Wyjazd do Rumunii
Sierpien '96
Sklad ekipy:
Pawel Stefaniuk - Samolot
Mariusz Wawrowski - Borowa
Lukasz Wordliczek - Vicek - skarbnik
Tomasz Zbiezek - Zwiezak - glowny organizator wyjazdu i nieformalny kierownik grupy
Dzien 1 - 2.08.1996
Wyjezdzamy w nocy z 1 na 2 sierpnia z Krakowa pociagiem do Konstancy o godzinie 0.19. Mamy kupione polskie bilety do Muszyny (polowki po 8.40 zl.) i miedzynarodowe z Muszyny do Satu Mare po 35.61 zl. Mamy caly przedzial dla siebie, pociag jedzie calkiem ladnie, oprocz tego, ze w Preszowie stoimy okolo 1.5 godziny bo braklo pradu w trakcji. Przejezdzamy przez Plavec, Preszow, Koszyce, Czerna, Czop. Jak do tej pory granice pokonujemy bez problemu. Tym samym pociagiem jedzie druga grupa, ktora kombinuje z biletami. Placa Muszyna-Granica Panstwa 1.20 zl/osobe, Plavec-granica slowacko-ukranska 110 koron/osobe (pociag stoi w Plavcu 30 minut wiec nie ma klopotu z nabyciem biletu w kasie). W Czop jestesmy okolo 11, odjezdzamy 11.40 (polskiego czasu). Czas na Ukrainie i w Rumunii jest przesuniety o godzine do przodu. Goscie placa za Ukraine po 7 DM od osoby. Podczas przejazdu kondzior rozdaje deklaracje celne - trzeba wpisac przewozona walute i przedmioty wartosciowe. Trzeba to potraktowac powaznie i wpisac tyle ile sie faktycznie ma, albo reszte bardzo dobrze schowac. Przy wyjezdzie sprawdzaja czy sie zgadza, kaza pokazywac pieniadze, niezdeklarowane kwoty moga skonfiskowac. Celnik przeszukal Samolota ktory wpisal 100 dolarow a mial 126. Mial kupe szczescia, ze nie zabrali mu nadwyzki. Po rumunskiej stronie okazuje sie, ze aby wjechac trzeba miec zaproszenie lub 300$ na glowe. Oczywiscie nikt nie ma, ale celnik nie jest na szczescie zbytnio upierdliwy. Potem pojawia sie facet w kwiecistej koszuli ktory chce od nas kupic dolary po rzekomo oficjalnym kursie 3100. Olewamy go. Jak sie potem okazuje byl to faktycznie kurs oficjalny, ale bankowy. W kantorach mozna dostac po 3400, a czasem nawet 3450. Jedziemy dalej, w Satu Mare zegnamy znajomych, kupujemy od kondziora za 30$ bilety dla wszystkich do Sinai (daje jakies kwitki, calkiem mozliwe ze nawet prawdziwe, bo nastepny kondzior sie nie doczepial), po czym spokojnie idziemy spac we wciaz pustym przedziale.
Dzien 2 - 3.08.1996
Okolo czwartej nad ranem jestesmy w Sinai. Miasteczko calkiem przyjemne, taki ichniejszy gorski kurort. Robimy maly rekonesans (wszedzie pelno bezpanskich psow) po czym wracamy na dworzec i spimy do 7 na laweczkach. Rano sniadanko na przystanku autobusowym, poranna toaleta w hotelu Sinaia, po czym udajemy sie do kantoru po dolary. Okazuje sie, ze w wiekszosci nie ma lei. Troche to dziwne, przeciez jestesmy w srodku Rumunii i leje sa tu oficjalnymi pieniedzmi. W koncu znajdujemy kantor w ktorym leje sa, i to duzo. Nastepnie w kiosku kupujemy mape Bucegow za jedyne 3500 lei. Nie jest to moze arcydzielo kartograficzne, jak sie potem okazuje nie zawsze przystaje do rzeczywistosci, ale i tak jest o niebo lepsza od przywiezionych z Polski kserowek. Nastepnie idziemy do stacji kolejki linowej (rum. telecabina) ktora wyjezdzamy pierwszy odcinek (na 1400 metrow) za 4000 lei od glowy (bilet dla Rumunow kosztuje 2000, mozna prosic kogos zeby kupil, bo ten co wpuszcza do wagonika nie sprawdza obywatelstwa). Ogolnie mowiac kolejka wjechac warto, bo zyskuje sie sporo wysokosci, jednoczesnie omijajac nieciekawa trase przez las. Natomiast drugi odcinek (do wys. 2000 m npm.) warto juz podejsc na nogach, bo widoki sa naprawde atrakcyjne. Tak tez my robimy. Z poczatku swieci piekne slonce, potem zaczyna lac. Przeczekujemy w gornej stacji kolejki, gdyz pobliskie schronisko jest w remoncie. Po deszczu idziemy dalej zoltym szlakiem. Zaczynamy rozgladac sie za miejscem na nocleg, ale jest tak sucho, ze po rzekach pozostaly wylacznie koryta. Idziemy wiec dalej do Cabany Caraiman. W poblizu, okolo 5 minut drogi jest woda. Rozbijamy namioty, idziemy gotowac zarcie do cabany. Szef pozwala bez problemu skorzystac ze swojego pieca. Ogolnie schronisko to przypomina raczej "otwarty dom" i jak sie pozniej okaze jest najprzyjemniejsze ze wszystkich odwiedzonych w dalszej drodze. W cabanie nocuje wielu mlodych Rumunow, wieczorem organizuja urodziny swojej kolezanki, impreza szybko sie rozkreca. Popijajac winko nawiazujemy pierwsze znajomosci poslugujac sie angielskim, niemieckim, rosyjskim, polskim. Jestesmy pozytywnie zaskoczeni znajomoscia jezykow obcych przez Rumunow. Nawet kondzior we wczorajszym pociagu mowil po angielsku. Impreze konczy brutalnie kolo pierwszej szef schroniska. Z rozmow dowiedzielismy sie, ze za rozbicie namiotow kolo cabany trzeba zaplacic, idziemy wiec spac z mieszanymi uczuciami.
Dzien 3 - 4.08.1996
Wstajemy kolo 10, zwijamy namioty i w tej chwili zaczyna padac. Idziemy do cabany, jemy sniadanko i czekamy. Lac przestaje dopiero kolo 15, wtedy tez opuszczamy schronisko i kierujemy sie pod widoczny z daleka krzyz szlakiem poprowadzonym zboczem gorki. Z daleka wyglada on malo przyjemnie, okazuje sie jednak calkiem szeroki i bezpieczny. Pod krzyz dochodzimy w ciagu godziny. Jest to olbrzymia stalowa konstrukcja postawiona jako pomnik upamietniajacy poleglych zdaje sie w pierwszej wojnie, odnowiona pozniej przez Ceausescu. Krzyz ma na sobie pelno zarowek, co daje w ciemna noc rewelacyjny widok, jakby wisial w powietrzu. Znakomicie widac to z pociagu. Po paru minutach przerwy na zdjecia idziemy dalej w kierunku Omu - najwyzszego szczytu Bucegow - 2507m. Po drodze przez przypadek sie gubimy (nie wszystkie tyczki z blaszkami to szlak - tylko te ktore ten szlak maja wyraznie narysowany; inne to np. oznaczenie ktoredy poprowadzono przewody elektryczne) i dochodzimy pod olbrzymi przekaznik na gorze Vf. Costila (2490). Tam pilnujacy go zolnierz pokazuje nam wlasciwa droge. Za chwile oczywiscie zaczyna padac, na szczescie niedlugo potem przechodzi. Podejscie na Omu jest w miare lagodne, dochodzimy na 19.30. W schronisku na szczycie udaje nam sie wytargowac nocleg za 6000 od osoby (Rumuni placa 5000, zagraniczniacy 10000). Na kolacje jemy pieczen z ziemniakami (dobra, tylko malo) po 4300 i idziemy spac w duzym, 35 osobowym pokoju z gazowym piecem posrodku. Ogolnie wedrujac przez Bucegi co chwile natykamy sie na jakies rury, przewody elektryczne itp. Kazde schronisko ma prad ciagniety z dolu i co znacznie ciekawsze gaz. Fakt, ze w Rumunii jest on cholernie tani, ale zeby ciagnac stalowa instalacje na 2500 metrow? Co do schroniska na Omu to jest ono chyba najwyzsze w calych Karpatach - stoi dokladnie na naturalnym szczycie gory. Osloniete jest co prawda olbrzymim, wyzszym od niego glazem, ale nietrudno zauwazyc, ze glaz ten jest... z betonu, jak najbardziej dzielo czlowieka. Mozna na niego wylezc (od boku sa stopnie), na gorze farba ktos napisal 2513m, co jest calkiem prawdopodobne.
Dzien 4 - 5.08.1996
Wychodzimy po sniadanku okolo 10 kierujac sie na Bran. Droga prowadzi najpierw po plaskim, potem ostro w dol w doline. Mijamy fajna jaskinie (kawalek w prawo od szlaku, przed nia snieg), ktora naprawde warto zobaczyc z bliska. Dalej szlak prowadzi dolina, pozniej przez las, czasami jest naprawde stromo. Ostatecznie dochodzimy do Salvamontu (cabana w poblizu wciaz w remoncie), gdzie oczywiscie stacjonuje oboz religijny. Tu tez rozbijamy namioty, oczywiscie za zgoda szefa, bardzo uprzejmego czlowieka, biegle mowiacego po angielsku. Nota bene obsluga schronisk ktore odwiedzilismy rowniez po angielsku mowila. Obok plynie rzeczka w ktorej wreszcie mozna sie porzadnie umyc. Jest kolo 16. Ludzie w obozie sa przesympatyczni, zapraszaja nas na 19 na kolacje. Troche sie ona opoznia, bo braklo im gazu i musza gotowac na piecu na drewno. Jemy w koncu kolo 21 makaron z serem i kanapki z wedlina i dzemem, popijajac kompotem. Po paru dniach w gorach - pychota. W podziece dajemy im pol kilo makaronu przywiezionego jeszcze z Polski. Wieczorem przebywajacy z nimi amerykanski pastor pokazuje slajdy z Jerozolimy. Jest na co popatrzec. Kolo 23 idziemy spac.
Dzien 5 - 6.08.1996
Wstajemy kolo 7 rano, zwijamy majdan, dziekujemy raz jeszcze i z facetem ktory rok temu odwiozl do Braszowa polamanego Witka jedziemy do Branu. Robimy zakupy w sklepie - jest wszystko. Obok mozna kupic warzywka. Idziemy do pobliskiego parku i jemy sniadanko. Park jest czysty i schludny, przy ulicy jest kran z woda. Wymieniamy pieniadze w miejscowym kantorze (kurs 3450). Nastepnie idziemy do zamku (UWAGA! W poniedzialki nieczynny). Cena dla studentow zagranicznych 4000, pozwolenie na robienie zdjec 5000. Od tylu faktycznie mozna wejsc za darmo, ale przy wejsciu do samego zamku sprawdzaja bilety jeszcze raz. Zwiedzanie skansenu i zamku zajmuje nam sporo czasu, ale naprawde warto. W srodku jest sklep z pamiatkami, sa fajne kubki z Dracula po 2500, mozna tez kupic ladne widokowki. Po zwiedzaniu robimy zakupy na dalsza droge. Uwaga! Nie ma juz chleba, chociaz rano bylo go ile sie chcialo. Potem idziemy na pizze (4-5 tysiecy), czekajac piszemy widokowki. Nastepnie na poczte - znaczek na kartke do Polski 1350 lei. Jak sie pozniej okazalo widokowki ida ponad 2 tygodnie, my bylismy w domu przed nimi. Nastepnie na nogach plaska droga do cabany Gura Raiului kolo Zarnesti. Jest to duzy, oblesny blok, cale szczescie, ze nie stoi w gorach, tylko na skraju miasta. Tam nocleg jest jednak za drogi, poza tym stacjonuje tam jakis oboz jezykowy. Pozwalaja nam jednak zostac i przespac sie pod daszkiem nad lawkami. Jemy kolacje, rozbijamy namioty podwiazujac je sznurkami do dachu (podloga jest betonowa) i idziemy spac. Uwagi: okolo 1.5 km w gore wawozu jest namiotowisko gdzie jest rozbitych duzo ludzi na calkiem przyjemnej polance. Mapa na scianie cabany jest nieaktualna i raczej moze zaszkodzic niz pomoc.
Dzien 6 - 7.08.1996
Wstajemy z Vickiem o 6 i idziemy do Zarnesti po chleb. Udaje sie go kupic dopiero pod stacja kolejowa. Jest calkiem niezly. Wracamy autobusem, choc trudno to autobusem nazwac. Ciezarowka z puszka z tylu, wokol siedzenia. Jemy, zostawiamy bagaze w schronisku i wyruszamy w gory. Najpierw dolina od schroniska w gore. Dolina, a raczej wawoz jest odjazdowa; wysokie skaly, waskie przesmyki, srodkiem droga szutrowa. Po jakiejs godzinie odbijamy w lewo za szlakiem czerwony krzyzyk i wchodzimy do najpiekniejszej czesci oslawionego wawozu Prapasiile Zarnestilor. Krajobraz przypomina nieco Wawoz Krakow w Dol. Koscieliskiej. Idzie sie dolem, korytem na szczescie nie plynacego strumienia, wokol pelno glazow, zbutwiale pnie itp. U wylotu wawozu spotykamy droge. Idziemy dalej prosto szlakiem czerwony krzyzyk, ktory nastepnie wchodzi w las, a potem po paruset metrach wychodzi na duza polane z chata pasterzy owiec. Odchodzi tu szlak (bodajze zolty trojkat) do Cabany Curmatura. Na polance jemy drugie sniadanko i podchodzimy bez szlaku na pietrzaca sie nieopodal gore, ktora z daleka nie wyglada az tak stromo. Z poczatku idziemy zlebem, mijamy jakas duza murowana studzienke (ujecie wody, czy cos takiego), potem zleb sie konczy, podchodzimy dalej zboczem, w koncu trzeba lawirowac miedzy skalkami. Gdy nie daje sie isc pod gore, trawersujemy troche w lewo, az do znalezienia latwiejszej drogi, po czym dalej prosto pod gore. Takie manewry musimy wykonywac kilka razy. Miejscami jest cholernie stromo i niebezpiecznie, trzeba sie trzymac kepek trawy. Co gorsze, na okolo 2000 metrow jest pulap chmur, na szczescie czesto sie rozwiewaja. Gdy wydaje sie nam, ze juz wychodzimy na szczyt, w oddali sposrod chmur wylania sie nastepny. Gdy wreszcie docieramy na wierzcholek okazuje sie, ze jest to La Om (2244) - najwyzsze wzniesienie Piatry. NIKOMU JEDNAK NIE POLECAM TEJ DROGI! Wystarczylby lekki deszczyk i bylaby ona w ogole nie do pokonania. A i bez tego serce czasem staje w gardle.
Z gory grania idziemy w strone refugiula w ksztalcie polowy pilki noznej, potem w dol do Cabany Curmatura. Tam lekki posilek i dalej szlakiem niebieska kreska w kierunku Zarnesti. Z poczatku szlak leci plasko, potem stromo przez las; jest slisko. Nastepnie szlak dochodzi do drogi w wawozie ktorym szlismy rano, tylko znacznie wyzej. Jest juz pozno (okolo 21), a co za tym idzie ciemno. Mamy jednak szczescie, bo wlasnie z gory zjezdza ciezarowka typu DAC zwozaca drewno. Facet jest uprzejmy, wiec pakujemy sie na gore i zjezdzamy do Zarnesti przez ciemny i majestatyczny w swietle reflektorow wawoz. Facet nic nie chce za przysluge, wiec czestujemy go tylko papierosem i dziekujemy. Jest okolo 22, pijemy herbatke, rozkladamy sie pod daszkiem i idziemy spac.
Dzien 7 - 8.08.1996
Wstajemy o 6, szybko sie pakujemy i lecimy do Zarnesti na pociag o 7.16 do Braszowa. Tu sniadanko na trawce kolo dworca, potem na pobliski targ owocowy. Borowa i Samolot zostaja jesc arbuzy i pilnowac plecakow, a ja z Vickiem jedziemy do centrum. Ogladamy Czarny Kosciol, ratusz, rynek, drugi piekny kosciol umiejetnie schowany na podworzu jednej z kamienic, przechodzimy glowna ulica i trafiamy za rogiem do pieknej mordowni - czyli knajpy najgorszego gatunku. Jest czadowo. Piwo po 800 lei. Troche nas tu oszukuja, ale stwierdzamy, ze szkoda sie klocic o pare groszy. Niektorzy klienci (wiekszosc) sa typem czlowieka, ktorego lepiej nie spotkac w ciemnej uliczce (albo przynajmniej kiedys byli, bo srednia wieku jest tu dosyc spora). Potem wymieniamy dolary (kurs wyjatkowo niski 3320), wracamy na dworzec, kupujemy owoce na pobliskim targu i jedziemy o 14.20 do Arpasul de Jos. Pytamy kondziora o ktorej tam bedziemy; cos tam odpowiada w swoim jezyku, wydaje nam sie, ze chodzi mu o to ze nam powie kiedy bedzie trzeba wysiadac. Idziemy wiec spac. Gdy sie orientujemy, ze cos za dlugo jedziemy i idziemy znowu do kondziora, okazuje sie, ze znacznie przejechalismy cel podrozy - jestesmy prawie w Turnu Rosu. Zmieniamy wiec plany i postanawiamy atakowac Fogarasz od zachodu. Spimy pod Turnu Rosu nad Aluta, Borowa jest z tego bardzo zadowolony i probuje lowic ryby (niestety bezskutecznie). Wokol bezkresne pola smacznej na surowo kukurydzy.
Dzien 8 - 9.08.1996
Rano po sniadaniu idziemy w kierunku Turnu Rosu. Stamtad szlakiem czerwony krzyzyk, a potem bez szlaku szeroka droga dnem duzego wawozu w kierunku monastyru. Zwiedzamy go - jest tam sliczny malutki kosciolek z pieknymi polichromiami zarowno wewnatrz jak i od zewnatrz. Po obiekcie oprowadza nas przesympatyczny mlody mnich mowiacy troche po angielsku, ktoremu zostawiamy w podziece kasze, on zas daje nam arbuza. Zegnamy sie grzecznie i idziemy dalej droga w gore doliny. Potem stromo pod gore przez las na przelecz i w lewo. Tam spotykamy znowu szlak czerwony krzyzyk, ktorego od tej pory sie trzymamy. Potem na szczycie jednej z gorek zmienia sie on w czerwona kreske. Jest to miejsce slabo oznaczone, szlak bardzo dawno nie konserwowany. Jednak zgubic sie jest raczej trudno, trzeba po prostu isc wydeptana sciezka, chociaz z poczatku nie ma znakow. Po przejsciu nastepnych paru kilometrow spotykamy rumunskiego zolnierza z dziewczyna ktorzy sa rozbici kolo szlaku. Facet za wszelka cene chce nas uprosic abysmy rozbili sie kolo nich. Pokazuje na chmury, mowi ze zaraz bedzie lalo, ze jest juz pozno itp., mocno oczywiscie przesadzajac. W koncu wypowiada zdanie, ktore stanie sie od tej pory mottem naszego wyjazdu: "it is Fagaras, not Tatra". W okolicy nie ma jednak drewna, wiec postanawiamy isc dalej. Za jakies pol godziny znajdujemy polanke z sucha kosodrzewina w poblizu, i tam rozbijamy sie na nocleg.
Dzien 9 - 10.08.1996
Idziemy dalej czerwona kreska. Chmury bardzo nisko, praktycznie nic nie widac. Szlak idzie raz w gore, raz w dol; ogolnie jest poprowadzony dobrze. Trawersuje gdy mozna, idzie szczytami gdy sie nie da. Po drodze mijamy malownicze jeziorko, niestety jak wszystkie wieksze atrakcje zniszczone poprzez pobliskie skladowisko puszek po konserwach. Nastepnie mijamy szlak niebieski krzyzyk schodzacy do Cabany Negoiu i idziemy dalej z nadzieja, ze nie bedziemy musieli do niej schodzic. Jednak czerwona kreska kawalek dalej sie konczy (na mapie rumunskiej sa tam dalej czerwone kropki zamiast linii ciaglej) i musimy chcac nie chcac zejsc do Cabany szlakiem niebieska kreska, ktory jest wyjatkowo upierdliwy (wysokie trawy, kosodrzewina). W sumie nadlozylismy okolo 2 godzin. Przejsc grania dalej by sie moze i dalo, ale z duzym ryzykiem i bez plecakow, inaczej nie ma szans. Cabana przypomina raczej restauracje, jest drogo. Za schroniskiem jest pole namiotowe (kawalek terenu, bynajmniej nie plaski) na ktorym pod wieczor trudno znalezc miejsce nawet na chinska dwojke. Rozbicie namiotu kosztuje 4000 lei.
Dzien 10 - 11.08.1996
Po sniadanku w Cabanie idziemy w kierunku Bilea Lac. Najpierw niebieski trojkat, potem czerwony krzyzyk stromo w gore, potem czerwona kreska, jeziorko, kilka szczytow, niebieska kreska do schroniska. W sumie raz w gore, raz w dol, ladne widoki na prawo i lewo. Przeszkadza tylko wiejacy caly dzien wiatr okolo 6 w skali Beauforta. Nosi po szlaku, ciezko utrzymac rownowage. Zimno, przewiewa ubranie. Za to na koncu szok: wokol jeziorka wylot tunelu, parking, stacja gorna kolejki, willa ktora robi za cabane (w srodku cholernie drogo i praktycznie nic nie ma), budynek Salvamontu, zgliszcza spalonej cabany na wysepce, namiotowisko. Slowem nic ciekawego, o ile mozecie nie planujcie tu noclegu.
Dzien 11 - 12.08.1996
Rano Vicek z Samolotem jada na dol po zakupy. Ze zjazdem nie ma wiekszych problemow, natomiast za wyjazd musza w sumie zaplacic 13500 lei. Na dole upal - 30 stopni, u gory wieje dalej, na dodatek przyszly chmury. Zbieramy sie kolo 14 i szlakami niebieski trojkat, czerwona kreska i niebieska kreska powolutku idac na 20 dochodzimy do Cabany Podragu. Szlak niebieska kreska nie jest najszczesliwszy bo przecina w poprzek duze dolinki - trzeba schodzic i podchodzic po ok. 150-250 metrow. Chyba lepiej byloby isc grania i zejsc szlakiem przed samym schroniskiem. Jedyny plus to fakt, ze idziemy ponizej chmur i cos widac, podczas gdy cala gran okryta jest bialym mlekiem. W cabanie nocleg stanowczo za drogi (15000), za to sa piekne miejsca na rozbicie namiotu kolo jeziorka. Polecam natomiast zjedzenie w schronisku kaszki manny z bialym serem za 2200 i popicie jej mietowa herbata.
Dzien 12 - 13.08.1996
Rano pobudka o 8, pakujemy sie, jemy sniadanko, zostawiamy plecaki w cabanie i idziemy na Moldoveanu (2544). Wychodzimy kolo 9, jestesmy na 11.30. Wiatr oslabl, chmur prawie nie ma, bez plecaka czlowiek czuje sie jak kozica. Gdy dochodzimy do szczytu piekna chmurka odbiera nam przyjemnosc podziwiania widokow.
Po powrocie do schroniska jemy wodnista zupke za ciezkie pieniadze i schodzimy w dol. To juz koniec naszego pobytu w Fogaraszu. Mijamy wrak smiglowca, potem Cabane Turnuri. Szlak prowadzi praktycznie poziomo, zboczem doliny przez las. Wody nie brakuje, ale nie ma miejsca na rozbicie namiotu. W koncu szlak idzie ostro w dol do drogi. Tam robimy krotka przerwe, bo trudno sie oprzec rosnacym kolo drogi ostrezynom i malinom. Po posilku ruszamy w dalsza droge. Kawalek dalej natrafiamy na sztolnie w skale. Jest rewelacyjna, ale z braku czasu i silnych latarek nie mozemy zbadac jej dokladnie. Jeszcze pare kilometrow droga (szuter) i przy rozdrozu spimy na polance. (UWAGA! Rzeka i droga rozchodza sie w pewnym momencie, trzeba sie wczesniej zaopatrzyc w wode.)
Dzien 13 - 14.08.1996
Rano ruszamy w strone Victorii. Chwile pozniej jedzie mlody Rumun dacia i zabiera nas ze soba. Warto, bo do miasteczka jest jeszcze 8-10 km. Dowozi nas na dworzec autobusowy, ktory jest po prostu placem z malym budyneczkiem poczekalni. Ogolnie miasto jest oblesne, typowo przemyslowe, zawdzieczajace swoje istnienie jakiemus zakladowi. Jest tu jednak targ owocowy i swietnie zaopatrzone sklepy co znacznie poprawia nasze humory. Jest tez naprawde niezly basen (jezeli ktos ma wiecej czasu). Centrum jest kawalek dalej, ale to zobaczymy juz z okien rozklekotanego autobusu, ktorym za jedyne 600 lei/glowe jedziemy na dworzec kolejowy Gara Ucea. Autobus laczy miasteczko z dworcem, odjazdy sa tak rozplanowane by zdazyc na pociag.
Na dworcu okazuje sie, ze pociag ktory wisi na rozkladzie i nie ma przy nim zadnych znaczkow jezdzi tylko w soboty i niedziele. Zmuszeni wiec jestesmy jechac nastepnym - pospiesznym. I tu niespodzianka. Pociag pospieszny jest drozszy od osobowego o 700 lei bez wzgledu na odleglosc do 250 kilometrow. Powyzej 250 tez o jakas stala kwote, bodajze 1300 lei. Na dluzsza trase oplaca sie wiec jezdzic pospiesznymi. Borowa i Vicek chca zobaczyc Przelom Aluty, wiec do Bukaresztu jedziemy naokolo przez Turnu Rosu, Rimini Vilcea, Piatra Olt. Na tej ostatniej stacji musimy sie przesiasc. Jestesmy tu o 19, zaraz jest pociag do Bukaresztu, ale przyjezdza tam kolo 23, wiec bez sensu. Decydujemy sie wiec jechac osobowym o 1.52 w nocy - w zwiazku z czym mamy do przebimbania 6 godzin. Miasteczko, a wlasciwie wezel kolejowy, jest koszmarne, wszedzie pelno Cyganow. Idziemy pod duza szkole (jakies technikum kolejowe) i tam jemy kolacje. Po jakims czasie przychodzi pijany jak bela wozny i cos tam gada. Za chwile przyprowadza policjanta, ktoremu klarujemy, ze czekamy na pociag i w ogole to zaraz idziemy, wiec sie odczepia. Potem ciec przynosi kawe do zrobienia, czym nas bardzo cieszy, bo nie mielismy tego napoju w ustach od 2 tygodni, a caly wieczor przed nami. Po kawce przenosimy sie do restauracji dworcowej, gdzie spedzamy reszte wieczoru ogladajac Jasia Fasole na wideo.
Pierwszy raz udalo nam sie tu kupic bilety z 50% znizka na ISIC. Teraz ich cena jest juz naprawde smieszna. 250 km za 2900 lei = okolo 2.30 zl
Dzien 14 - 15.08.1996
Rano jestesmy w Bukareszcie. Po sniadanku oddajemy bagaze do przechowalni i ruszamy na miasto. Samolot idzie ogladac jakies muzea, reszta do centrum. Wszedzie pelno ogromnych socrealistycznych budowli. Ogladamy uniwersytet, najwazniejsza cerkiew Rumunii, Palac Ceausescu (najwiekszy budynek Europy, drugi na swiecie po Pentagonie) i pare innych rzeczy. Ogolnie jednak miasto jest malo ciekawe i wywoluje raczej przygnebiajace odczucia. Po obiadku w rumunskiej knajpie (pieczone kielbaski z mielonego miesa + piwo) wracamy metrem na dworzec. Stad ekspresem (rapid) jedziemy do Konstancy - znizka na ISIC bez problemu. Dojezdzamy za 2.5 godziny, jedziemy autobusem do Mamai - nadmorskiego kurortu wybudowanego od podstaw w latach bodajze szescdziesiatych. Sa tu w zasadzie tylko hotele, pare sklepow, obiektow sportowych, knajp, dyskotek i jeden kemping na ktorym sie rozbijamy. O rozbiciu na dziko nie ma co marzyc. Kolo kempingu jest dyskoteka - wieczorem mozna sie tu przekonac, ze niektorzy Rumuni sa znacznie bogatsi niz przecietna. Przed snem zazywamy jeszcze kapieli w morzu - woda ma sporo ponad 20 stopni.
Dzien 15 - 16.08.1996
Rano jedziemy do Konstancy kupic bilety na powrot. Nie da sie tego zrobic na dworcu, tylko w agencji kolejowej w centrum miasta. Z Konstancy do Muszyny kosztuje nas to po 70000 lei (rapid do Halmeu (taryfa rumunska) + Halmeu-Muszyna (taryfa miedzynarodowa); nie dostajemy zadnej znizki na ISIC). Nastepnie wracamy do Mamai, popoludnie spedzamy na plazy, wieczorem znowu jedziemy do miasta - ale nic sie tam nie dzieje.
Dzien 16 - 17.08.1996
Dzisiaj dzien powrotu do kraju. Rano zwijamy sie z kempingu aby uniknac placenia (jak do tej pory nikt sie nie zjawil po pieniadze, a my sie nie narzucalismy). Z bagazami idziemy na plaze. Pociag jest dopiero o 23.15, wiec mamy caly dzien na zbieranie muszelek, kapiel i opalanie. Tak wiec plaza, plaza, plaza do wieczora. Potem do miasta, zakupy na droge, kolacja, oczekiwanie na pociag i odjazd. Znowu mamy caly przedzial dla siebie.
Dzien 17 - 18.08.1996
Caly dzien jedziemy bez wiekszych przygod, to patrzac przez okno, to spiac.
Dzien 18 - 19.08.1996
Okolo 2 wjezdzamy do Polski. U kondziora kupujemy bez doplaty bilety Granica Panstwa - Krakow (w Muszynie pociag stoi zbyt krotko, zeby zdazyc do kasy). O 6.30 jestesmy na Glownym, po czym oficjalnie rozwiazujemy wycieczke.
I to juz koniec wrazen z Rumunii. Kraj ten szybko sie zmienia. Rumunia tegoroczna jest zupelnie inna od tej, jaka pamietam sprzed roku. Szybki rozwoj daje sie zauwazyc na kazdym kroku. Zaopatrzenie sklepow nie ustepuje polskiemu (w malych miejscowosciach po poludniu nie ma chleba), ceny powoli rowniez doganiaja nasze. Znacznie tansza jest jeszcze komunikacja, alkohol i owoce. Rzecza ktora najbardziej denerwuje jest podwojna taryfa w schroniskach, muzeach, kolejkach linowych. Obcokrajowcy musza zaplacic od 2 do 4 razy wiecej niz Rumuni. Rumunska kolej jezdzi raczej punktualnie, pociagi (za wyjatkiem WC) sa calkiem znosne, a co najwazniejsze tanie. Jednak uwzglednienie legitymacji ISIC jest rzadkoscia. Za caly pobyt udalo nam sie to dwa razy.
Rumunia jest krajem niewatpliwie ciekawym, jak najbardziej wartym odwiedzenia. Kazdy znajdzie tu cos dla siebie - wysokie puste gory, cieple morze, zabytki koscielnej i swieckiej architektury. I bardzo milych i przyjaznych ludzi.
To na razie wszystko, zdjecia pojawia sie jak je zeskanuje.
Jezeli ktos ma jakies pytania chetnie w miare mozliwosci odpowiem.
Tomek
zbiezek@kt.agh.edu.pl