Alucie. Po zwiedzaniu wracamy na stację Manastirea Turnu. Odległość jest ta sama jak od stacji z której przyszliśmy rano. Tam czekamy na pociąg do Sibiu, kolejnego miasta na trasie naszego zwiedzania. U kasjera udaje nam się kupic bilety ze zniżką, choć kasjer nie jest do końca przekonany czy nam one przysługują. Żebyśmy byli studentami chociaż Uniwersytetu w Bukareszcie, to owszem, ale warszawskiego?! W Rumunii jeśli już kasa sprzeda bilet ulgowy to kontrolera praktycznie nie obchodzą jakiekolwiek dokumenty uprawniające do zniżek. Cała odpowiedzialność spoczywa na kasjerze. Po trzech godzinach jazdy o siódmej wieczorem dojeżdżamy do Sibiu. Naszym głównym celem jest skansen na przedmieściach Sibiu, jeden z największych w Europie. Na dworcu pewna miła staruszka poinformowała nas że obok skansenu jest motel i że tam będziemy mogli się rozbić. Motel okazał się porządnym hotelem, a o rozbiciu tam namiotów nie mieliśmy nawet co marzyć. Poszliśmy więc wzdłuż szosy wylotowej w poszukiwaniu miejsca na nocleg. Zrobiło się już ciemno, więc w przenosni i w rzeczywistości szliśmy "w ciemno". Wzdłuż szosy ciągnął się las, przypominający nasz Las Bielański. Po bezskutecznych poszukiwaniach campingu weszliśmy jakieś 100 metrow w las, aby nas nie było widać z szosy, rozstawiliśmy jeden namiot na plecaki i rozłożyliśmy się pod ugwieżdżonym niebem spać, oczywiście po kolacji.

Dzień szesnasty Rano musimy wrócić się trzy przystanki autobusem aby się dostać do sklepów. Skansen ,,Astra" leży obok ZOO. Na teren skansenu dostajemy się przez dziurę w płocie, gdyż oficjalne wejście jest zamknięte. Potem okazało się, że główne wejście jest z drugiej strony obiektu. Jednak ze względu na ceny cieszymy sie że udało nam się trafić na dziurę w płocie. W skansnie zebrano ponad trzysta eksponatów z całej Rumunii: chaty mieszkalne, koscioły, młyny (w tym pływające), wiatraki, stare ,,zakłady przemysłowe". Całość godna uwagi, ale na dokładne obejrzenie całości należałoby zarezerwować co najmniej jeden pełny dzień. My odpuszczamy sobie po trzech godzinach. Jedziemy do centrum, a dokładniej na starówkę. Zwiedzamy galerię obrazów oraz miasto. Jest niesamowite. Stara część otoczona resztkami murów obronnych. W centrum olbrzymia cerkiew wzorowana na cerkwi w Konstantynopolu. Poza tym kilka kosciołów protestanckich i katolickich. Jest to również stare miasto węgierskie (Sibin). Szczególnie godne polecenia jest zwiedzanie podwórek w kamienicach. Każde jest inne i każde posiada swój własny wdzięk, ale to oczywiście kwestia gustu. Wieczorem jedziemy do ostatniego miejsca w Rumunii przewidzianego naszym wspólnym rozkładem, polecanej przez wszystkich napotkanych Rumunów Sighisoary. Nocleg planujemy w hoteliku po 5$ za noc, jednak w drodze z dworca pewna kobieta zaproponowała nam nocleg u siebie. Po krótkich negocjacjach ustaliliśmy cenę 3.50$ za noc. Pani zabrała nas do kamienicy, która z zewnątrz wygladała obskurnie. Wewnątrz podwórko również nie wyglądało reprezentacyjnie, za to to co zobaczyliśmy w środku zaparło nam dech w piersi. Nie przeszkadzało nam nawet to że nie ma ciepłej wody, byliśmy zdecydowani zostać. Na piętrze znajdowaly się dwa mieszkania, każde po trzy pokoje jeden za drugim. W każdym pokoju znajdowały się stylowe kanapy, na nich lalki. Na ścianach wisiały dywany, obok stylowe meble z kryształami w środku. Widać że wszystko zbierane przez pokolenia. Dostaliśmy również talerze i sztućce, oraz możliwość podgrzania wody. Na podwórzu w klitce gospodarze trzymali świnie a wieczorem widać było mnóstwo biegających szczurów. Dom ten był rownież miejscem spotkań amerykańskich misjonarzy z wiernymi rumuńskimi. Dokładnego wyznania nie udało nam się domyślić (wiadomo nam było tylko że to jakaś kolejna grupa chrześcijańska). Wieczorem poszliśmy na spacer. Potem kolacja i spać.

Dzień siedemnasty Cały dzień zwiedzamy miasto. Wieczorem zamierzamy się rozłączyć. Wszelkie zawieruchy wojenne omijały to miasto co pozwoliło na zachowanie charakteru miasta, oraz wielu budowli nienaruszonych od średniowiecza. Miasto nastawione jest na turystów, na każdym kroku spotkać można pizzerię, kafeję czy tez stoisko z pamiątkami. Jest to również miasto gdzie urodził sie Vlad Tepes. W Sighisoarze warto wejść na wieżę widokową, zwiedzić zbrojownię oraz wejść na górę zamkową. Ciekawy może być dla wielu również spacer po mieście. Obok typowo rumuńskiego charakteru miasta widać tu rownież obce, głównie niemieckie wpływy. Wieczorem o 23.00 wyjeżdżamy pociagiem do Oradei, część z naszej grupy wysiada w Cluju aby zwiedzić jeszcze to miasto. W Oradei jesteśmy o 5 rano. Stąd do granicy węgierskiej w miejscowosci Bors jest jakieś dziesięć kilometrów. W szóstkę łapiemy stopa do granicy, a stąd już każdy udaje się w swoją stronę. Cztery osoby wracają autostopem do Polski, my we dwóch jedziemy jeszcze na trzy dni do Budapesztu.