TERMIN: 3 - 30 lipca 1994
SKŁAD OSOBOWY: Justyna Świdzińska, Małgosia
Skocińska, Violka Buczek, Paweł Pontek, Jarek Nowacki, Maciek
Żemojtel.
W artykule wykorzystano fragmenty przewodników Rumunia oraz Bułgaria autorstwa Przemysława Burcharda (wyd. odpowiednio 1976 i 1980 przez "Wiedzę Powszechną") oraz monografię prof. Jerzego Kondrackiego Karpaty. Nazwy i wysokości szczytów górskich podane są za mapami Spezialkarte der Oesterreich-Ungarischen Monarchie 1:75 000 (wyd. Militargeographisches Institut, Wien 1873-1915).
Rok 1994 nie dostarczył większych niespodzianek klimatycznych: po niezbyt ostrej zimie przyszła wiosna, którą wkrótce zastąpiło gorące lato. Któregoś z owych letnich dni odebrałem telefon, od którego zaczęła się moja rumuńsko-bułgarska przygoda. Osobą po drugiej stronie kabla telefonicznego okazał się być mój "były kolega" Paweł, który uświadomił mi, dotąd tylko przeczuwaną, konieczność wyjazdu w góry Rumunii. Rozmowa nasza była krótka, a jej bezpośrednie efekty zostały opisane poniżej.
31 czerwca
Trzy dni do wyjazdu. W powietrzu wisi prawie wyczuwalny fizycznie
nastrój, jaki towarzyszy początkowi każdej długo oczekiwanej wyprawy.
Nasza grupa liczy sześć osób. Trzy z nich pochodzą "z łapanki" -
zostały "złowione na plakat", jako że wyjazd jest formalnie imprezą
organizowaną przez warszawskie koło SKPB, otwartą dla zaintersowanych
"rzesz społeczeństwa". "Rzeszę społeczeństwa" stanowią w tym przypadku
Małgosia, studentka historii UW, Violka, studentka anglistyki UW
oraz Jarek, młody pracownik naukowy SGH. Pozostałe trzy osoby to
reprezentujący SKPB Paweł i Justyna oraz piszący te słowa.
Naszym głównym celem jest łańcuch gór Fogaraskich (rum. Muntii Fagarasului), który stanowi najwyższą cześć Alp Transylwańskich. Potem mamy zamiar odwiedzić położoną na zachód od Fogaraszu grupę górską Lotru (rum. Muntii Lotrului lub częściej Muntii Steflesti), w końcu, jeśli czas pozwoli, kierować się dalej na zachód w kierunku Żelaznej Bramy. Nie uprzedzajmy jednak faktów... Historia pokazała już nieraz, że zbyt dokładne planowanie czegokolwiek jest zajęciem pozbawionym sensu.
Kilka słów na temat sprzętu:
Przede wszystkim mapy: Wyposażeni jesteśmy w wiekowe austro-węgierskie mapy Transylwanii pozostające do dzisiaj najlepszym wydawnictwem jakie może wymarzyć sobie turysta udający się w Karpaty rumuńskie. Nie obejmują one niestety południowych stoków Fogaraszu i innych pasm górskich położonych na południe od głównego grzbietu Alp Transylwańskich, mimo to są prawdziwie niezastąpione. Dotyczy to zwłaszcza arkuszy wydanych po 1894 r. posiadających oprócz stosowanego we wszystkich wydaniach kreskowania Lehmanna również linie poziomic, co ułatwia znacznie orientację w terenie, oraz nowy (uproszczony) klucz znaków topograficznych.
A zatem nasze zasoby kartograficzne przedstawiają się następująco:
Istnieją także austriackie mapy Generalkarte 1:200 000 wydawane równolegle do "75-tek" Spezialkarte. Obejmują one nie tylko tereny Monarchii ale również kraje sąsiednie. Są to mapy kolorowe, zawierające wszystkie miejscowości, ustępują jednak czytelnością mapom Spezialkarte. Z tego względu rezygnujemy z nich, i tak zabieramy ze sobą niezłą ilość papieru.
Mapy mapami ale czasem warto by coś zjeść... Postanawiamy oprzeć się przede wszystkim na zasobach własnych. Nie chodzi tu tyle o ceny, co o czas: chcemy poruszać się grzbietem głównym i zbyt częste schodzenie do wsi byłoby jego stratą. Poza tym nie jesteśmy całkiem pewni sytuacji zaopatrzeniowej w Rumunii, lepiej nie ryzykować. Przytaczam wybór z listy "towaru" (oczywiście na 1 os.):
| chleb | 5 szt. po 1 kg. + 2 szt. "na drogę" |
| mielonka 300g | 4 szt |
| mielonka 200g | 6 szt |
| "pasztetorybkopaprykarze" | 10 szt |
| ryż | 2 kg |
| kaszki mleczno-ryżowe | 3 szt |
| ketchup, musztarda | po jednej but. 0.5 l (ewent.) |
| czekolada mleczna | 10 szt |
| landrynki | 0.5 kg |
| cukier | 0.5 kg |
| sól, majeranek, papryka, imbir itd | |
| cebula | 6 szt |
| cytryny | 5-7 szt |
| koncentraty pomidorowe | 2 szt |
| sosy w proszku | 4 szt |
| zupki "yum-yum" | 3 szt |
| salami | 1 szt - ok. 0.5 kg |
| ser salami | 0.5 kg |
| herbata | 200g |
| dżem/miód | 1 mały słoik (ewent.) |
| sery, napoje, słodycze, i co tam kto ma | "na drogę" |
... co daje ok. 18 kg. "czystej" masy. Do tego należy doliczyć sprzęt obozowy (do podziału) - trzy namioty, siekierę, dwa kociołki, apteczkę oraz wyposażenie osobiste. Efekt: masa plecaka osiągneła ok. 38 kg., sama radość.
Ostatnie dwa dni przed wyjazdem zabiera mi pakowanie do plecaka owej wielkiej góry sprzętu, piętrzącej się na stole, podłodze etc. Dzień wyjazdu, (który perfidnie ociągał się z przyjściem), w końcu nadszedł. Ostatnie dwie paczki kruchych ciasteczek zostały upchnięte do plecaka za pomocą buta, (ta brutalość była w pełni uzasadniona) i mogłem skierować swoje (nieco chwiejne) kroki w kierunku dworca.
3 lipca
Jak wiadomo, wyprawę do Rumunii najlepiej jest zacząć na Dworcu
Głównym. Z dworca tego odchodzą zasadniczo jedynie osobowe składy
do Skarżyska-Kamiennej i do Radomia, co doskonale pasuje do naszej
koncepcji przejazdu. Istnieje oczywiście bezpośredni pociąg do Rumunii
ale koszt przejazdu tym pociągiem przekracza nasze możliwości
(na trasie Warszawa-Bucuresti ok. 3 mln. zł.). Decydujemy się zatem
na wariant tańszy i "nieco" powolniejszy. Wariant ten kosztował
mnie i Pawła kilka ładnych godzin lektury polskiego, słowackiego,
węgierskiego i rumuńskiego rozkładu jazdy. I tak oto wypada nam zacząć
od dworca o dosyć prowincjonalnej proweniencji. Zdaje się, że
wnosimy tu nieco światowego powiewu, chociaż raczej po prostu stanowimy
niezłe widowisko.
Sadowimy się w pociągu do Radomia. Swojski, żółto-niebieski "bolid" przybliża nas do Rumunii ze średnią prędkością 30 km/h.
W Radomiu pierwsza przesiadka - szybki skok do "osobowca" do Skarżyska. Ranny chłód zastąpiło gorące przedpołudnie. Oddajemy się miłemu obżarstwu, które kulminuje w postaci wędzonej ryby. Po chwili jesteśmy niemożliwie uświnieni, co pozwala wczuć się w "rumuński" nastrój.
Skarżysko. Łapiemy pośpieszny do Tarnowa. Wprawiamy się przy tym w szybkich przesiadkach, co potem okaże się podstawą bytu w Rumunii.
W Tarnowie chwila oddechu. Tu zaczyna się już świat karpackiego pogórza. Galicyjskie powietrze działa na nas jak zastrzyk energii.
Kolejny pociąg wiezie nas do stacji Stróże. Na tej stacji przesiadamy się po raz kolejny, by po blisko trzynastu godzinach jazdy, tuż przed północą osiągnąć Muszynę. Zaszywamy się w kącie budynku stacyjnego i czekamy aż pani w kasie poradzi sobie z sześcioma biletami, co to "bez okładki nieważne". Czekamy na "Cracovię" , która zawiezie nas do Kosic. Gdy pociąg podjeżdża, na peronie pojawia się kilku ludzi ale w żadnym z nich nie udaje się rozpoznać turysty.
4 lipca
Ruszamy. W kompletnej ciemności mijamy Leluchów i przez mostek
na Smereczku wjeżdżamy na słowacką ziemię. Polscy pogranicznicy nie
są zbytnio nami zainteresowani. Słowaccy zaś z zaciekawieniem lustrują
nasze blisko czterdziestokilogramowe, piętrowe plecaki. Kiedy
jednak dowiadują się, że podążamy do Rumunii, patrzą z politowaniem
i rezygnując z choćby pobieżnego badania ich zawartości szybko
opuszczają przedział. Ich miny mówią wszystko: z Rumunii się nie
wraca. Tymczasem w przedziale pojawia się śliczna rewizorka. Każdy
chce kupić bilet, każdy chce płacić. Udaje się kupić bilet aż do
Slovenskego Novego Mesta, czyli na cały odcinek słowacki. Pociąg
rusza i wreszcie udaje się nam złapać trochę snu. Początkowo tory
wspinają się na przełęcz Puste Pole, położoną na głównym grzbiecie
karpackim, potem opuszczają się w dolinę Torysy. Za Presovem "zmieniamy"
dolinę - poruszamy się teraz wzdłuż Hornadu. Robi się jasno
i bladym świtem wtaczamy się na dworzec w Kosicach. Tutaj znowu mamy
okazję poćwiczyć "abordaż" kolejowy: prawie w biegu przesiadamy
się do osobowego składu do Ciernej n. Tisou. Zostawiamy za sobą dolinę
Hornadu. Przed nami kolejny górski przesmyk: od północy horyzont
zamykają Slanske Vrchy, od południa flankę stanowią położone
głównie na Węgrzech góry Zempleni. Docieramy do granicy. Po stronie
słowackiej wieś Slovenske Nove Mesto. Na pobliskim peronie (to bardzo
przesadzone określenie) zauważamy pociąg z lokomotywą "w stronę"
Węgier więc szybko przerzucamy się do niego. Znudzeni celnicy bez
słowa stemplują paszporty i po chwili stoimy na węgierskiej ziemi.
Przejazd przez granicę trwał minutę, a jego koszt nie jest godny uwagi.
Oprócz przejścia kolejowego istnieje tu także przejście drogowe,
położone tuż obok stacyjki w Slovenskym N. M., dostępne niestety
tylko dla Słowaków i Węgrów. Przedstawiciele innych nacji mogą
korzystać z drugiego drogowego przejścia, znajdującego się o 2 kilometry
na południe od stacji (drogę po stronie słowackiej umilają w sierpniu
śliwki - nota bene - węgierki, po stronie węgierskiej zaś spacer na
przejście pozwala zwiedzić urokliwe miasteczko Satoraljaujhely.
Satoraljaujhely to od niepamiętnych czasów ważny ośrodek winiarski. Dzisiaj obejrzeć tu można m.in. XVIII-wieczną winiarnię mieszczącą się w wykutej w skale piwnicy. Ponadto warto zobaczyć tu XVIII-wieczny kościół oraz klasztor z XVII-XVIII stulecia. W tutejszej cerkwi zachował się jeden z nielicznych na Węgrzech, kompletnych ikonostasów, czego absolutnie przegapić nie można.
W Satoraljaujhely daje znać o sobie prawdziwie południowe słońce. Kontemplujemy rozkład jazdy. Jego przesłanie dociera do nas powoli, w końcu jednak udaje się nam zdemaskować skład do Szerencs. Paweł konsultuje z węgierskimi kolejarzami naszą dalszą trasę. Z pewnej odległości wygląda to całkiem śmiesznie. Wszyscy mówią z wielkim przejęciem i wymachują rękami. Po niedługiej chwili nadjeżdża nasz skład i możemy posuwać się do przodu. Jedziemy teraz doliną Bodrogu, który zbiera wody m.in. Ondavy, Laborca i Latoricy. Od północnego zachodu towarzyszą nam wciąż zalesione stoki gór Zempleni. Wkrótce jesteśmy w Szerencs.
Szerencs to stara osada targowa, zawdzięczająca rozkwit zwłaszcza znakomitemu położeniu w widłach dolin Bodrogu z Cisą i Hornadu. W XII wieku istniało tutaj opactwo, zniszczone przez Tatarów w XIII wieku. W stulecie później wybudowano na gruzach zamek, który zachował się do dzisiaj i mieści w swoich murach bibliotekę, teatr i muzeum. Zamek należał do sieci budowli obronnych mających powstrzymywać mongolskie zakusy do młodego państwa węgierskiego (wymienić należy np. zamki w Boldogkovaralia, Sarospatak, Tokaju, Abaujvar, Satoraljaujhely, Ujszentmargita, Onod, Kisvardzie). Wiele z tych budowli przetrwało do dzisiaj jedynie w ruinie, dobrze utrzymany zamek w Szerencs jest jednym z chlubnych wyjątków.
Robimy owocowe zakupy. Około dziesiątej zwiększamy czujność: Na pustej do tej pory stacyjce zaczynają pojawiać się ludzie. To znak, że oczekiwany przez nas pociąg do Budapesztu wkrótce nadjedzie. Istotnie, na peron wjeżdżają dwa pociągi i tu mała konsternacja: oba są do Budapesztu. Nie byłoby to nic bardzo dziwnego, gdyby nie fakt, że przyjechały z przeciwnych kierunków i w takowych zamierzają odjechać. Sytuacja wyjaśnia się po chwili - to nie jest żadna pomyłka - oba jadą do Budapesztu, z tym, że jeden trasą przez Miskolc i Eger, drugi "na około" - przez Debrecen i Szolnok. Po chwili siedzimy już we właściwym pociągu. Teraz dopiero zaczynają nam ciążyć powieki. Ostatnie wspomnienie przed zapadnięciem w sen to zamykająca północny horyzont góra Tokaj (węg. Tokaji-hegy, 512 m.), ostatni cypel Karpat w tej części Wlk. Niziny Węgierskiej. U podnóża góry Tokaj rozłożyło się miasteczko o tej samej nazwie, będące tak jak i inne miasteczka w tej części Węgier ośrodkiem winiarskim. W Tokaju przecinamy "świętą rzekę" - Cisę. Dalej tory "łapią" kierunek południowo-wschodni i podążają przez szeroką równinę opanowaną przez rolnictwo. A zatem przebiliśmy się przez łuk Karpat. Na powtórne spotkanie z tymi górami przyjdzie nam poczekać jeszcze kilka ładnych godzin.
Następna godna uwagi stacja na naszej drodze to Nyiregyhaza. Jej znaczenie polega na tym, że można dojechać stąd autobusem do prawie wszystkich ważnych miast ukraińskiego Zakarpacia. Jest to również węzeł kolejowy. Od głównej magistrali Debrecen-Miskolc odchodzą tutaj nitki do Kisvardy (i dalej na przejście graniczne Zahony-Cop), do Mateszalki (przez Nyirbator) i do Vasarosnameny. Nyiregyhaza to stolica regionu zwanego Nyirseg. Region ten wyróżnia się nieco odmienną od reszty Niziny Węgierkiej, pofalowaną powierzchnią. Ludność rolnicza skupia się w malowniczych wioskach, podczas gdy w innych regionach Niziny zamieszkuje raczej peryferia miast, bądź rozrzucona jest po samotnych zagrodach. Miasto zostało założone w wieku XVIII, nie jest zatem zbyt stare. Z zabytków można wymienić np. barokowy kościół ewangelicki oraz miejski ratusz. W muzeum miejskim obejrzeć można zbiory archeologiczne i etnograficzne zebrane w regionie. Na uwagę zasługuje m.in. zbiór ikon.
Za Nyiregyhazą tory wiodą granicą dwóch regionów: Hajdusag oraz Nyirseg. Hajdusag rozciąga się na wschód od rzeki Hortobagy. Wiele miejscowości ma tutaj w nazwie przedrostek "Hajdu-", który jest pamiątką po dawnym osadnictwie hajduckim. Po podziale Węgier na trzy części po bitwie pod Mohaczem (1526 r.) gdzieś tu właśnie przebiegała granica pomiedzy terenami podlegającymi władzy sułtana a lennym Księstwem Siedmiogrodu. Granica ta nie była ściśle wytyczona ani chroniona, powstało więc coś w rodzaju "dzikich pól", na których koczowali półdzicy pasterze, osiedlali się chłopi pańszczyźniani, drobna szlachta wyzuta z przywilejów i ziemi, dezerterzy różnych wojsk oraz wszelkie niespokojne duchy i ludzie uchodzący przed prawem. Zyski czerpano z napadów oraz z uprawy roli i wypasu bydła. Stada (zarówno miejscowe, jak i z pobliskiej Transylwanii), pędzono co jakiś czas tzw. szlakiem północnym do Wiednia i innych miast niemieckich na jarmarki. Czasy były niespokojne, pasterze nosili więc broń: piki i szable, później także samopały. W ciągu XVI i XVII wieku powstała tutaj społeczność licząca kilkadziesiąt tysięcy głów, rządząca się własnym prawem, podobnie jak na zaporoskiej Siczy. Ludzi tych zaczęto nazywać hajdukami, a wyraz ten może mieć pochodzenie bałkańskie, jako że właśnie hajdukami nazywali Bułgarzy i Serbowie bałkańskich zbójników prowadzących podjazdową wojnę z Turkami. Hajducy zaciągali się do wojsk magnackich, za co otrzymywali wynagrodzenie zarówno w postaci żołdu jak i przywileju osadniczego. W ten oto sposób pod koniec XVII w. powstało sześć pierwszych osad hajduckich a wkrótce i inne. Było to specyficzne "osadnictwo wojskowe". Na czele każdej wioski stał najwyższy rangą hajduk. W centrum osady znajdował się obronny murowany kościół, wokół którego budowali swe domki żołnierze podzieleni na dziesiątki. Zewnętrzną formę obrony stanowił wał ziemny i palisada. Za palisadą mieściły się stajnie i obory a całość otoczona była jeszcze jedną palisadą. Przez jedną z takich miejscowości, Hajduhadhaz, właśnie przejeżdżamy.
Wczesnym popołudniem osiągamy Debrecen. Słońce grzeje niemiłosiernie. Ustalamy, że mamy ponad dwie godziny do odjazdu pociągu. Naszym celem są teraz Nyirabrany - przejście graniczne z Rumunią. Jarek zabiera Małgosię i Violkę na spacer po mieście, nasza trójka rozkłada się na peronie. Bilety na cały odcinek węgierski kupiliśmy już w Satoraljaujhely więc teraz możemy "na spokojnie" oddać się nieróbstwu. Gotujemy herbatkę na "epigazie", objadamy się śliwkami i brzoskwiniami. Paweł upewnia się czy nasz pociąg przejeżdża przez granicę. Węgierski kolejarz upiera się nauczyć Pawła prawidłowej wymowy nazwy "Nyirabrany". Paweł próbuje raz po raz powtórzyć tę nazwę za Węgrem ale ten nie wydaje się być zadowolony. Natomiast Justyna i ja mamy niezłą zabawę. W końcu Węgier rezygnuje i Paweł wraca do nas lekko skonfudowany. Wracają też dziewczyny z Jarkiem, zatem i my możemy wyskoczyć na miasto.
Prosto z dworca wychodzimy na bardzo szeroką aleję, która pełniła kiedyś funkcję rynku miejskiego (rynku jako takiego Debrecen nie posiadał). W czasach komunizmu ulica nosiła nazwę Voroshadsereg (Armii Czerwonej). Obecnie ulica znowu nosi miano Targowej, co oddaje jej dawny, a częściowo też obecny charakter. Boczne uliczki są dość wąskie i tworzą nieregularną sieć. Początki Debrecena sięgają XIII wieku, kiedy to na obszarze dzisiejszego miasta znajdowały się trzy wsie, Debrezun, Szent Laszlofalva i Szent Mihalyfalva. Główny trakt łączący wsie przekształcił się z czasem w aleję targową. Organizowane tu jarmarki należały do niedawna do największych w Europie. Drugi biegun alei stanowi kościół Wielkiego Zboru Kalwińskiego, pochodzący z XIX wieku. W kościele tym w 1849 r. ogłoszono detronizację Habsburgów. Aleja porośnięta jest platanami, czuć już tutaj nastrój "południa". Bogato zdobione kamienice z ubiegłego wieku świadczą o dawnym bogactwie kupieckiego Debrecena, będącego handlowym pośrednikiem pomiędzy zachodem i wschodem Węgier (choć i cudzoziemscy kupcy przybywali tu nader często).
Nie mamy zbyt dużo czasu na zwiedzanie. Przebiegamy aleję kłusem, oglądamy kamieniczki i "chłoniemy nastrój". Zlani potem szukamy odpoczynku w niewielkim parku w pobliżu dworca. Jarek polecił nam kąpiel w fontannie ale rezygnujemy z tej przyjemności. W fontannie jest pięć centymetrów wody, mimo to nie widać dna. Widać natomiast kilka zdechłych ryb pływających tu i tam wraz z falami tworzonymi przez wiatr. Uzupełniamy zapasy owoców i wracamy na dworzec. Realizujemy dziesiątą z rzędu przesiadkę i wkrótce podążamy nieśpiesznie w kierunku granicy. Za Vamospercs pociąg jest właściwie pusty.
Nyirabrany. Nastrój pogranicza. Nic nie zakłóca bezruchu w jakim pogrążona jest mała wioska. Jedyne miejsce gdzie widać człowieka to niewielki budynek stacyjny. O kilkaset metrów stąd Rumunia. Siedzimy na schodach stacji gdy pojawiają się celnicy. Żartują, mówią coś swoim diabelskim językiem, w ogóle wyglądają na ucieszonych. Nasze plecaki nie interesują ich wcale. Dostajemy stemple i czekamy teraz na otwarcie kasy biletowej. Do Rumunii wjechać tu można jedynie koleją, pociągi kursują standardowo cztery razy dziennie (w istocie jechać będziemy tym samym składem, który przywiózł nas z Debrecena). W kasie dowiadujemy się, że bilet na przejazd nędznych kilku kilometrów przez granicę kosztuje 960 ft./os. To stanowczo za dużo jak dla nas. Postanawiamy przejechać na dziko, w decyzji tej umacnia nas węgierski celnik, zachęcając nas wręcz do pertraktacji z kolejarzami. Generalnie nie wiadomo, jak zwykle, o co chodzi ale celnicy zdecydowanie odciągają nas od kasy i uspokajającymi gestami zapraszają do pociągu. Z Rumunii przybywa tymczasem rumuńska połowa pociągu. Nasze wagony zostają połączone z rumuńskimi. Łapiemy "kanara" i wręczamy mu 500 ft. Jest mile zaskoczony. Potem jego zaskoczenie wyjaśnia się - okazuje się, że skończył służbę i właśnie idzie do domu, ale oczywiście pieniądze chętnie przyjmie. No cóż, jesteśmy 500 ft. do tyłu, zyskaliśmy za to przyjaciela. Sytuacja pozostaje niejasna, pociąg rusza, a my przygotowujemy nowy zwitek banknotów. Gdy "aktualny" kolejarz nadchodzi, zabieram go z Pawłem na koniec pociągu i bez większych trudności "kupujemy" bilet. Tym razem cena wynosi 700 ft. Ten znakomity manewr pozwolił nam zaoszczędzić ładną sumkę, bo aż 4560 ft. Tymczasem mijamy kolejne pasy zaoranej ziemi. Pasy te kończą się raptownie i przechodzą w łąkę. Rumunia!
Wieś Valea Lui Mihai. "Meksykańskie miasteczko" w sercu Europy środkowo-wschodniej. Brama do "kraju kwitnącego czosnku i cebuli drzewiastej". Krowy na torach. Owce na bocznicach. Kury na peronie. Wszędzie dużo wojska w trampkach i porozpinanych mundurach. Wrażenie chaosu ale i typowej dla krajów południa "maniany". Rumuni w wysokich czapkach leżą "luzem" pod owocującymi obficie morwami.
Pociąg zatrzymuje się ale wysiadać nie można. Wchodzą celnicy: dwóch mundurowych i jeden cywil, wyglądający na przodownika partyjnego. Z jadącymi razem z nami Rumunami i Węgrami rozprawiają się szybko, przy nas zatrzymują się dłużej. Każą wyładowywać plecaki, oglądają nasz sprzęt, sto razy pytają gdzie jedziemy i po co. Pytają też, czy nie przewozimy broni i narkotyków. Żądają okazania 100$, 200 tys. złotych, w końcu każą wracać na Węgry. W międzyczasie żołnierze wręcz demontują pociąg w poszukiwaniu ewentualnej kontrabandy. Przepychanki trwają, ostatecznie celnicy każą nam czekać w pociągu, zabierają nasze paszporty i znikają w "krajobrazie". W minutę później żołnierze wyrzucają nas na udające peron żwirowisko, widocznie utrudniamy im "czesanie" pociągu. Korzystamy z tego i niby nigdy nic oddalamy się pod budynek dworcowy. Pojawia się celnik, dostrzega naszą grupkę nie tam gdzie się spodziewał, krzyczy na wojaków, którzy usuneli nas z pociągu, w końcu oddaje niepodbite paszporty i znów znika. Orientujemy się, że ta zabawa ma zakończyć się odesłaniem nas na Węgry, robimy więc zrzutkę i idziemy szukać szczęścia. Uparty pogranicznik wygląda na oburzonego gdy usiłujemy wesprzeć go finansowo, nagle jednak zmienia zdanie i odmawiając pieniędzy każe przynieść paszporty. Przegląda je długo i wnikliwie, w końcu przystawia pieczątkę. Możemy odetchnąć z ulgą - graniczna przeprawa za nami. Na znak zwycięstwa przestawiamy zegarki o godzinę do przodu - z chwilą przekroczenia granicy rumuńskiej zmieniliśmy bowiem także strefę czasową.
Szybko wynosimy się na tył stacji, pod morwę. Żołnierze podążają za nami ale okazuje się, że powoduje nimi zwykła ciekawość. Są mili i onieśmieleni. Obdarowani papierosami cieszą się jak dzieci. Siedzimy wymieniając "wyrazy", jest fajnie ale czas leci i musimy pomyśleć co dalej. Pociąg do Oradei mamy za dwie godzinki, nie mamy natmiast lei. Paweł z Jarkiem udają się do pobliskiej knajpy, aby wymienić pieniądze. Małgosia żeruje na morwie. Wymiana walut w knajpach jest procesem normalnym w Rumunii więc po chwili jesteśmy w komplecie, zaopatrzeni w "pół kilo" lei. Naraz widzimy Rumuna pędzącego prosto na nas z dzikim wyrazem zarośniętej twarzy i wrzeszczącego "ja bank!, ja bank!". Istotnie, okazuje się, że w kieszeni wyświechtanych spodni ma zainstalowany przenośny kantor. Wygląda na poruszonego do głębi, gdy dowiaduje się, że wymieniliśmy już pieniądze. Stara się namówić nas na kolejną transakcję, tym razem u niego (ponoć taniej). Kiedy mówimy mu, gdzie dokonaliśmy wymiany, uspokaja się wyrażnie. Idzie do wspomnianej knajpy i wraca po chwili z naszymi dolarami. Pokazuje nam je triumfalnie, nie przestając powtarzać "ja bank", teraz jednak brzmi to już spokojnie i dumnie.
Kupujemy bilet do Sinai, końca naszej kolejowej trasy. To nasza ostatnia planowa przesiadka: mamy szansę złapać słynną "strzałę Rumunii", czyli pośpieszny pociąg Satu Mare - Bucuresti. Od wyjazdu z dworca Głównego w Warszawie minęły 32 godziny. Mimo późnego popołudnia upał nie maleje. Małgosia objadła całą morwę w zasięgu swojej ręki. Jesteśmy już znani na stacji, wszyscy przychodzą, aby nas pooglądać i powymieniać uwagi. Żołnierze starają się podkreślać, że to oni pierwsi zaznajomili się z nami. Przechadzają się w pobliżu paląc otrzymane od nas papierosy, zagadują nas i w ogóle nie odstępują nas na krok. Zdaje się, że poopuszczali swoje posterunki i zarzucili wszelkie obowiązki. Nikt już nie pilnuje stacji. Ten tak miły nastrój zostaje przerwany przez przybycie naszego pociągu.
Pociąg jest niewiarygodnie zapchany, udaje nam się wprawdzie jakoś wsiąść, ale podróż "na jednej nodze" nie jest naszym marzeniem. Jesteśmy już nieco wyczerpani, a przed nami jeszcze cała noc jazdy. Tymczasem nie pozostaje nam nic innego, jak skupić się na przesuwających się za oknem widokach. Całe pole widzenia wypełnia równina porośnięta żółtawą trawą. Nie widać domów ani wszelkich innych oznak życia. Czasem przecinamy jakieś rurociągi, znikające gdzieś na horyzoncie. Później przekonamy się, że rurociągi to jedno z wielu "bogactw naturalnych" Rumunii. Nagle dostrzegamy fabrykę. Ta przedziwna budowla przywodzi na myśl wizjonerskie, futurystyczne scenografie filmów science-fiction z lat sześćdziesiątych. Błyszczące, pękate zbiorniki, podwieszone na ażurowych rusztowaniach, metalowe kule niewiadomego przeznaczenia, niebosiężne maszty, również zwieńczone metalowymi, nieco mniejszymi kulami. Wszystko dymi różnokolorowymi dymami i błyszczy w zachodzącym słońcu. Jednak największe wrażenie robi brak jakichkolwiek innych zabudowań: cała konstrukcja wyrasta "prosto z trawy" na kompletnie pustej równinie. Do widoku takich niesamowitych, mających swój specyficzny urok przykładów "sztuki industrialnej" również przyjdzie nam przywyknąć.
Są też widoki chwytające za serce: pod Oradeą po obu stronach torów pojawiają się lasy. Nagle spomiędzy drzew wypada w pełnym galopie stado kilkunastu koni. Wyglądają zupełnie jak dzikie mustangi, nigdzie bowiem nie widać pilnujących ich jeźdźców. Akurat zachodzi słońce i rozwiane w pełnym pędzie grzywy połyskują żywą miedzią. Konie gnają równolegle do pociągu, po czym znów znikają między drzewami.
Rumuni spoglądają na nas ciekawie, są jednak raczej sympatyczni niż wrodzy. W pociągu podróżują razem z nami okazy drobiu, trzeba też uważać, żeby nie wypaść przez dziurę w podłodze. W Oradei postanawiamy zmienić wagon i zaanektować dla siebie cały przedział. Aby to zrobić musimy jednak kupić miejscówkę. Paweł z Justyną dokonują cudu: znikają biegiem w czeluściach dworca i po pięciu minutach są z powrotem z miejscówkami w ręku. Aby dotrzeć na swoje miejsca musimy jeszcze przebiec całą długość pociągu. Kiedy wreszcie dopadamy naszych miejsc pociąg rusza. Dzięki tej szybkiej akcji mamy miejsca siedzące, co szybko zaczyna owocować: zapadamy w pokrzepiający sen.
5 lipca
Pociąg jedzie teraz prosto na wschód. Droga wiedzie doliną kolejnej
"świętej rzeki" - Kereszu Szybkiego. Keresz to jeden z największych
dopływów Cisy. Jeszcze na Węgrzech, w pobliżu granicy rumuńskiej,
rzeka rozdziela swe wody pomiędzy
trzy dopływy: Keresz Szybki (węg. Sebes-Koros, rum. Crisul
Repede), przepływający m.in. przez Oradeę i Alesd, Keresz Czarny
(rum. Crisul Negru), przepływający przez m.in. Beius i Rieni oraz
położony najdalej na południe Keresz Biały (rum. Crisul Alb). Wszystkie
rumuńskie dopływy Kereszu biorą początek w Górach Zachodnio-Rumuńskich
(rum. Muntii Apuseni). Wkrótce opuszczamy dolinę Kereszu
Szybkiego i z biegiem rzeki Nadas wjeżdżamy do głównego ośrodka
miejskiego Transylwanii jakim jest Kluż (rum. Cluj-Napoca, austr.
Klausenburg, węg. Kolozsvar). Na peronie niesamowity rwetes, którego
źródłem są Rumuni oglądający na dworcowych telewizorach transmitowany
na żywo ze Stanów Zjednoczonych mecz Rumunia-Argentyna. Obsesyjne
wręcz zainteresowanie Rumunów piłką nożną (nie mówiąc już
o postawie ich drużyny na mistrzostwach świata) będzie towarzyszyło
nam przez cały lipiec. Za Klużem tory skręcają na południe, aby wraz
z rzeką Aries osiągnąć dolinę Maruszy. Marusza (rum. Mures), to kolejny
wielki dopływ Cisy. Rzeka zbiera wodę z ogromnej części Wyżyny
Transylwańskiej i Wschodnich Karpat Wewnętrznych. Zródła rzeki znajdują
się w pobliżu przełęczy Izvoru Muresului (891 m.), zamykającej od północy
łańcuch gór Hargickich (rum. Muntii Harghita). Z miast położonych
nad Maruszą do najważniejszych należą: Toplita, Deda (ważny
rozjazd kolejowy), Reghin, Tirgu Mures, Ludus, Ocna Mures, Aiud,
Alba Iulia (pomiędzy dwoma ostatnimi miastami do Maruszy wpada jej
największy dopływ - Tirnava), Deva, Lipova, Arad. Do Cisy Marusza
wpada w Szegedzie, tuż przy granicy węgiersko-serbskiej. Marusza
oddziela geograficznie Karpaty Południowe od gór Muntii Apuseni,
a jej przełom pomiędzy tymi grupami górskimi należy do najpiękniejszych
w Europie. Za Teius porzucamy Maruszę dla jej dopływu - potężnej
Tirnavy. W miejscowości Blaj Tirnava rozdziela się na dwoje.
My wybieramy południową odnogę o nazwie Tirnava Mare. Kolejne stacje
to Copsa Mica (miasto-kombinat, w którym 50% mieszkańców znajduje
zatrudnienie w fabryce sadzy, kwasu azotowego i polichlorku winylu),
Medias (również duży ośrodek przemysłowy), Sighisoara. Sighisoara
to cudowne średniowieczne miasto, skupione wokół zamkowego wzgórza.
To tutaj miał swoją letnią rezydencję Vlad Tepes, nieludzko
okrutny hospodar wołoski, władca Transylwanii, utożsamiany z postacią
hrabiego Draculi. Za Sighisoarą
pociąg wspina się na niewysoką przełęcz, po czym spada w dolinę
Aluty (rum. Olt), kolejnej wspaniałej rzeki, będącej najdłuższym
rumuńskim dopływem Dunaju. Rzeka bierze początek w pobliżu tej
samej przełęczy, spod której wypływa Marusza. Jej początkowy bieg
wiedzie wzdłuż wschodniej krawędzi gór Hargickich i gór zwanych po
rumuńsku Muntii Baraolt, prosto na południe, przez miejscowości
Balan, Miercurea Ciuc, Baile Tusnad, Sfintu Gheorge, Brasov, gdzie
wał Karpat Południowych powstrzymuje rzekę i kieruje ją na zachód.
Rzeka płynie teraz północnym podnóżem gór Fogaraskich (rum. Muntii
Fagarasului), m.in. przez miejscowości Fagaras i Avrig. Tam skręca
gwałtownie na południe i przebija się przez Karpaty Południowe
niewiarygodnym przełomem, płynąc na wysokości 300-400 metrów pośród
gór przewyższających jej lusto wody o ponad kilometr. O przełomie
tym będzie jeszcze mowa. Ostatecznie Aluta spada przez szeroką Wyżynę
Getycką (rum. Subcarpatii Getici) na płaskie pola Niziny Wołoskiej,
mijając m.in. miejscowości Rimnicu Vilcea, Dragasani, Slatina,
by w pobliżu Turnu Magurele osiągnąć zasłużenie Dunaj. Aluta, Marusza
i ich trzecia wielka siostra, rzeka Samosz (węg. Szamos, rum. Somes),
odprowadzają wody z całej Wyżyny Transylwańskiej i z otaczających Wyżynę
gór. Rytm zjawisk klimatycznych w górach odbija się na sposobie zasilania
i charakterze tych rzek, przynajmniej na dużej części ich biegu. Tak
więc np. typowe dla Karpat letnie maksima opadowe powodują letnie wezbrania,
a niekiedy karastrofalne powodzie, podczas gdy wezbrania wiosenne,
związane z tajaniem śniegu, są mniejsze i przebiegają łagodniej, gdyż
pokrywa śnieżna zanika stopniowo zależnie od wysokości nad poziomem
morza.
Wraz z Alutą (chociaż niezgodnie z jej prądem) docieramy do Brasova. Budzimy się i sprawdzamy czy mamy jeszcze plecaki. Plecaki o dziwo są, co wprawia nas w miłe zaskoczenie. Szarówka ustępuje, robi się widno. Za Brasovem pociąg zaczyna kluczyć, podjazd na przełęcz Predeal (1033 m.) to nie lada zadanie dla elektrycznej lokomotywy. Odcinek ten to jedna z najwyżej położonych linii kolejowych w Europie. Z przełęczy mamy jeszcze kilka kilometrów do Sinai. Jesteśmy tam ok. 7.00, wyrzucamy "graty" z pociągu i wreszcie stajemy na stałym lądzie. Od opuszczenia Warszawy minęło 45 godzin.
Stacja w Sinai jest wielka i pusta. Wynosimy się na świeże powietrze i zaczynamy dzień od solidnego śniadania. Potem ruszamy w miasto. Chcemy zdeponować tu część żywności a następnie przerzucić się na drugi kraniec gór Fogaraskich. W ten sposób przejdziemy Fogarasz z lżejszymi plecakami i zakończymy ten etap w Sinai, skąd po zabraniu reszty zapasów mamy w planie odwiedzić położone na zachód od Fogaraszu góry Lotru.
Sinaia okazuje się być kurortem na całkiem niezłym poziomie. Jest czysto, w sklepach nie brak towaru. Ludzie poubierani są "po europejsku", równie schludnie i zachęcająco wyglądają hoteliki. Zabudowa jest malownicza, domy opasują nieszablonowe galeryjki, narożniki domów zwieńczone są strzelistymi wież yczkami. Być może powodem tego dostatku Sinai jest fakt, że jedną ze swych willi miał tutaj "boski Nicolae, Słońce Karpat", miasto musiało więc nabrać odpowiedniego, reprezentacyjnego wyglądu. Główną atrakcją krajoznawczą Sinai (pomijając frapujący "całokształt"), jest dawna rezydencja królów rumuńskich, położona w niewielkiej bocznej dolinie. Rezydencja składa się z trzech pałaców i licznych "budynków uzupełniających", rozrzuconych po malowniczym parku. Pałace nie stanowią arcydzieł architektury, mimo to tworzą całość tak urozmaiconą, że zdają się pochodzić z dziecinnych snów. W muzeum mieszczącym się w jednym z pałaców można obejrzeć kolekcję średniowiecznego uzbrojenia, zbiory broni indyjskiej, perskiej, arabskiej i tureckiej. Kompleks pałacowy pochodzi z połowy XIX wieku. Dla kogoś kto chciałby cofnąć się do bardziej zamierzchłych czasów, ukojeniem żądz będzie stojący niedaleko centrum stary klasztor zbudowany w 1695 roku.
Rozkładamy się na obszernym placu w centrum miasteczka. Idę z Pawłem do węgierskiego kościoła, wydaje nam się, że tam nasz depozyt będzie najbezpieczniejszy. Tymczasem młodociana siostra informuje nas, że "padre" nie może nas przyjąć. Po kilku minutach rezygnujemy z pertraktacji z siostrą, która absolutnie nie wyraża chęci do jakiejkolwiek współpracy. Rozmowy jakie prowadzimy w domach prywatnych także nie odnoszą pożądanego skutku. Paweł zużył nasz cały zapas czystych kartek na "wizualizację" naszych próśb, powoli zaczynają nas boleć ręce od rozmowy, a Rumuni wykręcają się jak mogą. Na szczęście okazuje się, że Małgosi i Jarkowi poszło trochę lepiej: możemy zostawić żywność w kuchni wielkiego hotelu "Montana", jednego z najbardziej reprezentacyjnych hoteli Sinai. Chowamy się w szerokiej bramie, aby dokonać podziału jedzenia. Po chwili czujemy się nieswojo: dookoła nas zaczyna gromadzić się wianuszek Rumunów, obserwujących nasze poczynania. Przepakowywanie wymaga wyjęcia prawie wszystkiego z plecaków, nasze rzeczy pokrywają teraz grubą warstwą kilka ładnych metrów kwadratowych powierzchni. Tymczasem wianuszek gapiów powiększa się i zacieśnia. Sytuacja nie jest ciekawa, na szczęście Rumuni nie podejmują żadnych działań zaczepnych. Po kilkunastu minutach plecaki są znowu spakowane, a mająca pozostać w Sinai część żywności spokojnie spoczywa w kartonach zdobytych w pobliskim sklepie. ze sklepu. Odnosimy kartony do "Montany" i obiecujemy zgłosić się po nie przed upływem dwóch tygodni. W drodze na dworzec odwiedzamy jeszcze targ miejski, zjawisko stanowiące klasę dla samego siebie. Stragany uginają się od serów, warzyw i wyrobów rękodzieła wiejskiego. Hałdy papryki przesłaniają widok, owoce pachną odurzająco. Rumuni odziani są w swoje codzienne stroje, ale dla nas ich "ludowość" jest niepodważalna. Wyszywane, płócienne koszule, chusty noszone przez kobiety, "kierpce" z podwiniętymi noskami - wszystko, co gdzie indziej stanowi już tylko eksponat muzealny, w Rumunii jest elementem codziennego życia. Targ to najbardziej ruchliwy i gwarny punkt miasteczka. Towarem jest tu wszystko - przede wszystkim owoce, sery i warzywa, ale także miód, sól, nafta, mąka, chleb z domowego, tradycyjnego wypieku, ozdoby, korale, płótno, kwiat lipy, którym handluje się tu prosto z worków. Jedyne, czego brakuje, to wino. Jest jednak jeszcze na nie trochę za wcześnie. Dopiero pod koniec wyjazdu zaczniemy napotykać na wiejskich targach chłopów sprzedających wino bezpośrednio z wielkich beczek, młode, pachnące słońcem wino, równie dostępne i tanie jak woda.
Tymczasem nadchodzi pora przerzutu do Brasova. Z żalem opuszczamy targowisko i objuczeni owocami podążamy na dworzec. "Osobowiec" do Brasova nadjeżdża punktualnie (punktualność jest wyróżnikiem kolei rumuńskich) i nieśpiesznie zaczyna piąć się w kierunku Predealu.
Możemy teraz na spokojnie, w pełnym świetle dnia obejrzeć przełom rzeki Prahovy. Prahova wypływa spod przełęczy Predeal i płynąc początkowo na południe, później zaś na wschód, łączy swe wody z Ialomicą, kolejnym wielkim dopływem Dunaju. Prahova tworzy poniżej Predealu malowniczy przełom. Dolina rzeki rozdziela należące do Karpat Południowych Muntii Bucegi oraz leżące już w Karpatach Wschodnich Muntii Baiului, wchodzące w skład grupy Muntii Girbova. Największe wrażenie robi początkowa część przełomu - od Predealu do Sinai, gdzie od zachodu wznosi się niebosiężna ściana Muntii Bucegi. Zobaczmy, co o tych górach pisze prof. Kondracki: " Bucegi (...) jest pasmem o kierunku południkowym, rozciągającym się po zachodniej stronie doliny Prahovy, przy czym największą wysokość (Omul - 2507 m.) osiąga w części środkowej, gdzie skaliste ściany opadają w stronę miejscowości Azuga i Busteni urwiskami o wysokości względnej prawie 1700 metrów, stwarzając scenerię prawdziwie alpejską. Górna granica lasu jest tu lokalnie obniżona do wys. tylko 1400-1500 metrów ze względu na występowanie ścian skalnych. (...) Pasmo jest asymetryczne, gdyż stromo opada ku wschodowi, natomiast tworzy łagodnie nachyloną powierzchnię w kierunku zachodnim. Wierzchowinę urozmaicają fantastyczne formy skalne wietrzejących zlepieńców w postaci grzybów skalnych, sfinksów czy postaci ludzkich nazywane "babele" (tj. baby). Po zachodniej stronie u źródeł Ialomicy występują formy związane ze zlodowaceniem, a także formy krasowe, w tym jaskinie. Ponieważ u stóp gór biegnie doliną Prahovy ważny szlak komunikacyjny, (...) powstały tu miejscowości wypoczynkowe, turystyczne i narciarskie, z których największą jest Sinaia. W związku z tym ta część Karpat Południowych jest najlepiej zagospodarowana turystycznie, ma liczne schroniska, hotele a także koleje linowe i wyciągi narciarskie." Tyle prof. Kondracki. Trzeba przyznać: Bucegi górują nad doliną ("górują" - to mało powiedziane).
Brasov. Nie ma czasu na nic. "Na styk" łapiemy osobowy skład do Podu Olt. Pokonujemy niewysoką przełęcz Persani, będącą bramą między Kotliną Braszowską (rum. Depresiunea Brasovului) a Kotliną Fogaraską (rum. Depresiunea Fagarasului). Obie kotliny rozdzielone są pasmem gór Muntii Persani. A zatem znów wjeżdżamy w dolinę Aluty. Tory niemal cały czas nie opuszczają bezpośredniego sąsiedztwa rzeki. Pociąg wlecze się nie przekraczając czasem prędkości piechura. Czas upływa nam na jedzeniu (tego nigdy za wiele) i kontemplacji widoków. Na południu widać doskonale góry Fogaraskie. Robią duże wrażenie, niestety, ich wierzchołki schowane są w chmurach. Na jednej ze stacyjek wsiada Rumun z owcą. Małgosia idzie oglądać owcę, która wygląda na doświadczoną w podróżowaniu koleją. Stoi całkiem spokojnie i sprawia wrażenie zadowolonej.
Po nieskończonych czterech godzinach docieramy do Podu Olt. To mała wioseczka, której główną atrakcją jest rozjazd kolejowy. Nasz pociąg kieruje się w stronę Sibiu, my zaś zostajemy na peronie. Mamy tu przesiadkę na pociąg do Rimnicu Vilcea, który zawiezie nas do punktu startowego, z którego wreszcie ruszymy w góry. Tymczasem znowu daje znać o sobie rumuńska pomysłowość: okazuje się, że nasz pociąg zaczyna bieg nie z Podu Olt ale z odległej o ok. 2 km. wsi Turnu Rosu. Mamy więc przed sobą spacerek. Zamierzamy właśnie opuścić stację, gdy naszą uwagę przykuwa towarowy pociąg stojący na jednym z bocznych torów. Pociąg złożony jest z wagonów-cystern. Na owych wagonach zaczynają gromadzić się obładowani Rumuni, wyraźnie na coś czekając. Zdaje się, że towarowiec zaraz odjedzie w kierunku Turnu Rosu. Paweł upewnia się co do tego "u źródeł" (czyli w lokomotywie) i wkrótce także my lokujemy się na platformach między cysternami. Gdy pociąg rusza, na peron wychodzi rumuńska policja. Na ucieczkę jest już za późno ale nasze obawy są niepotrzebne: policjanci już nas dojrzeli i machają do nas radośnie. Czujemy, że już nic nas nie zdziwi w Rumunii. Podróż niecodziennym "stopem" trwa parę minut. W Turnu Rosu czeka już na nas pociąg, a w zasadzie wagon motorowy. Do odjazdu godzina. Rozkładamy się pod drzewem za stacją. Na stacji namierzamy sklep zaopatrzony głównie w wino "w cenie barszczu" i w kompoty w wielkich, kapslowanych słojach. Zdaje się, że Rumunia nie wykupiła patentu na gwinty i wszelkie słoje są tam kapslowane. Należy zatem zastanowić się przed zakupieniem np. półlitrowego słoika dżemu, ponieważ prawdopodobnie będzie trzeba go zjeść za jednym zamachem. Jeżeli chodzi o kompoty, to nie mieliśmy żadnych kłopotów z opróżnieniem za jednym zamachem trzech litrowych słojów. Równie gładko poszło z trzema butlami wina. Późnym popołudniem nasz motowagon rusza i zagłębiamy się w cudowny przełom Aluty.
Przełom ten, zwany Przełomem Czerwonej Wieży, to prawdziwy cud natury. Rzeka Aluta płynąc sobie spokojnie przez Kotlinę Fogaraską, postanowiła raptem skręcić na południe i dokonać rzeczy niemożliwej: przebić się przez zwarty, niebosiężny wał Karpat Południowych. To, co nie udało się Alucie pod Predealem, tu stało się rzeczywistością. Rzeka tnie na pół Karpaty Południowe w ich najwyższej części: od zachodu nad doliną góruje pasmo Lotru, osiągające w odległości kilkunastu kilometrów od przełomu wysokość 2066 metrów (Vrf. Floarei), od wschodu zaś masyw Fogaraszu w niewiele większej odległości od przełomu kłuje niebo wierzchołkiem góry Suru (2283 m). Rzeka płynie na tym odcinku na wysokości ok. 350 m. Z obu stron wznoszą się niemal pionowe ściany, tak że droga i linia kolejowa dokonują cudów, żeby zmieścić się w wąskim gardle doliny. Miejscami ściany schodzą się tak blisko, że droga biegnie korytem rzeki, nad taflą wody, na słupach wbitych w jej dno. Kolej przebija się przez niezliczone tunele, mostki, czepia się półek skalnych, czasem także korzysta z umieszczonych na palach odcinkach drogi. W takich warunkach pociąg nie może rozwinąć dużej prędkości więc przesuwającymi się za oknem widokami można nasycić się do woli. Najładniejszy jest południowy odcinek przełomu. Na wysokości Obniżenia Lotru odsłania się nieziemski widok na góry Muntii Capatinii, następnie pociąg przebija się przez wschodni kraniec tych gór, by w końcu w okolicach miejscowości Calimanesti "wypłynąć na spokojniejsze wody". Przed Calimanesti z okna pociągu dostrzec można dwa wiekowe monastyry, w tym zabytkowy w skali światowej monastyr Cozia. Natomiast w początkowej, północnej części przełomu uwagę przykuwają resztki wieży, będącej pozostałością fortyfikacji wzniesionych przez Węgrów na przebiegającej tędy granicy między monarchią Austro-Węgierską a obszarami opanowanymi przez Turków.
Jedziemy powoli, podziwiamy widoki i kunszt Rumunów, którym udało się przeprowadzić tędy szlak komunikacyjny. Rzeka jest rwąca i wygląda na dziką, chociaż w pewnym miejscu zauważamy coś w rodzaju tamy, tyle, że biegnącej wzdłuż rzeki. Trochę dalej wzrok przyciąga wystająca nad taflę wody łyżka na długim wysięgniku - znak, że tu właśnie porzucono koparkę. No cóż - Rumunia. Po godzinie osiągamy wieś Ciineni. Kończy się maraton kolejowy, zaczynamy atak na Fogarasz.
Warto może w tym momencie zerknąć znów do klasycznej książki prof. Kondrackiego. O paśmie gór Fogaraskich można tam przeczytać m.in.: "Grupa Fogaraska (...) obejmuje najwyższe wzniesienia Karpat Południowych, zbudowane ze skał krystalicznych i metamorficznych. (...) Główne pasmo gór Fogaraskich ma około 70 kilometrów długości, przy czym w środkowej części na długości 35 kilometrów grzbiet gór nie schodzi poniżej 2000 metrów. Głównymi wierzchołkami są: Suru (2281), Negoiu (2536), Calunu (2523), Buteanu (2508), najwyższy Moldoveanu (2544), Urlei (2384), Buzdugan (2179). Na tym odcinku lodowce cyrkowe z małymi jeziorkami występują po obu stronach głównego grzbietu, a poniżej nich typowe koryta lodowcowe o niewyrównanym profilu podłużnym. Większą od 1 ha powierzchnię mają jeziorka: Bilea (4.6 ha, 11.4 m głęb.), Podragu Mare (2.8 ha, 15.5 m głęb.), Urlea (2.1 ha, 4 m głęb.), Capra (1.8 ha, 8 m głęb.), Avrig (1.4 ha, 4.3 m głęb.). Rozmieszczenie moren wskazuje, że długość lodowców po stronie północnej dochodziła do 8 kilometrów. Obustronne podcięcie grzbietu przez wietrzenie mrozowe wytworzyło miejscami ostre granie i turnie, choć charakter skał nie pozwolił na powstanie tego typu ścian skalnych jak w Tatrach. Północny skłon gór Fogaraskich, gdzie na odległości 12 kilometrów deniwelacje dochodzą do 1900 metrów, jest bardziej stromy od stoków południowych rozczłonkowanych erozyjnie na szereg długich, kilkunastokilometrowych ramion. Góry są prawie bezludne i silnie zalesione do wysokości 1700-1800 metrów. Wyżej istnieje piętro kosówki i skalne, istnieją także hale z wypasem owiec. W skład fauny górskiej wchodzą m.in. kozice, rysie i żbiki."
Tyle Kondracki, wracajmy do opowieści...
Droga do wsi wiedzie przez most na Alucie. To co widzimy przypomina obrazki żywcem wyjęte z "National Geographic": chałupy poskładane z glinianych cegieł, w większości kryte słomianymi strzechami. Na długiej, rozkopanej kopytami zwierząt drodze, bawią się nagie dzieci, chociaż niezupełnie nagie, bo "przyodziane" w zaschniętą skorupkę z błota. Na progach chałup postacie starych ludzi, wyglądających na minimum sto lat i z mądrością całego Wszechświata w oczach. Wszędzie plączą się kozy, woły, gęsi i inne domowe zwierzęta, równie brudne jak dzielące z nimi te same kałuże dzieci. Zabudowa jest zwarta i chaotyczna. Domki niekiedy przylegają do siebie, inne rozdzielone są błotnistymi podwórkami, przydomowymi ogródkami lub kępami krzewów. Widać biedę żyjących tu ludzi, wszystko wydaje się być prowizoryczne i tymczasowe.
Nasze przejście przez wieś wywołuje zrozumiałe poruszenie wśród jej mieszkańców. Życie jakby zastyga wokół nas, odprowadzają nas spojrzenia, słyszymy wypowiadane w naszym kierunku uwagi. Dzieci są jak zwykle najśmielsze, podbiegają do nas, mówią coś, śmieją się. Prowadzimy rozdawnictwo cukierków, potem jednak porzucamy ten proceder, bowiem ilość dzieci rośnie eksponencjalnie. Powoli łańcuch chałup przerzedza się, po obu stronach drogi widać teraz łąki. Skoro tak wygląda wieś położona przy ruchliwym szlaku komunikacyjnym, to czego możemy spodziewać się po osadach położonych wyżej w górach?
Dolina, którą idziemy nosi nazwę Valea Cotii. Po obu jej stronach wznoszą się boczne grzbieciki Fogaraszu: Culmea Cotii oraz Culmea Zanoaga Ciinenilor. Wąskie łąki przylegające do drogi ustępują miejsca lasowi mieszanemu. Droga robi się coraz węższa, zaczyna też zapadać zmrok. Szukamy miejsca na nocleg. Mijamy polanki nadające się doskonale do tego celu, nie zatrzymujemy się jednak chcąc oddalić się jak najbardziej od cywilizacji. W końcu decydujemy się na miłą, rozległą polanę w zakolu potoku, odległą od Ciineni o jakąś godzinę drogi. Już po chwili płonie ognisko i wokół roznoszą się boskie zapachy: pierwszy "prawdziwy" posiłek po dwóch dobach podróży to naprawdę wielka chwila. Ryż z mielonką i garścią przypraw to prawdziwie boskie danie. Szczęścia dopełniają dwie butle wina, kupione przezornie w Turnu Rosu. Mimo zmęczenia długo siedzimy przy ognisku i rozmawiamy o tym co widzieliśmy przez ostatnie dwa dni. Jest prawie północ, kiedy rozchodzimy się do namiotów. Sen dobrze nam zrobi, w końcu przez ostatnie dwie noce prawie nie spaliśmy.
6 lipca
Jak było do przewidzenia, świt wstał tego dnia znacznie wcześniej
niż my. Nie przejęliśmy się tym jednak zbytnio, jako że ten obrót
wydarzeń był zaplanowany (planowanie rzeczy nieuniknionych bardzo
dobrze robi na psychikę).
Co do mnie, obudził mnie dźwięk przypominający sapanie zafrasowanej czymś bardzo lokomotywy parowej. Wystawiwszy ostrożnie głowę z namiotu zlokalizowałem źródło sapania, którym okazała się być dorodna krowa. Uspokojony powróciłem do namiotu, żeby się ubrać. Gdy wygrzebałem się w końcu na światło dzienne, stwierdziłem, że krowa rozmnożyła się do niewielkiego stadka. Śniadanie zjedliśmy zatem w miłym towarzystwie krów, które kręciły się w bezpośredniej bliskości namiotów, nie wykazując jednak niecnych zamiarów.
Pokrzepieni ruszamy porzuconą dnia poprzedniego drogą. Zanika ona wraz z wysokością i zamienia się wkrótce w ledwo dostrzegalną ścieżkę. Potok również jest coraz mniejszy, ostatecznie przybiera postać nikłej strużki i wtedy nabieramy wodę do zabranych z Warszawy plastikowych butelek. Jesteśmy już dosyć wysoko w dolinie, postanawimy więc porzucić "virtualną" ścieżkę i przebić się lasem na grzbiet Culmea Cotii. Zaczyna się prawdziwa zabawa: wspinamy się dość stromym zboczem, gęsty podszyt i skłębione gałęzie starają się nas powstrzymać i trzeba przyznać, nieźle utrudniają nam podchodzenie. Często musimy kluczyć, gąszcz gałęzi stanowi miejscami przeszkodę nie do pokonania. Jesteśmy zlani potem (słońce pokazuje swój "południowy pazur"), podrapani, obsypani drobinami kory i liści, oblepieni pyłem jaki wzbijamy z ziemi i otrząsamy z drzew. Po kilkunastu minutach natrafiamy na cudownej piękności dwumetrowy wodospad. Decyzja jest jedna. Robimy postój i taplamy się w niecce wyżłobionej przez spadającą z góry kaskadę. Woda jest lodowata więc wyskakujemy z niej równie prędko jak doń weszliśmy. Po rajskiej kąpieli ruszamy dalej i po następnych dwudziestu minutach "krzalowania" osiągamy grzbiet. Posuwamy się teraz ścieżyną wydeptaną w wysokiej trawie. Jesteśmy na wysokości górnej granicy lasu, pogoda jest niezła, w oddali dostrzegamy kilka górujących nad nami bezleśnych pasm. Na godzinę przed zmierzchem docieramy do grzbietu głównego. Nocujemy na płaskim siodełku, niedaleko miejsca, gdzie "nasz" grzbiet łączy się z głównym. Według map austryjackich jesteśmy na wysokości 1807 m. Zachodni horyzont zamyka Vrf. Tatarului (1896 m.), na wschodzie wznosi się Vrf. Cocoriciul (2034 m.). Nieco poniżej przełączki spośród skał bije dość wydajne źródło, nie musimy się więc martwić o wodę. Siedzimy przy ognisku wspominając kolację, gdy z ciemności wyłania się pasterz w towarzystwie dwóch psów. W milczeniu przysiada się do ogniska. Próbujemy nawiązać kontakt ale Rumun nie jest zbyt rozmowny. Psy trzymają się z daleka. Częstujemy pasterza zarezerwowanymi na takie okazje papierosami i szykujemy się do snu. Rumun znika równie bezszelestnie jak się pojawił.
7 lipca
Rano przez naszą przełączkę przewalają się owce. Jest ich kilkaset,
przemieszczają się powoli, podzielone na niewielkie grupki.
Psy pasterskie zgromadziły się wokół obozu i obserwują nasze poczynania.
Małgosia zajmuje się ich dokarmianiem, są jednak zbyt płochliwe,
żeby jeść z ręki. W końcu udaje jej się zdobyć zaufanie jednego
z nich i wkrótce możemy podziwiać jak nasze zapasy znikają w przepastnej
gardzieli psa. W pobliżu pojawiają się też Rumuni. Notujemy
przypadki zadziwiającego podobieństwa fizycznego pasterzy ubranych
w owcze skóry, owiec, oraz białych, kudłatych psów pasterskich.
"Na dzień dobry" wdrapujemy się na Cocoriciul (2034 m.). Zbocze jest trawiaste i usiane kamieniami. Z wierzchołka wspaniały widok na Fogarasz, niestety jeden z ostatnich, co zwiastują szybko gęstniejące chmury. Następny szczyt to Vrf. Lacustelor (2155 m.), za którym skręcamy nieco na północ, aby podszczytowym trawersem minąć postrzępiony masyw Surula (2281 m.). Niemal z każdym krokiem na wschód teren staje się coraz bardziej skalisty. Trawa ustępuje miejsca kamiennym gołoborzom, zdarzają się też niewielkie płaty śniegu. Korzystamy z chwilowych przejaśnień i robimy zdjęcia, niestety pogoda pogarsza się systematycznie. Na przełęczy za Surulem z mgły dobiega nas ostre szczekanie i po chwili mamy na karku psy. Są agresywne i chyba tylko ze względu na naszą liczebność powstrzymują się od bezpośredniego ataku. Mgła robi się naprawdę gęsta i musimy iść blisko siebie, żeby nie stracić się z oczu. Jest dotkliwie zimno, nie zatrzymujemy się więc i zdobywamy następną górkę, jaką jest Vrf. Budislavul (2345 m.). Jako że nic nie widać, szybko "zspinamy" się z owładniętego mgłą i wiatrem szczytu. Bardzo pomocne są klamry i łańcuchy, którymi ubezpieczone są niektóre fragmenty ścieżki. Za Budislavulem szlak opuszcza grzbiet i spada nad jeziorko Avrig (rum. Lacul Avrigului, austr. Frecker See), położone na wysokości 2011 m. Nad jeziorkiem spotykamy grupkę turystów rumuńskich. Rumuni mają tu małe obozowisko złożone z kilku namiotów. Rozmawiamy jakiś czas i przez chwilę zastanawiamy się, czy nie zostać tu na noc, tym bardziej, że zaczyna padać deszcz. Miejsce jest ładne ale widać też, że często obozują tu ludzie o wątpliwej kulturze turystycznej: na dnie jeziora i wokół niego zalegają pokłady puszek i innych śmieci podejrzanej proweniencji. Być może właśnie dlatego postanawiamy iść dalej. Mżawka nie jest zbyt uciążliwa i po chwili jesteśmy znów na grzbiecie. Schodząc nad jeziorko zrobiliśmy trawers szczytu Ciortea (austr. Hohe Scharte, 2426 m.). Po godzince marszu wchodzimy na trawers góry Vrf. Scara (2313 m.). Tymczasem mżawka zamienia się w deszcz a w oddali zaczyna grzmieć. Na szczęście na przełęczy za Scarą napotykamy refugiu - schron górski, model rumuński. Refugiu to śmieszna, czerwona puszka, długa na ok. 3 metry, szeroka i wysoka na ok. 2 metry. Niemal całe wnętrze zajmują piętrowe prycze. Schron stoi na samym grzbiecie, wokół nie ma więc szansy na wodę, nie mówiąc już o drewnie na opał. Korzystamy z resztek dnia (i z tego, że burza wciąż jest daleko) i schodzimy ok. 200 metrów, aby w niewielkiej dolince znaleźć bijący ze skały strumyk. Z opałem jest gorzej. Przez dłuższy czas, wspólnymi siłami zbieramy małe patyczki, zeschnięte odchody zwierząt, kosówkę i przede wszystkim płożące się po ziemi rododendrony, posiadające kilkucentymetrowe, zdrewniałe korzonki. Praca jest katorżnicza a efekt marny. Deszcz leje już całkiem bezwstydnie, gdy wreszcie udaje nam się rozpalić ognisko (a raczej "dymisko") i zagotować wodę na żarełko. Posileni wracamy na grzbiet i lokujemy się w refugiu. Noc i burza biorą nas w posiadanie. Wiatr szarpie całą konstrukcją, która opiera się dzielnie, przymocowana do podłoża stalowymi linami. Można powiedzieć, że burza kołysze nas do snu (cała buda chodzi tam i z powrotem). Zasypiamy wschłuchani w deszcz i basowe grzmoty.
8 lipca
Rano widoczność jest lepsza. Wreszcie coś widać, chociaż główną z
widocznych rzeczy są, niestety, "chmurwy". Zwijamy się szybko, jako
że nie musieliśmy korzystać tej nocy z namiotów. Przeskakujemy kolejno
Moscovul (2277 m.) i Vrf. Serbotii (2332 m.), aby znaleźć się na podejściu
na najwyższą w tej części Alp Transylwańskich górę, jaką jest Vrf. Negoiu
(2544 m.). Podejście zaczynamy z głębokiej przełęczy, droga wiedzie przez
kamienne rumowiska i skalne zerwy, góry "łapią" tutaj prawdziwie alpejski
charakter. Jak było do przewidzenia, pogoda psuje się znowu i ze szczytu
nie widać nic z wyjątkiem chmur. Równie zawiedzeni są Rumuni i Niemcy,
których spotykamy na szczycie. No cóż, trzeba tu będzie przyjechać raz
jeszcze. Wąską granią przechodzimy na sąsiadujący z Negoiu Vrf. Lespedii
(inna nazwa rumuńska: Caltunul, 2528 m.). Dalej droga wiedzie przez
Vrf. Laitelul (2289 m.) i Vrf. Laitii (2405 m.). Gdzieś pomiędzy tymi
szczytami spotykamy grupkę rumuńskich turystów. Wyglądają na niezłych
"wyrypiarzy", standardem sprzętu biją nas na głowę, mają też świetną,
wpółczesną (może wojskową?) mapę - "pięćdziesiątkę". Korzystamy z tego
spotkania z kwiatem młodzieży rumuńskiej i wypytujemy ich trochę gdzie
i jak warto iść. Rumuni zgadzają się z nami, że wysokogórskie jezioro
Bilea, położone tuż przy głównym grzbiecie jest
warte grzechu. Dowiadujemy się, że wiodą nad nie dwie drogi - prostsza
i trudniejsza. Rzecz jasna, chcemy iść trudniejszą. Zmieniamy jednak
zdanie, gdy dowiadujemy się, że przejście jej wymaga kilkudziesięciu
metrów dobrej liny, haków, bloczków i tym podobnych wspinaczkowych
akcesoriów, których nie posiadamy. Nad jeziorem znajduje się letnia
baza Salvamontu, czyli rumuńskiej ratowniczej służby górskiej. Decydujemy,
że spędzimy noc nad jeziorem i kierujemy się na wskazaną nam przez
Rumunów "prostszą drogę". Przedtem jednak przeskakujemy ostrą granią
Vrf. Laitii (2405 m.) oraz Vrf. Paltina (2401 m.). W prostej linii szczyty
te są oddalone o jakiś kilometr, jednak postrzępioną turnią idziemy ten
odcinek grubo ponad pół godziny. Zdarza się, że musimy zdejmować plecaki
i opuszczać je na linie, po prostu nie mieścimy się z nimi na wąskich
półeczkach. Za Paltiną wchodzimy na boczny grzbiecik, z którego do
dolinki z jeziorem prowadzi polecona nam "prostsza droga". Okazuje się
nią być dwustumetrowy, niemal pionowy żleb - komin, noszący wdzięczną
nazwę Strunga Dracului (co można przetłumaczyć jako Przesmyk Drakuli).
Całe dwieście metrów jest ubezpieczone łańcuchami, mimo to opuszczanie
się żlebem z plecakami wymaga miejscami umiejętności magicznych. Zabawa
jest przednia, niestety żleb kończy się, kończy się też nasz dzisiejszy
odcinek - jesteśmy nad jeziorem (w zasadzie NAD jeziorem byliśmy do tej
pory, teraz jesteśmy już tylko koło niego).
Baza Salvamontu to duży, płócienny namiot. Wyposażenie stanowią szerokie prycze oraz długi, drewniany stół. Oświetlenie zapewnia naftowa lampa, podwieszona na jednym z wewnętrznych masztów. Przyjmuje nas zarośnięty Rumun, który, jak dowiadujemy się poźniej, mieszka tu przez całe lato, opiekuje się bazą, gości turystów i przeprowadza ewentualne akcje ratunkowe. Wykorzystujemy poznane niedawno słówka rumuńskie, aby ustalić, ile będzie kosztował nocleg. O dziwo, Rumun rozumie nas, co więcej, my także rozumiemy jego odpowiedź. Nocleg jest bezpłatny. Bierzemy się za przyrządzanie posiłku, Rumun tymczasem zostawia nas samych i znika pomiędzy skałami otaczającymi dolinkę. Zdaje się, że jest typem samotnika stroniącego od ludzi.
Z jeziora wypływa niewielki potok, możemy więc się umyć, a nieuzasadniony ten zabieg zaowocuje już wkrótce w bardzo nieprzyjemny sposób. Nie uprzedzajmy jednak faktów... Po posiłku, mimo wczesnej stosunkowo pory kładziemy się spać, zmęczeni dzisiejszą przeprawą z Negoiu. Noc jest zimna, może więc wreszcie zobaczymy jutro coś więcej niż, skądinąd bardzo ładne, chmury.
9 lipca
Rano Rumun wstaje przed piątą i hałasuje. Nam nie pozostaje
nic innego jak wstać również, tym bardziej, że pogoda zapowiada się
wspaniale.
Ruszamy ostro pod górę i przez kotę 2315 m. docieramy na skalisty szczyt Vinatorea Lui Buteanu (2508 m.). Szlak jest nieźle eksponowany, miejscami ubezpieczony łańcuchami i klamrami, z których część jest obluzowana bądź wyrwana ze skały, co zwiększa atrakcyjność ścieżki. Często trawersujemy kilkudziesięciometrowe płaty śniegu. Warunki klimatyczne zmienne: doświadczamy na przemian palącego słońca i przeszywającego wiatru. O pokłosiu jakie zbiera tu burza dobitnie świadczą krzyże ciągnące się wzdłuż grani. Mijamy kolejne kulminacje grzbietu, których przewyższenia nad przełączkami nie przekraczają 200 metrów. Do tych najbardziej wyniosłych kulminacji należą Vertopelul (2451 m.) i Vertopul (2474 m.). Idzie nam się dobrze, niestety u Violki, która poprzedniego wieczora postanowiła umyć głowę, zaczynają występować objawy przeziębienia. Sytuacja robi się mizerna i zaczynamy zastanawiać się nad sprowadzeniem Violki "na niziny", wysoko w górach jej szanse na szybkie przyjście do siebie są nikłe. Tymczasem zmniejszamy tempo, co zresztą nie jest trudne, bowiem tego dnia rzeczywiście "coś" widać i zatrzymujemy się często w celach fotograficznych. Ostatecznie, mimo że do zmroku pozostało jeszcze dużo czasu, schodzimy z grzbietu i trawersując południowo-wschodnie zbocza Vertopula docieramy do niewielkiej, wiszącej dolinki, rokującej idealne warunki noclegowe. W dolince znajdujemy refugiu i koczującego samotnie niemieckiego turystę. Resztę dnia spędzamy na zbieraniu rododendronów. Niemiec pije piątą herbatkę zrobioną na gazie i obserwuje ze zdziwieniem nasze pierwotne metody gotowania. Jego zdziwinie rośnie, gdy dowiaduje się, że my też mamy gaz ale przeznaczamy go na naprawdę trudne chwile. Po godzinie gotowania na dymie z rododendronów mamy już posiłek. Gdy po chwili spokojnie zaczynamy zabawę od nowa (herbatka), Niemiec ucieka do swojego namiotu. Paweł zaczyna zmagania z ogniem a ja wraz z Małgosią idziemy po wodę. I tu czeka nas zaskoczenie (chociaż tak naprawdę mogliśmy to przewidzieć): płat śniegu, z którego braliśmy wodę, znalazł się w cieniu i przestał się topić. W istocie wypływająca spod niego strużka zmniejszyła swoją wydajność do kilkudziesięciu kropli na minutę. Rozkładamy się "na brzegu" tego cieku wodnego i konwersujemy. Przedtem uprzedzamy Pawła, żeby chwilowo oszczędzał rododendrony, gdyż woda przybędzie z opóźnieniem.
Prawdopodobnie dlatego, że rozłożyliśmy się już na nocleg, pogoda wyraźnie się poprawiła i z naszej dolinki widać znajdujące się daleko pod nami zalesione boczne grzbiety. O zmierzchu, po wypracowanej przez cały kolektyw herbatce, siedzimy przy ognisku i śpiewamy. Niemiec odwiedza nas znowu i tym razem serwuje nam własną herbatę (czas przygotowania - 5 minut). Violka twierdzi, że czuje się znośnie, nie wygląda jednak zbyt dobrze. Podajemy jej uderzeniowy zestaw leków, to wszystko, co możemy zrobić w tej chwili. O tym, czy będzie mogła iść dalej zadecyduje dzień jutrzejszy. Jako że musimy oszczędzać rododendrony na rano, nie podtrzymujemy wątłego ogniska i wkrótce idziemy spać. Nad dolinę nadciąga noc a wraz z nią przejmujący chłód. To nasz trzeci nocleg powyżej 2000 metrów. Niestety z powodu choroby Violki może okazać się ostatnim...
10 lipca
Rano znowu kłopoty z wodą: płat śniegu zupełnie zamarzł przez
noc i nie można z niego wycisnąć ani kropli. Sam śnieg jest zbyt brudny,
aby uzyskać z niego wodę. Jego powierzchnia ma podobnie brunatną barwę
jak otaczająca go ziemia. W tej sytuacji "wyrabiam GOT-y" w poszukiwaniu
jakiegoś źródełka. Ostatecznie znajduję niezłą stróżkę, tyle, że bijącą
ze skały w dosyć niedostępnym, eksponowanum miejscu. Docieram tam jakoś
i jedną ręką trzymając się "zarysowanej nożem" szczeliny, drugą podstawiam
butelki pod cienką kaskadę. Nie mam zbyt dobrego oparcia, więc staram się
nie poruszać. Napełnione butelki przypieram nogą do skały, zakręcam
wolną ręką
i po prostu zrzucam na położoną kilka metrów poniżej plaskatą półeczkę.
Z bliska jeszcze to jakoś wygląda ale z obozu sprawiało to ponoć wrażenie
nieudolnej próby samobójczej.
Wychodzimy na grzbiet i już po chwili widać, że z Violką jest źle. Podejmujemy trudną decyzję o podzieleniu się na dwie grupy: Justyna, Paweł i Jarek będą kończyć grzbiet Fogaraszu, Małgosia wraz ze mną zejdzie w doliny, gdzie zajmiemy się doprowadzaniem Violki do jako takiej formy. Ponownie mamy się spotkać po trzech - czterech dniach w pobliżu miasteczka Zarnesti, flankującego wschodnią rubież Fogaraszu.
Już we trójkę schodzimy w kierunku doliny potoku Arpasul, gdzie jakieś 200 metrów poniżej grzbietu znajduje się Cabana, czyli schronisko górskie. Otacza nas gęsta mgła i gdy zaczynam wątpić, czy w ogóle uda nam się trafić do Cabany, dosłownie wpadam na nią nosem.
Schronisko (pełna nazwa: Cabana Podragu) okazuje się być całkiem przyjemnym miejscem. Nastrój przypomina trochę ten znany z tatrzańskiej "piątki": na sali głównej grube, drewniane stoły, przy nich pochyleni nad mapami brodaci "goście". Gwar rozmów przerywają co jakiś czas nowi wędrowcy, którzy wraz z wiatrem i mgłą wpadają do izby, zrzucają z siebie kilogramy sprzętu i głośno witają się z obecnymi. Bar serwuje póki co jedynie gorącą herbatę, nikt jednak nie oczekuje niczego więcej. Po kątach, na "glebie" leżą ludzie, wygląda na to, że przezornie pilnują "przestrzeni noclegowej".
Kupujemy herbatę i postanawiamy zostać w schronisku. Zdaje się, że Violka ma temperaturę i jedyne co możemy zrobić to zapakować ją do śpiwora i zostawić w spokoju. Małgosia idzie na poszukiwania termometru, po chwili jest z powrotem i referuje: "termometru nie mają ale na zewnątrz jest szesnaście stopni...". Bez komentarza. Tymczasem ustalam, że możemy wykupić miejsca w pokoju dla zagranicznych turystów po trzy dolary od głowy. Nie bardzo nam się to uśmiecha ale ze względu na Violkę decydujemy się na pokój. W końcu udaje mi się obniżyć koszty do pięciu dolarów (przelew do kieszeni kierującego schroniskiem). Pokój wygląda jak podupadła melina, posiada jednak zamykane drzwi i pozwala Violce zakosztować spokoju a wkrótce także i snu. Zostawimy ją w pokoju i idziemy chłonąć nastrój Cabany. Spotykamy studentów anglistyki z Sibiu i wdajemy się w pogawędkę. Młodzi Rumuni zaskakują nas jak zwykle znajomością języków (niektórzy znają oprócz angielskiego niemiecki bądź francuski). Postanawiamy, że jutro opuścimy Cabanę wraz z nimi, do czego zresztą gorąco nas namawiają. Wieczorem do naszego pokoju wprowadza się Niemiec. Klnie od progu, ale jedyne słówko jakie udaje się nam wychwycić to wypowiadane ze szczególną pasją "Moldoveanu". Niemiec ani w ząb nie rozumie po angielsku więc bliższa znajomość nie zostaje nawiązana.
11 lipca
Ruszamy parę minut przed dziewiątą. Teraz dopiero mamy okazję
poznać całą grupę Rumunów, która liczy ponad dziesięć osób. Opuszczamy się
w dolinę potoku Arpasul i po godzince osiągamy Cabanę Turnuri. Jest ona
mniejsza niż Cabana Podragu i prawie pusta. Dalej ścieżka, która do tej
pory biegła trawersami nie opuszcza już w zasadzie bezpośredniego
sąsiedztwa
potoku. Mamy okazję podziwiać tego dnia wszystkie piętra roślinne: nad
Cabaną Turnuri zaczyna się las świerkowy, który potężniejąc z każdą chwilą
przechodzi w las mieszany, w którym zaczynają stopniowo dominować dęby,
buki i graby. Śródleśna ścieżka doprowadza nas do Cabany Arpasu. Obiekt
ten nie zasługuje już na miano schroniska, jest to raczej hotel górski,
opanowany przez tłumy zmotoryzowanych "turystów". Tutaj kończą się góry,
zaczyna cywilizacja. Błotnista droga doprowadza nas do miasteczka Victoria,
gdzie z braku dalszych połączeń postanawiamy zatrzymać się na noc.
Victoria to dosyć przygnębiające miejsce. Sercem osady jest kompleks fabryczek, otoczony niezliczonymi magazynami i hałdami bliżej niezidentyfikowanych surowców. Pośród tego industrialnego chaosu porozrzucane są obskórne, kilkupiętrowe bloki. Podwórka zalegają stosy złomu i starych opon, pośród których tarzają się w błocie stadka dzieci. Oprócz tego wszystkiego jest też w Victorii basen i to tam właśnie znajdujemy nocleg. Pole namiotowe połączone z kąpieliskiem to całkiem fajny pomysł. Do końca dnia kursujemy na linii namiot - basen, aż do czasu kiedy młody Rumun wlewa do wody wiadro stężonego chloru i ogłasza, że do rana kąpiel jest zabroniona. W nocy zaczyna się katorga: przez megafony rozmieszczone na całym terenie zaczynają płynąć rumuńskie kawałki taneczne. Nagłośnienie jest dobre, o spaniu nie ma mowy. Małgosia idzie do radiowęzła ukrócić praktyki Rumunów i po chwili muzyka nieco cichnie. Dobre i to. Radość trwa pół godziny, po czym wszystko wraca do stanu poprzedniego. Noc upływa nam zatem na przesłuchiwaniu rumuńskich nowości fonograficznych.
12 lipca
Rannym autobusem jedziemy do Ucea de Jos i osiągamy w ten sposób
linię kolejową. Marna to pociecha, jako że najbliższy pociąg w kierunku
Brasova odchodzi za jakieś siedem godzin. Korzystamy zatem z zaproszenia
Valentiny, jednej z rumuńskich anglistek, i jedziemy z nią stopem do
Sibiu.
Autostop w Rumunii to prawdziwa przyjemność. Zdaje się, że ze względu na niezbyt duży stopień automobilizacji kraju, podwożenie stało się tutaj czymś w rodzaju narodowej tradycji. Możliwe też, że Rumuni szczególnie chętnie zatrzymują się na widok cudzoziemsko wyglądających turystów, licząc na sowitą zapłatę. Tak czy inaczej, nie sposób zmęczyć się machaniem, zatrzymuje się wszystko i o każdej porze. Mamy okazję przekonać się o tym po raz pierwszy, gdy powiązana drutem Dacia zabiera naszą czwórkę (my plus Valentina) wraz z plecakami i rusza "z kopyta" w kierunku Sibiu, chociaż na pierwszy rzut oka nie powinna w ogóle ruszyć. Po niecałej godzince jesteśmy w Sibiu. Dziękujemy za podwiezienie tabliczką czekolady (Rumun nie chciał przyjąć proponowanych pieniędzy) i zagłębiamy się w wąskie uliczki chłonąc średniowieczny nastrój miasta.
Sibiu zostało założone w XII wieku i rozbudowało się na dwóch naturalnych tarasach, połączonych siecią malowniczych, stromych uliczek. W mieście zachowały się fragmenty starych murów obronnych, a z budowli użytkowych warto wymienić XIV-wieczną katedrę, częściowo średniowieczny ratusz oraz nieprzeliczoną ilość zabytkowych kamienic. Do innego rodzaju atrakcji należy bez wątpienia skrzyżowanie dopuszczające na przemian ruch pieszych (wszystkich) i ruch samochodów (wszystkich). Pochylamy czoło przed tym ciekawym rozwiązaniem i zauroczeni średniowiecznym miastem lokujemy się na stacji kolejowej, by wyruszyć wkrótce naprzeciw nowym przygodom.
Docieramy do Sinai i po odebraniu części żywności spędzamy noc w pobliskiej wsi Poliana Tapului. Dziewczyny, którym trudy Fogaraszu musiały dać się we znaki, nie chcą słyszeć o powrocie na górski szlak. Przeżywam prawdziwą rozterkę, w końcu decyduję się zostać z nimi. Violka wciąż zdradza objawy przeziębienia i chyba rzeczywiście nie jest gotowa do powrotu w góry. Małgosia chce pojeździć po miastach, poznać kraj we wszystkich jego obliczach i używa "kobiecych sposobów", żeby przekonać mnie do swojej koncepcji. Czuję, że nie powinienem zostawiać dziewczyn samych, próbuję przekonać siebie samego, że postępuję dobrze godząc się na podział grupy, jednak nie bardzo mi to idzie i kładę się spać z ciężkim sercem.
13 lipca
Rano zaczyna się nasza autostopowa włóczęga. Łapiemy zdezelowaną
Dacię i jedziemy do Buzau. Dacia należy do "babci i dziadka", którzy bez
przerwy coś mówią i uśmiechają się ujmująco. "Babcia" częstuje nas herbatą
z termosu, my rewanżujemy się, jak zwykle, czekoladą. Po drodze mijamy
Ploesti, które objeżdżamy obwodnicą. Miasto wygląda nadzwyczaj ponuro,
podstawowym elementem jego pejzażu jest gęsty las dymiących kominów.
Przed Buzau przesiadamy się do niesłychanie brudnego ciężarowego Romana.
Kierowca jest równie gadatliwy jak staruszkowie. Przez całą drogę
zawzięcie coś opowiada, uśmiechając się przy tym bezzębnymi usty. Niestety,
brak nam wspólnej płaszczyzny językowej, udaje mi się wychwycić jedynie
pojedyńcze wyrazy i z najwyższą trudnością łapię sens wypowiedzi. Rumun
narzeka na Cyganów, unosi się w oburzeniu i pogardzie dla
tego narodu. Tego typu antycygańskie nastroje okazały się być czymś
powszechnym wśród Rumunów "czystej krwi". Tymczasem mamy okazję przyjrzeć
się rumuńskim Cyganom, których tabory wciąż wymijamy. Co by nie mówić
wyglądają one całkiem malowniczo. Nieco inaczej przedstawiają się "osiedla"
cygańskie rozrzucone wzdłuż drogi. Podstawowym materiałem budowlanym są
tu szmaty i folia, wokół szałasów przewalają się istne góry śmieci.
W Urziceni rozstajemy się z rozgadanym kierowcą. Koczujemy na rozjeżdżonej krzyżówce, chyba głównej w miasteczku, które robi na nas opłakane wrażenie. Szare domy, szarzy ludzie, brud, prowizorka na każdym kroku, jednym słowem - szara, rumuńska, industrialna rzeczywistość. Jakże inaczej wyglądają karpackie wsie i miasteczka w porównaniu z tym smutnym skupiskiem ludzkim. Transylwania wiele zyskała na tysiącletnich wpływach węgierskich, uważny obserwator zauważy to na każdym kroku. W miastach, miasteczkach i wsiach wciąż słychać węgierski język, zwraca uwagę wielość kościołów, ośrodków kultury (np. węgierskich domów tańca), Węgry obecne są w nazwach, strojach i sposobach gospodarowania. Warto może przypomnieć, że w granicach współczesnej Rumunii (praktycznie w Transylwanii) żyje obecnie około 1 mln. 800 tys. Węgrów odciętych od macierzy granicami ustalonymi mocą traktatów wersalskich 1919 roku. Sytuacja taka rodzi wiele napięć w polityce jaką prowadzą między sobą oba kraje, między innymi brak jest wciąż wiążących umów dotyczących ruchu granicznego. Tak czy inaczej, obarczona konfliktem narodowościowym Transylwania jest chyba jednocześnie najbogatszą krainą dzisiejszej Rumunii. Wtłoczona między Karpaty Południowe a koryto Dunaju Wołoszczyzna sprawia w porównaniu z Transylwanią wrażenie kraju biednego i zacofanego.
Kolejny Roman, tym razem ciągnik siodłowy z kilkunastotonową naczepą, pojawia się na horyzoncie zdarzeń dokładnie w połowie przegryzki. Okazuje się, że transport zmierza do Constanty, największego rumuńskiego portu morskiego. Pełnia szczęścia - jeszcze dzisiaj będziemy nad morzem! Wyjeżdżamy z Urziceni dobrą jak na warunki rumuńskie drogą w kierunku miasta Slobozia. Poruszamy się teraz prawie idealnie na wschód, wzdłuż rzeki Ialomity, jednego z najdłuższych dopływów Dunaju, biorącego początek w górach Bucegi i przepływającego w swym górnym biegu przez stolicę średniowiecznej Wołoszczyzny, siedzibę Vlada IV, zwanego Tepesem lub Draculą, Tirgoviste. Szeroka równina, zajęta głównie pod uprawę kukurydzy nosi rumuńską nazwę Baraganul Ialomitei. Grzbiety Karpat zostały daleko za nami, po horyzont ciągną się łąki, pola i uprawy. Wioski biedne, dużo "osiedli" cygańskich. W Slobozii skręcamy na południe i docieramy do autostrady Bucuresti - Cernavoda, ułożonej (oczom nie wierzę) ze zwykłych, betonowych płyt. Równina zmienia nazwę i nazywa się teraz Baraganul Mostistei. Płyty nie pozwalają na szybką jazdę, wleczemy się więc czterdziestką. Czas sączy się powolutku, a my, wprawieni w kontaktach językowych, rozmawiamy prawie ze zrozumieniem. Od słowa do słowa, kierowca składa mi nagle intrygującą propozycję. Proponuje mi mianowicie 50$ za Violkę (to cena za kupno), względnie 10$ za udostępnienie Violki na jedną noc. Z perspektywy kilkunastu następnych dni, podczas których spotkałem się z podobnymi ofertami, ceny te okazały się całkiem niezłe. Targuję się trochę z Rumunem, potem jednak stwierdzam, że Violka to moja "prywatna żena" i na wszelki wypadek dodaję, że analogiczny związek łączy mnie z Małgosią. Dziewczyny podchwytują tę ad hoc wymyśloną koncepcję. Tłumaczymy zdziwionemu Rumunowi, że w Polsce każdy mężczyzna posiada dwie kobiety i że to układ uświęcony tradycją, zatem nienaruszalny. Rumun prosi o dalsze szczegóły. Tłumaczymy jak dziecku: kobiety są dwie, przy czym co jakiś czas (ustalany przez mężczyznę) zamieniają się rolami: jedna z nich sprząta, pracuje, jednym słowem pełni rolę służebną, druga w tym czasie jest nałożnicą i poza wiadomym obowiązkiem nic do roboty nie ma. Rumun kiwa głową ze zrozumieniem, potem opowiada, że sam kobiety nie ma ale w potrzebie zawsze może ją sobie kupić. Kiwamy głowami, że życie jest ciężkie, wydatki, wydatki...
Za Fetesti wjeżdżamy w rejon zwany Balta Ialomitei, gdzie Dunaj rozgałęzia się na kilka ramion przedzielonych połaciami okresowo zalewanych mokradeł. Bagnisty pas osiąga miejscami szerokość 20 kilometrów, w miejscu gdzie przejeżdżamy rozciąga się na 17 kilometrów. Na drugim brzegu osiągamy port rzeczny Cernavoda Pod, następnie przez miasta Medgidia, Basarabi, Valu lui Traian, wczesnym wieczorem docieramy do Constanty. Przecinając Dunaj wjechaliśmy do kolejnego rumuńskiego tygla narodowościowego, do Dobrudży (rum. Podisul Dobrogei). Oprócz Rumunów mieszkają tu Cyganie (prawdopodobnie największe zagęszczenie w obrębie kraju), Bułgarzy, Turcy i przedstawiciele trudnych do określenia nacji mołdawskich. O składzie narodowościowym Constanty lepiej nie wspominać, portowe knajpy rozbrzmiewają wszystkimi językami świata. Można napotkać tu marynarzy ze wszystkich czarnomorskich, bałkańskich i śródziemnomorskich krain.
W Constanty Rumun nieoczekiwanie żąda zapłaty. Jesteśmy zaskoczeni, bo układ od początku był jasny: jak autostop, to autostop. Zasłaniamy się "barierą językową", udajemy zamiejscowych głupków i wykręcamy się czekoladą. Rumun jest wyraźnie zły zatem oddalamy się szybko w stronę dworca kolejowego. Chcemy jeszcze przed nocą wydostać się z miasta na jakąś przyjemną dziką plażę.
Ostatecznie jedziemy autobusem do Mamai. Czuć tutaj atmosferę nadmorskiego kurortu. Znika wszędobylski brud, po szerokich alejach przylegających do plaży spacerują tłumy wczasowiczów, wśród których przeważają Niemcy. Na ulicach sznury samochodów z zachodnioeuropejskimi rejestracjami. Sklepy inne niż gdzie indziej w Rumunii - większy wybór towarów, dużo błyszczących opakowań, wyższe, obliczone na zagranicznych turystów ceny. Widać jednak, że "europejskość" Mamai jest nieco siermiężna, standard kurortu nie przewyższa tego znanego z polskich nadmorskich miejscowości.
Jako że każdy skrawek ziemi zajęty jest przez przemysł turystyczny o dzikiej plaży nie ma mowy. Z konieczności zaczepiamy się na polu namiotowym, położonym częściowo na plaży, nie jest więc tak źle. Płacę 12 000 lei za nocleg, co okaże się tanim rozwiązaniem, zważywszy, że spędzimy tu jeszcze następną noc, już na dziko. Miejsce, chociaż gwarne, jest całkiem przyjemne. Od łagodnie pluskającego morza dzieli nasz namiot kilka metrów piachu usianego muszelkami. Woda jest ciepła, nie sposób oprzeć się pokusie nocnej kąpieli. Gdy jesteśmy już nasyceni morzem, odzywa się nasz przyjaciel głód. Na szczęście wydmy usiane są kawałkami drewna, na których udaje się ugotować nieśmiertelny ryżyk. Usypiamy pod czystym niebem, kołysani szumem fal, prawie jak w bajce.
14 lipca
Nad morzem czas płynie wolniej niż w górach. Staramy się nie
poddawać otaczającej nas atmosferze rozleniwienia i rankiem jedziemy
zwiedzać Constantę.
Miasto robi miłe wrażenie. Dużo tu przestrzeni, dużo zieleni miejskiej. Na każdym kroku widać pamiątki z epoki rzymskiej. Zwiedzamy rozległy park, w którym wśród roślinności śródziemnomorskiej rozmieszczono ułomki antycznych kolumn, fragmenty murów i płaskorzeźb. Docieramy też do muzeum gromadzącego pamiątki z epoki Trajana oraz z czasów wcześniejszych, gdy Dacja nie była jeszcze prowincją rzymską. Romans z historią wieńczymy kuflem piwa pod pomnikiem Owidiusza na jednym z głównych placów Constanty. Dzielnica portowa ma całkiem inny, niepowtarzalny klimat. Wąskie uliczki, rudery, ułomki łodzi i strzępki sieci na podwórkach, malownicze knajpy pełne podejrzanych typków, dominujący zapach morza, gnijących ryb, tytoniu, tworzą jedyną w swoim rodzaju całość. Tu, w Constanty, odnaleźć można ów nieuchwytny nastrój z awanturniczych powieści pirackich, jakie zdarzało się nam czytać w pacholęcych latach... Niestety zaułki te zanikają wyburzane pod nową zabudowę i wkrótce mogą zniknąć zupełnie. Miasto stawia na nowoczesność, a wartość historyczną dostrzega tylko w zabytkach antycznych, gubiąc gdzieś po drodze kilka ostatnich wieków swojej świetności.
Na nasze pole wracamy piechotą, wzdłuż plaży. Resztę dnia spędzamy w wodzie, z której wychodzimy tylko po to, by dostarczyć ciału kolejnej porcji arbuza, moreli, winogron i wina. Wieczorem Violka "zapoznaje" marynarza z Odessy, właściciela gitary i głosu. Marynarz śpiewa, my słuchamy. Przed snem postanawiamy, że jutro rozpoczniemy "rajd czarnomorski", czyli wędrówkę na południe wzdłuż rumuńskiego i bułgarskiego wybrzeża, nie będziemy przecież leżeć na plaży!
Noc przesypiam (wraz z Małgosią) luzem, na piasku. Trzy osoby plus trzy plecaki w chińskiej "dwójce" to trochę zbyt wiele. Przynajmniej na dłuższą metę.
15 lipca
Zwijamy się wczesnym rankiem i autobusem przerzucamy się do
Constanty. Tam wsiadamy w "rapid" do Mangalii, gdzie docieramy przed
południem. Od granicy bułgarskiej dzieli nas tylko 10 kilometrów.
Idziemy szosą w kierunku granicy, machając na przejeżdżające z rzadka
samochody. W końcu udaje się zatrzymać czerwoną Dacię i po chwili
jesteśmy na przejściu granicznym. Rumuńska wioska nazywa się Vama Veche,
natomiast po stronie bułgarskiej oprócz knajpy i sklepiku nie widać oznak
życia. Siedzimy, sączymy bułgarskie piwo i czekamy na "okazję" w głąb
kraju. Komunikacja autobusowa z przejściem teoretycznie istnieje ale
bufetowa z kafejki, w której siedzimy, utrzymuje, że ostatnio widziała
autobus jakieś dwa dni temu. Po godzinie bezruchu do sklepiku przyjeżdża
samochód-chłodnia z dostawą lodów i jego kierowca obiecuje zabrać nas
do Kavarny, pierwszego większego miasteczka w tej części Bułgarii. W
kabinie jest potwornie ciasno ale cieszymy się, że udało nam się wyrwać
z przejścia granicznego. W istocie okaże się, że podróżowanie autostopem
po Bułgarii jest niezwykle trudne, Bułgaria pod tym względem jest krajem
straconym.
W Kavarnie zopatrujemy się w mapę Bułgarii oraz w pokaźny zapas owoców. Raczymy się też świetnym zsiadłym mlekiem, bułgarskim przysmakiem, dostępnym w każdym sklepie i godnym najwyższego polecenia. Małgosia chce jechać na przylądek Caliacra, gdzie nagminnie pojawiają się delfiny ale niemal prosto pod nasz nos (tu mamy rzadkie w Bułgarii szczęście) podjeżdża zdezelowana Wołga, z której wychyla się dwóch młodzików gotowych podrzucić nas do Albeny. Jedziemy więc do Albeny. Droga wiedzie niemal cały czas tuż nad brzegiem morza, widoki są nieziemskie.
W Albenie rozstajemy się z miłymi Bułgarami i pędzimy nad morze zmyć z siebie kurz szosy. Kupujemy zwyczajową porcję owoców i wyruszamy na poszukiwanie noclegu. Niestety, całe wybrzeże usiane jest płatnymi plażami i drogimi hotelami. O zmroku docieramy do wioski Kranievo i tam znajdujemy niewielki kemping. Miejsce wygląda zachęcająco ale władający nim Bułgar na nasze pytania o nocleg kręci głową i wykonuje w moją stronę tajemnicze gesty. Wkrótce okazuje się, że zaprasza mnie do samochodu. Jestem zaintrygowany, zostawiam dziewczyny i podążam za Bułgarem. Już wkrótce czuję się jak na planie filmu gangsterskiego. Zdezelowanym Dodge'm, bez świateł (są prawdopodobnie zepsute) oddalamy się w nieznanym kierunku. Po kilkunastu minutach kluczenia po wąskich, nadmorskich uliczkach dojeżdżamy do otoczonej ogrodem posesji i tam stajemy przed zdewastowaną bramą. Bułgar wysiada i daje do zrozumienia, żebym szedł za nim. Ogród jest zapuszczony, a prawo wyraźnie nie sięga poza skrzypiące skrzydła bramy. Dochodzimy do zabudowań i wchodzimy na wewnętrzny dziedziniec, skąd po schodach na biegnącą dookoła przytulonych do siebie domków, na wysokści pierwszego piętra, galeryjkę. Czuję się coraz bardziej nieswojo. Tymczasem nasza wędrówka dobiega kresu: przez długi korytarz docieramy do oddzielonego odeń ciężką kotarą pomieszczenia. Przecieram oczy ale to co widzę nie znika - jestem oto w bułgarskim burdelu. Wystrój jest "klasyczny" (tak myślę), czarno-czerwony, przy maleńkich stolikach siedzą dziewczyny w negliżu, w rogach sali zachodnie telewizory, a w nich program nie wyglądający na wytwór telewizji bułgarskiej. Jedną ściankę wypełnia bar. Klientów nie widać. Bułgar zostawia mnie samego i znika w pomieszczeniu za barem. Po chwili wraca a wraz z nim starsza kobieta, która odzywa się do mnie po ...polsku. Okazuje się, że jest ona właścicielką kempingu (zapewne także i tego przybytku), Bułgar to pionek. Kobieta mówi nieźle po polsku, była w Polsce przez kilka lat i, zdaje się, zarobiła u nas na interes w kraju. Dogadujemy się co do ceny za nocleg i opuszczam miły zakątek. Nota bene cena na jakiej stanęło wydała się nam zbyt przesadzona i ostatecznie nie zostaliśmy na kempingu, ale przenieśliśmy się pod orzech rosnący formalnie na terenie ogrodu przylegającego do burdelu od strony plaży. Fajny nocleg, nie ma co.
16 lipca
Rano kontynuujemy naszą wędrówkę na południe. Tym razem, po
godzinie machania łapiemy nowiutką Skodę, prowadzoną przez kobietę
w typie "business-woman". Samochód jest czyściutki, boję się poruszyć,
żeby czegoś nie ubrudzić. Kobieta jest niezwykle miła, nawiązujemy
rozmowę o tyrystyce, jest nam niemal głupio, że prezentujemy się jak
ostatni włóczędzy ale naszej dobrodziejce chyba to nie przeszkadza.
W miłym nastroju dojeżdżamy do Varny i tutaj nasze drogi rozchodzą się.
Nie zostajemy długo w Varnie, o nocowaniu w mieście nie ma mowy, a
wydostanie się stąd może być trudne. Odwiedzamy malowniczy targ,
uzupełniamy zapas owoców i rozpoczynamy polowanie na przejeżdżające
samochody. Tym razem sytuacja nie wygląda dobrze. Stoimy na wylotowej
autostradzie, nikt normalny nie zatrzyma się tutaj by zabrać trójkę
podejrzanych łachmaniarzy. Proponuję rozwiązanie "siłowe", czyli
wyjście z miasta pieszo, co oznacza kilkunastokilometrowy marsz wzdłuż
szosy ale rokuje nadzieje na dotarcie do mniej reprezentacyjnej drogi.
Dziewczyny nie chcą jednak o tym słyszeć. Violka ustawia się w "optymalnym"
miejscu - tuż za bocznym wjazdem na autostradę, na zakręcie. Postanawiam
zdrzemnąć się pod drzewem i poczekać na rozwój wypadków. Tymczasem już
po piętnastu minutach Violka zatrzymuje Moskwicza i macha do mnie radośnie,
a zatem mamy transport. Moskwicz skutecznie blokuje wjazd na autostradę,
który po chwili wypełnia się trąbiącymi samochodami. Nas to nie rusza,
spokojnie mocujemy plecaki na dachowym bagażniku i zajmujemy miejsca
w samochodzie. Udaje nam się dojechać do Obzoru. Jest jednak na tyle
wcześnie, że nie schodzimy nawet z szosy i czatujemy na kolejnego
przewoźnika. Przewoźnikiem okazuje się tym razem pusty, kilkunastoosobowy
miniautobus jadący do Burgas. Po kilkunastu kilometrach jazdy nasz pojazd
nagle zwalnia i zatrzymuje się, okazuje się, że skończyła się benzyna.
Możemy teraz zaobserwować ciekawą sytuację: nasz kierowca nie wykonuje
żadnych działań w celu podjęcia dalszej jazdy. Zapasu paliwa nie ma,
nie stara się zatrzymywać żadnych samochodów, nie wybiera się też nigdzie
gdzie mógłby kupić trochę benzyny. Mija pół godziny bezruchu, podczas
której kierowca nie rusza się z kabinki. Stwierdzam, że sam zatrzymam jakiś
samochód i załatwię sprawę paliwa ale Bułgar powstrzymuje mnie przed tym.
Siedzimy sobie w mikrobusie i słuchamy muzyki sączącej się z radia.
Usypiam, a gdy się budzę, okazuje się, że od naszego zatrzymania się
minęły prawie cztery godziny. Przepuszczamy kolejne mijające nas "okazje",
siedzi nam się całkiem dobrze, poza tym wciąż narasta w nas ciekawość,
jak to wszystko (i kiedy) się zakończy. Ostatecznie zatrzymuje się za
nami niewielka ciężarówka i jej właściciel udostępnia nam kilka litrów
paliwa. Ciekawe, co by było, gdyby nie ta spontaniczna inicjatywa kierowcy
ciężarówki, być może do dzisiaj siedzielibyśmy na szosie pomiędzy Obzorem
a Burgas...
Zatrzymujemy się po kilkunastu kilometrach jazdy w małej wiosce w pobliżu Neseberu. Tym razem śpimy na zalesionej skarpie, skąd wprawdzie daleko do morza ale widoki mamy piękne. Poza tym nie ma nic milszego niż znowu zanurzyć się w leśnym cieniu.
17 lipca
Rankiem dojeżdżamy do Neseberu. To chyba najciekawsze miejsce,
jakie mamy okazję odwiedzić na czarnomorskim wybrzeżu. Miasteczko zajmuje
wysoki, skalisty półwysep, połączony z lądem naturalną, zalewaną w czasie
sztormów groblą, szeroką na 10, a długą na 300 metrów. Neseber założyli
Grecy w VI wieku p.n.e., rozbudowali zaś Rzymianie podczas swego panowania
na tych ziemiach. Od początku istnienia miasteczko stanowiło ważny
ośrodek handlu morskiego, dzisiaj w całości uznane zostało za zabytek.
Mieszka tu obecnie 4.5 tys. mieszkańców utrzymujących się przede wszystkim
z połowu ryb i usług turystycznych. Charakterystyczne dla miasteczka są
domki rybackie z XIX wieku, o parterach z kamienia i drewnianych piętrach.
Wąskie zaułki mają niepowtarzalny urok. Na dno uliczek nie dociera słońce,
bowiem górne kondygnacje i wykusze są tureckim zwyczajem wysunięte nad
ulicę. Rzymianie wybudowali na przesmyku silne mury obronne z basztami,
a spore fragmenty tych fortyfikacji istnieją do dziś. Miasto i forteca
istniały dalej za czasów bizantyjskich. W okresie wczesnego
chrześcijaństwa, następnie za czasów Bizancjum i wreszcie za czasów tzw.
drugiego cesarstwa bułgarskiego wzniesiono tutaj znaczną ilość kościołów
i cerkwi (podobno ponad czterdzieści). Do dziś zachowało się kilkanaście
obiektów sakralnych m.in. trzynawowa bazylika metropolitalna z II połowy
V wieku, bazylika św. Stefana, cerkiew Archaniołów Michała i Gabriela,
cerkiew Pantokratora z IV wieku oraz cerkiew św. Jana Chrzciciela ze znaną
elewacją dekorowaną białym kamieniem i czerwoną cegłą. W części wnętrz
kościołów i cerkwi zachowały się mozaiki i malowidła ścienne, także
wykonane w późniejszych wiekach.
Niestety, przemysł turystyczny zawładnął Neseberem i czasem trudno dostrzec wiekowe mury przesłonięte parasolami kawiarni i straganami handlarzy pamiątek. Przez groblę łączącą Neseber z lądem wiedzie szosa, którą codziennie przemierzają autobusy pełne turystów i setki samochodów, które zalewają zabytkowe miasteczko (to, że w ogóle samochody mogą wjeżdżać na półwysep uważam za nieporozumienie).
Zwiedzamy Neseber. Zachwyt miesza się z niesmakiem jaki wywołują tłumy turystów, smażalnie, hotele i cały ten "europejski" zgiełk wypełniający starodawną rybacką osadę. Chciałbym znaleźć się tu kiedyś poza sezonem (jeśli w ogóle sezon kiedyś się tu kończy).
Śpimy "na lądzie", na wysokiej skarpie, która spada prosto w morze rumowiskiem kamieni. Jest ciepło. piasek jest nagrzany, nie myślimy więc nawet o rozkładaniu namiotu. Noc jest magiczna. Księżyc jest niemal w pełni, gwiazdy świecą oślepiająco, morze szumi... Z naszej skarpy widać bezmiar morza, za plecami mamy ścianę lasu, obejmującego ptasi rezerwat. W oddali, na cyplu wysuniętym w morze błyszczą światła Neseberu. Leżymy w śpiworach, obstawieni arbuzami, brzoskwiniami i winogronami. Jeśli tak wygląda włóczęgostwo, to może warto pomyśleć o nim poważnie...
18 lipca
Ostatni dzień nad morzem. Tak to już jest, że "ciągnie wilka do
lasu". Po kilku dniach nadmorskich wojaży mamy dość ohydnie płaskiej
scenerii i w głowach tłucze się jedyna zbawienna myśl: Stara Płanina.
Od pomysłu do jego realizacji droga jest krótka: po lekkim śniadaniu
ustawiamy się na szosie i machamy, machamy, machamy... Tym razem długie
czekanie opłaciło się: miły Bułgar w Moskwiczu jest wyraźnie ucieszony,
że może nam pomóc, w dodatku okazuje się, że jedzie do Gabrova, położonego
w samym sercu Starej Płaniny. Boczną drogą dojeżdżamy do Ajtos, odtąd mamy
już pod kołami porządną "transbułgarską" szosę. Mijamy Karnobat i Sliven,
za którym zatrzymujemy się w przydrożnym barze i jemy obiad, zafundowany
przez naszego kierowcę. Usłużność Bułgara przechodzi wszelkie granice. Pyta
gdzie dokładnie i jaką trasą chcemy jechać i wyraża chęć spełnienia naszych
zachcianek. Na szczęście nie musimy go naginać, idealnie pasuje nam wieś
Śipka, leżąca na drodze do Gabrova.
W Śipce jesteśmy wczesnym popołudniem. Bułgar jest niezmiernie zawiedziony, gdy dociera do niego, że mamy zamiar opuścić go na dobre. Żegnamy się wylewnie jak dobrzy znajomi, machamy za odjeżdżającym samochodem i wreszcie (znużyła nas trochę ta "nadgościnność") zostajemy sami. Wizytujemy sklep, potem zaczynamy rozglądać się po okolicy.
Śipka to niewielkie miasteczko o bogatej historii. Tutaj właśnie miały miejsce jedne z najcięższych walk rosyjsko - tureckich (kampania 1877 roku), których bezpośrednim wynikiem było uwolnienie Bułgarii od jarzma tureckiego. W czerwcu 1877 Rosjanie przekroczyli Dunaj i poprowadzili atak poprzez przełęcz Śipka, zdobywając przedtem Veliko Tarnovo i Gabrovo. Na Nizinie Trackiej udało się odbić Turkom Starą Zagorę, potem jednak wobec znacznej przewagi przeciwnika Rosjanie musieli wycofać się na przełęcz. Równocześnie cały czas trwały niezwykle ciężkie walki w okolicach miast Pleven i Ruse. W obliczu ważących się losów wojny obrona przełęczy stała się pierwszorzędnym celem strategicznym Rosjan. Walki na przedgórzu Starej Płaniny trwały do grudnia 1877 roku, kiedy to upadła twierdza Pleven i stycznia 1878 roku, kiedy Rosjanie podjęli ofensywę na Nizinę Tracką przez przełęcz Śipka i natarcie na Sofię przez góry Płaniny Etropolskiej.
Dzisiaj pełno tu pamiątek po tamtych wydarzeniach. Szczyt wznoszący się nad przełęczą (kluczowy punkt obrony) nazwano na cześć jednego z dowódców szczytem Stoletowa. Na samym wierzchołku góry wznieśli Bułgarzy w 1934 roku ogromny, mierzący 34 metry wysokości, kamienny pomnik w kształcie szachowej wieży. Z samej przełęczy wiodą pod monument schody o 894 kamiennych stopniach. Wieżę można także podziwiać na odwrocie banknotu o nominale jednego lewa. Wokół szczytu rozciąga się park narodowy, w którym rozsiane są mogiły i liczne pomiejsze pomniki sławiące odwagę Rosjan i braterstwo rosyjsko - bułgarskie. Pomniki te w większości są dziełem Rosjan. Na redutach stoją pordzewiałe armaty skierowane tam, gdzie niegdyś prowadzono ogień (w istocie są to zdobyczne działa tureckie).
Nad wsią, w parku wznosi się przepiękna cerkiew w stylu rosyjskim o pozłacanych kopułach, wybudowana w 1902 roku ze składek społecznych. W rocznicę walk bije w cerkwi 17 dzwonów, odlanych z przetopionych łusek pocisków artyleryjskich zebranych na polu bitwy. Najcięższy z dzwonów waży 11 ton, a jego wyrób, transport i montaż (także inne wydarzenia z czasów budowy cerkwi) są upamiętnione na zdjęciach udostępnionych dla turystów w podziemiach cerkwi. W owych podziemiach znajdują się też sarkofagi z prochami poległych żołnierzy. Ikonostas pochodzi z początku XX wieku ale wewnątrz cerkwi można też obejrzeć kilka starszych ikon. W układzie ikonostasu widoczne są elementy "stylu" bałkańskiego, nieco odmiennego od tego spotykanego we wschodnich Karpatach.
Sama wieś przyciąga uwagę niespotykanym zagęszczeniem pomników i pamiątkowych tablic. Nie zachowało się tu jednak nic "historycznego", wieś została niemal całkowicie zniszczona w czasie walk i potem na nowo odbudowana.
Strzepujemy z siebie pył historii i zapuszczamy się w otaczające Śipkę góry. Idziemy żółtym szlakiem, biorącym początek tuż obok cerkwi. Nie poruszany się zbyt szybko: marsz opóźniają liczne dzikie śliwy i morwy rosnące w pobliżu ścieżki. Potem zaczyna się "normalny" las, złożony głównie z buków, grabów i dębów, wśród których obecne są też gatunki śródziemnomorskie (np. Qercus cerris). Niżej, we wsi widzieliśmy niemal pospolite tutaj orzechy i kasztany jadalne. Na wyrębach i przecinkach panują niepodzielnie maliny, co znowu skutecznie powstrzymuje nasz pochód. Okazuje się, że góry w tych stronach są dość "cywilizowane", często napotykamy drogi a nawet rozrzucone na stokach pojedyńcze domy. Nie ma co się dziwić, jesteśmy w pobliżu ważnej szosy, wiodącej przez jedyną w tym rejonie przełęcz. Historia tego przesmyku nie zaczyna się od marszu Rosjan na południe w 1877 roku. Od pradawnych czasów prowadził tędy szlak wędrówek ludów na Bałkany, tędy szły karawany kupieckie, maszerowały wojska rzymskie i bizantyjskie, średniowieczne watahy i tureckie armie.
Zatrzymujemy się na nocleg przy kamiennym ujęciu maleńkiego potoku. Idę rozejrzeć się po okolicy i trafiam do zapuszczonego dworku, gdzie wpadam w objęcia potężnego Bułgara. Rozmawiamy po rosyjsku, Bułgar oferuje darmowy nocleg wraz z możliwością kąpieli i gotowania. Wracam do dziewczyn i postanawiamy przenieść się do dworku. Decyzja okazuje się szczęśliwa, jako że spędzamy tutaj kilka następnych dni. Chronologiczny opis tych dni traci w tym przypadku rację bytu, nasz pobyt w gościnnego Bułgara przedstawię zatem jako pewną całość.
19,20,21 lipca
Mieszkamy razem z Bułgarem, Bułgarką i Bułgarniątkami. To znaczy,
my mieszkamy w namiocie, oni w dworku, który, jak się dowiedzieliśmy,
był kiedyś własnością partyjnej "grubej ryby", a obecnie wykupiony
został za grosze przez "naszego" Bułgara. Mamy szczęście. Znowu
trafiliśmy na przemiłych, gościnnych ludzi. Cała bułgarska rodzina to
fanatycy gór (stąd zresztą pomysł na objęcie podupadłego górskiego
dworzyszcza), wiodący tutaj swój biedny ale wesoły żywot. Goście z Polski
to dla nich okazja do zobaczenia ludzkich twarzy, do rozmowy i do zabawy.
Nasz dzień wygląda następująco: wstajemy równo z dwiema kozami, które
o świcie wypuszcza Bułgar, i które rozpoczynają dzień od zmagań z naszym
namiotem. Jemy śniadanko (jak wiadomo, na ognisku gotuje się szybciej
niż na kuchence, rezygnujemy wiec z kuchennej oferty Bułgara) i wychodzimy
w góry. Pierwszego dnia zwiedzamy monument na górze Stoletowa i okoliczne
historyczne miejsca, potem wypuszczamy się gwiaździście na wszystkie
strony, chodząc zarówno szosami, jak i najgęstszym "krzalem". Któregoś
dnia schodzimy do Śipki i "kotwiczymy" w kafejce, z której wracamy dobrze
po zmroku (drogę do dworku znamy już na pamięć). Wieczorami siedzimy
z Bułgarem, jego żoną oraz z biorącymi się nie wiadomo skąd "właśnie
przechodzącymi przyjaciółmi", sączymy rakiję i rozmawiamy, rozmawiamy,
rozmawiamy...
Ta sielanka trwa kilka dni, niestety, stopniowo ogarnia nas przykra świadomość, że oto nieuchronnie zbliża się czas odwrotu na północ, do oddalonych o ponad tysiąc kilometrów domowych pieleszy. Po ostatniej przegadanej nocy zwijamy nasze obozowisko i wyruszamy na autostopowy szlak.
22 lipca
Zatem znowu stoimy na szosie. Tym razem jest "normalnie", to
znaczy, nasze fachowe machanie jest niczym więcej jak "kawałem dobrej,
nikomu niepotrzebnej roboty". Po ponad trzech godzinach zatrzymujemy
błękitne Alfa Romeo i wraz z piekielnymi dzwiękami muzyki dobiegającymi
z nastawionego na pełny regulator radia przerzucamy się przez przełęcz
Śipka. Kilkanaście kilometrów za przełęczą wysiadamy, żeby obejrzeć
położony o kilka kilometrów od szosy monastyr Sokolski. Droga wiodąca
do monastyru jest monotonna ale monotonię tą przerywa nagle stojący
na poboczu kilkunastometrowy, kamienny pomnik socjalistycznego bohatera
pracy, będący chyba w trakcie robót wykończeniowych. Monument stojący
pośród lasu
wygląda dość paranoicznie. Po dłuższej chwili marszu udaje nam się
dostrzec w oddali monastyr, nie robi on jednak wrażenia interesującej
budowli. Mamy zamiar zawrócić, kiedy dochodzi do istnego oberwania chmury
i musimy szukać schronienia na wartowni fabryczki, która właśnie ukazała
się na zakręcie. Sytuacja robi się śmieszna - szliśmy ponad godzinę, żeby
teraz siedzieć w obskórnej wartowni z milczącym, umundurowanym strażnikiem
i czekać na poprawę pogody. Strażnik nie mówi ani słowa w żadnym ze znanych
nam języków, czas stanął w miejscu i czujemy się jak bohaterzy kiepskiego
żartu. Na szczęście po kilkunastu minutach ulewa przechodzi w deszcz
i możemy rozpocząć odwrót (rezygnujemy ze wspinaczki do monastyru).
Resztę dnia spędzamy na bezskutecznym machaniu. Kierowcy mijają nas jak powietrze, względnie wykonują w naszym kierunku obraźliwe gesty. Puszczamy za nimi "wyrazy" i próbujemy dalej. Pod wieczór rezygnujemy i wdrapujemy się na niewielką skarpę nad szosą, tutaj krążymy trochę po zaroślach, w końcu znajdujemy miejsce pod namiot i idziemy spać.
23 lipca
Rano łapiemy autobus, którym docieramy do Gabrova. Bułgarskiego
autostopu mamy chwilowo dość. Z Gabrova postanawiamy wydostać się
koleją, przedtem musimy jeszcze wymienić pieniądze, co okazuje się
trudne z uwagi na dzień świąteczny. W końcu, jak zwykle (czy kiedyś
uda się uniknąć tego procederu?), wymieniam dolary w knajpie u podejrzanie
wyglądających "młodych biznesmenów". Robimy zakupy i chodzimy trochę po
mieście, niestety nie jesteśmy świadomi, że znajduje się tutaj kilka
znakomitych zabytków, i że miasteczko ma całkiem bogate tradycje. Dopiero
w Warszawie, przeglądając przewodnik po Bułgarii dowiaduję się, że:
"Gabrovo pięknie położone w dolinie rzeki Jantry (...) jest kolebką
(...) przemysłu włókienniczego, (...) czynne są fabryki produkujące
kożuchy, pasmanterię i guziki, oraz (...) zakłady przemysłu elektronicznego
i maszynowego. (...) Wśród zabytków zwracają uwagę: most Bajewa z 1855
roku, fontanna Apriłowa z 1762 roku, (...), budynek najstarszej w Bułgarii
szkoły świeckiej, ufundowanej (...) w 1835 roku i cerkiew św. Bogurodzicy
z 1865 roku. " W przewodniku można wyczytać też, że: "W Gabrovie (...)
wszyscy wymieniają uwagi o pogodzie, wielu śpieszących do pracy podśpiewuje
wesoło, dziewczęta uśmiechają się zalotnie a dzieci idące do szkoły niosą
często w ręku zerwany po drodze kwiat." Dzieci z kwiatami nie widzieliśmy,
może po prostu pochowały się przed cudzoziemsko wyglądającymi przybyszami
(co do tego "cudzoziemskiego" wyglądu - myślę, że moglibyśmy spokojnie
uchodzić raczej za kwiat rumuńskiego marginesu na wychodźctwie, niż
za studentów z Polski).
Pociągiem przedostajemy się do Ruse. Historia miasta sięga czasów starożytnych (istniał tu rzymski obóz warowny), nas interesuje jednak nie tyle historia, co znajdujący się tutaj most, jedyny na bułgarskim odcinku Dunaju. Ta wielka rzeka w swym dolnym biegu do dzisiaj stanowi barierę niemal nie do przebycia. Na ogromnym odcinku od Belgradu do czarnomorskiego ujścia znajduje się tylko kilka mostów (w samym Belgradzie jeden, kilkadziesiąt kilometrów dalej, w Smederevie, następny, jedyny bułgarski most w Ruse oraz trzy rumuńskie, słynny most-zapora w Żelaznej Bramie, ponadto mosty Fetesti - Cernavoda i Hirsova - Giurgeni). Dodatkowo czynne są promy Vidin - Calafat (przejście graniczne) oraz cztery "wewnętrzne" promy rumuńskie: pierwszy w pobliżu bułgarskiej Silistry, pozostałe w miastach Galati, Braila i Tulcea.
Ze stacji kolejowej do oddalonego o kilkanaście kilometrów przejścia jedziemy autobusem. Na granicy kłopoty. Pogranicznicy nie chcą puścić nas pieszo przez most, ciekawe czy rzeczywiście nie mogą, czy tylko czekają na łapówkę. Rozglądamy się zatem za jakimś samochodem, który mógłby przerzucić nas przez granicę. Po kilku nieudanych próbach łapiemy "stopa" do ...ukraińskich Czerniowców. "Stop" to siedmioosiowe, czternastotonowe Volvo a kierowca jest Turkiem. Środek transportu zaiście królewski. Tym razem przejeżdżamy bez trudu przez bułgarski szlaban i wjeżdżamy na most. Zatrzymuje nas patrol, żołnierzom nie podoba się, że w ciężarówce podróżuje więcej osób niż przewidują to przepisy. Turek uspokaja sytuację 50-cio dolarowym banknotem. Po stronie rumuńskiej czeka nas nowa bitwa: po pierwsze wyrzucają nas z kabiny i każą czekać. Turek odesłany zostaje na przejście dla TIR-ów, żałujemy doskonałego "stopa" ale cieszymy się, że przejechaliśmy jakoś przez most. Tymczasem zbliżają się do nas celnicy, są zdenerwowani i chamscy. Robią przegląd naszych plecaków, każą pokazać pieniądze, wyraźnie mają ochotę zedrzeć z nas haracz. Przepychanki trwają jakiś czas, potem Rumuni rezygnują i zostawiają nas samym sobie. Korzystamy z tego chwilowego impasu i oddalamy się w kierunku "budki ze stemplami". Tym razem sukces, jak na wschodnią granicę i tak było całkiem nieźle.
24 lipca
Tymczasem zrobiła się noc (a nawet nastał nowy dzień).
Do stacji w Giurgiu mamy kawał drogi,
postanawiamy więc nie iść tam ale poszukać szczęścia na szosie. Jakby co,
zawsze możemy ewakuować się w przydrożne zarośla i improwizować jakiś
nocleg. Sytuacja robi się ciekawa: jest północ, a my posuwamy się pustą
szosą w kierunku Bukaresztu licząc na cud. Okazuje się jednak, że cuda
zdarzają się, i to często. Cud pierwszy: Raptem zagradza nam drogę młody
chłopak i pyta uprzejmie czy znamy francuski, niemiecki bądź angielski.
Zaczynamy rozmawiać po angielsku i wychodzi na jaw, że mamy do czynienia
ze studentem z Bukaresztu, socjologiem i psychologiem z wykształcenia
a poliglotą z zamiłowania. Idziemy zatem razem drogą i gawędzimy.
Cud drugi: powolutku mija nas cygański konny tabor, na który początkowo
nie zwracamy większej uwagi. Po kilku minutach uznajemy, że fajnie by
się jechało takim taborem i doganiamy go lekko przyśpieszając kroku.
Cyganie biorą nas na pasażerów i oto podróżujemy już niezłą gromadką.
"Nasz" rumuński student spełnia rolę tłumacza. Powoli zaczyna wyłaniać
się szansa na nocleg w obozie cygańskim. Jest miło aż do czasu, kiedy
od przejścia granicznego zaczyna napływać fala zachodnich autobusów. Nasz
tabor jest nieoświetlony a koń ma małą "sterowność" więc sytuacja na szosie
zaczyna przypominać rodzaj gry komputerowej: od przejścia z prędkością
100-120 km/h zbliżają się autobusy, dostrzegają nas w ostatniej chwili
tuż przed sobą, po czym wykonują niemożliwy fizycznie manewr mijając nas
"na grubość lakieru". Rumunów na wozie to nie rusza, jedynie koń uskakuje
z przestrachem od trąbiących w chwili mijania nas autokarów. Tymczasem
pojawia się nowy element "gry": z "czystej" do tej pory przeciwnej strony
zaczyna nadjeżdżać coraz więcej samochodów. Teraz nie myślimy już o tym,
czy autokar zdąży nas wyminąć, ale czy będzie miał którędy dokonać tej
i tak trudnej sztuki. W końcu nadchodzi nieuchronne: dostrzegamy światła
jednocześnie z przodu i z tyłu. W chwilę potem dochodzi do spotkania:
my prawie w rowie po prawej stronie jezdni, po drugiej stronie w podobnej
sytuacji osobowa Dacia, w środku "na trzeciego" rozpędzony autobus.
Rumuni miękną i wyciągają naftową lampę, której nie ma jednak gdzie
zaczepić, nie pozostaje nam więc nic innego jak dzierżyć ją w ręku, co
czynię na zmianę z Małgosią. Tak "oświetleni" kontynuujemy jazdę, gdy
raptem następuje cud trzeci: wyrasta przed nami ogromna ciężarówka,
z której wychyla się "nasz" uśmiechnięty Turek. Okazuje się, że nie
zapomniał o nas, nadrobił kilkadziesiąt kilometrów krążąc po okolicy
i szukając nas z własnej nieprzymuszonej woli. Nasza wdzięczność i radość
nie mają granic. Przesiadamy się z cygańskiego taboru do potężnego Volvo,
dziewczyny rozciągają się na kojach z tyłu kabiny, ja rozsiadam się
w wygodnym fotelu. Odtąd Turek otacza nas prawie macierzyńską opieką.
Przecinamy rzekę Arges i nocujemy w pobliżu Bukaresztu, na wydzielonym parkingu dla TIR-ów. Dziewczyny śpią w kabinie, ja wybieram "wolność" i rozkładam się na ziemi obok ciężarówki. Nie muszę dzięki temu myć nóg, czego Turek wymaga od Violki i Małgosi przed ich wejściem na prycze w kabinie. Oprócz nas na parkingu stoi jeszcze kilkanaście wielkich ciężarówek, a po terenie plącze się stadko kilkunastu wyglądających na zdziczałe psów.
25 lipca
Rano Mehmet Yagmur (nasz kierowca) gotuje nam śniadanie na bazie
ryżu, oliwy i grochu, całkiem niezłe. Potem dostajemy arbuza i w końcu
mamy okazję uczestniczyć w ceremonii zaparzania herbaty. Do tego celu
służy Turkowi komplet imbryczków, które można ustawiać jeden na drugim
w różnych konfiguracjach. Cała ceremonia jest dość skoplikowana,
poszczególne części zestawu są najpierw ogrzewane na parze, potem Mehmet
odprawia "czary" nad liśćmi herbaty, odmierza je, umieszcza w imbryczku,
sam zaś imbryczek ustawia na "podstawowym", w którym właśnie wrze woda.
Herbatę pijemy z maleńkich szklaneczek przypominających pucharki. Można
powiedzieć, że przez trzy dni podróży z Mehmetem przeszliśmy na jego
wyżywienie i utrzymanie. Mehmet traktował nas jak własne dzieci, być może
dlatego, że jak sam nam opowiedział, swoje stracił w wypadku. W tymże
wypadku zginęła też żona Mehmeta. Odtąd przesiadł się za kierownicę TIR-a
i zdecydował na wieczną tułaczkę po szosach.
Ruszamy. Wjeżdżamy na chwilę do Bukaresztu i tankujemy paliwo (prawie 300 litrów), potem wycofujemy się i okrążamy miasto obwodnicą. Jedziemy najprostszą drogą do przejścia w Sirecie. Mijamy zatem kolejno Urziceni (tu raz już byliśmy), Buzau (i to miasto już nas widziało), Rimnicu Sarat, w końcu dojeżdżamy do Focsani, gdzie zostajemy na noc. Podróż jest cudna. Co jakiś czas stajemy, by wypić herbatę, poza tym Turek śpiewa pod nosem psychodeliczne kawałki w swoim ojczystym języku i spokojnie "ustawia" na drodze spotykane często cygańskie tabory. Rozmawiamy prawie bez problemu, używamy czegoś co można uznać za uniwersalny slang kierowców wielkich ciężarówek, złożony z wyrazów zaczerpniętych ze wszystkich języków świata. Mehmet opowiada nam o sobie i o swoich przygodach, włos się jeży!
Wieczorem na parkingu zaczyna się impreza. Schodzi się tłum wytatuowanych, brodatych facetów, z których każdy mówi innym językiem więc jedynym wspólnym elemenem są rumuńskie trunki. Wygląda to wszystko dość malowniczo, trudno się dziwić, że "normalni" Rumuni obchodzą wydzielone parkingi dla TIR-ów szerokim półkolem. W nocy towarzystwo rozchodzi się na miasto w poszukiwaniu "kurtyzan". Każdy parking ma wprawdzie ich własny "zestaw" ale czasem nie jest on w stanie sprostać potrzebom... Tej nocy także Mehmet wyrusza na łowy i zostawia całe czternastotonowe Volvo pod naszą opieką. Bawimy się na własną rękę z pozostałymi na parkingu ludźmi i dopiero nad ranem lokujemy się w kabinie.
26 lipca
Rano okazuje się, że większość kierowców już wyjechała na szlak
a Mehmeta nie ma. Odszukuję w dokumentach przewozowych zdjęcie naszego
kierowcy i idę na poszukiwania. Niestety nikt z parkingowego baru, podobnie
jak żadna z miejscowych panienek nie wie, gdzie może być Mehmet. Zguba
zjawia się koło południa z wyrazem błogości na twarzy i podejmujemy
jazdę.
Wyjeżdżamy z Focsani i odtąd poruszamy się doliną rzeki Seret, przez Równinę Mołdawską, flankowaną od zachodu masywem Karpat. Mijamy miasta Marasesti, Adjud, Bacau, Roman, Falticeni, w końcu osiągamy Suceavę. Tutaj Mehmet gubi drogę. Spostrzegam to budząc się z drzemki w miejscowości Gura Humorului, leżącej zupełnie nie po drodze do przejścia w Sirecie. Zanim do Turka docierają moje wątpliwości, jesteśmy we wsi Frasin. Potem okazuje się, że droga jest za wąska, żeby zawrócić. Udaje się to dopiero w miasteczku Cimpulung Moldovenesc, kilkadziesiąt kilometrów od Suceavy. Ruch w Cimpulungu zostaje na chwilę sparaliżowany, ponieważ poruszamy się aktualnie w "minikonwoju" i wszystkie tworzące go TIR-y (jadące za nami) zgodnie zawracają. Cały manewr ma miejsce na jednej z głównych krzyżówek miasteczka. Z Suceavy wyjeżdżamy tym razem we właściwym kierunku i ostatecznie, dobrze po zmroku osiągamy Siret. Zatrzymujemy się na zapleczu jakiejś knajpy, Mehmet znika, dziewczyny kładą się luzem obok samochodu, ja zasypiam w kabinie.
27 lipca
Ten dzień upływa pod znakiem forsowania przejścia. Przy
wchodzeniu na Ukrainę z Polski, Słowacji lub Węgier (także przy wchodzeniu
do Rumunii z Węgier lub Bułgarii) przynajmniej jedną stronę granicy
można uznać za cywilizowaną. W Sirecie doświadczyć zaś trzeba sytuacji
ekstremalnej: mamy tu do czynienia z "dziką" granicą dwóch "dzikich"
krajów, o czym szybko przekonać się może zabłąkany tu wędrowiec. Miejsce
to wymyka się próbom opisu, zanotujmy więc proste fakty:
O świcie podjeżdżamy naszym Volvem na koniec długiej kolejki czekających na odprawę ciężarówek (jesteśmy na przejściu towarowym, niedostępnym dla turystów ale Mehmet mówi, że to nic). Wkrótce okazuje się, że kolejka nie wynika z tłoku na przejściu ale ze zbytniego przywiązania kierowców do pieniędzy. Przecież rumuński pogranicznik nie chodzi sobie wzdłuż kolejki dla przyjemności ale w dobrze pojętym, obustronnym interesie. Każdy, kto ma 100$ dla pogranicznika może spokojnie wjechać na przejście, inni muszą czekać aż mamusia przyśle odpowiednią kwotę. Po dwóch godzinach Mehmet wykłada potrzebną stówkę i wjeżdżamy za szlaban. Tutaj musimy opuścić kabinę, musimy też wynieść plecaki, bo samochód będzie dokładnie ważony i nasza obecność popsułaby wszelkie rachuby. Przed wyjazdem z kolejki Mehmet miota się po kabinie i wyrzuca "ciała obce", mogące wpłynąć na odczyty wagi. Na odczyt podobno wpływa też stopień napompowania kół (jak!?), Mehmet tłumaczy mi to spuszczając trochę powietrza z przedniej osi. W końcu zostaję zaciągnięty pod podwozie, gdzie dowiaduję się, jak manipulując tajemniczymi linkami przekręcać licznik. Działania Mehmeta są w pełni uzasadnione, bowiem każde odstępstwo od ciężaru i każde nadprogramowe kilometry na liczniku kosztują. Nasze pojawienie się na przejściu zostaje natychmiast wychwycone przez Rumunów, którzy podnoszą niezły hałas i próbują wyrzucić nas poza szlaban. Mehmet nie może nam w tej chwili pomóc, bo sam walczy z kontrolerami. Wszyscy krzyczą i mahają rękami. Rumuńscy pogranicznicy wyglądają jak recydywiści, są brudni i trochę podpici, a ich jedynym celem jest wydarcie od przekraczających granicę ludzi jak największej ilości pieniędzy. Ci, którzy obstąpili Mehmeta uspokajają się teraz, widocznie coś dostali i Mehmet biegnie do nas. Tymczasem my "utrzymujemy placówkę" już kilkanaście minut i celnicy są wyraźnie zdenerwowani naszym uporem. Mehmet ruchem szejka wyciąga kolejne 100$ i pokazuje na nas gestem mówiącym "oni są ze mną". Rumun chowa banknot, dobywa znienacka stempel i podbija nasze paszporty. Teraz zaczyna się batalia z celnikami. Musimy dokładnie wybebeszyć plecaki, na szczęście Rumuni nie znajdują w nich nic interesującego. Zostajemy prawie wykopani na "ziemię niczyją" pomiędzy rumuńską i ukraińską strefą wpływów i tam ustawiamy się w kolejnej kolejce. Ukraińcy nie zbierają wprawdzie haraczu za wjazd ale stosują znane od dawna metody psychologiczne: przede wszystkim zmuszają do nieskończonego oczekiwania, podczas którego lustrują z kamienną twarzą samochody, legitymują wyrywkowo kierowców, przechadzają się tu i tam z "nagą" bronią. Razem z Mehmetem stosujemy własną taktykę, bezczelnie rozkładamy na drodze przed szlabanem folię, Mehmet "odpala" swoją kuchenkę gazową i przygotowujemy sobie obiad. Ukraińscy żołnierze przeżywają katusze patrząc jak raczymy się ryżykiem i gorącą herbatą. W końcu po drugiej stronie szlabanu zaczyna się coś dziać. Bez pośpiechu zwijamy naszą stołówkę i leniwie przetaczamy się na teren przejścia. Tutaj cała "ceremonia" powtarza się. Mehmet walczy z celnikami, my wypakowujemy plecaki, wypełniamy deklaracje i staramy się robić dobre wrażenie. Tym razem mamy więcej szczęścia niż Mehmet i jesteśmy już legalnie na Ukrainie, podczas gdy Turek ma chyba poważniejsze kłopoty. Kręcimy się po terenie, który wygląda jak obóz wojskowy i działamy Ukraińcom na nerwy. W końcu żołnierze wyrzucają nas poza przejście. Leżymy pod drzewem i czekamy na Mehmeta. Możemy wprawdzie łapać inne TIR-y wyjeżdżające z przejścia ale to nie byłoby w porządku wobec "naszego" Turka. W końcu w gardzieli bramki pojawia się znajome Volvo i wszyscy razem oddalamy się w stronę Czerniowców. Przebycie granicy zabrało nam około dziesięciu godzin a Mehmet wydał na łapówki powyżej trzystu dolarów (okazuje się, że kierowcy, zwłaszcza ci jeżdżący na wschodzie, dostają od przewoźnika kilkaset dolarów z przeznaczeniem na łapówki, ponieważ inaczej transport mógłby nie dojechać do celu lub znacznie się opóźnić). Ciekawe, jak można przekroczyć granicę w Sirecie bez silnego wsparcia finansowego i bez kombinowania. Być może nasz przypadek jest wyjątkowy, ponieważ znam skądinąd ludzi, którzy przejeżdżali tędy bez większych problemów.
W Czerniowcach zatrzymujemy się na dziedzińcu fabryki tekstylnej. Panuje tu typowy ukraiński "porządek", po całym terenie wielkości bioska porozrzucane są puste beczki, kawały złomu, rdzewiejące maszyny. Mimo, że podwórko jest wielkie, Mehmet ma spore trudności w manewrowaniu po nim, wciąż coś dostaje mu się pod koła i uniemożliwia jazdę.
Mimo późnej pory idziemy na miasto. Fabryczka położona jest dość daleko od centrum więc gdy wracamy ulice spowija już mrok. Udało nam się ustalić połączenia do Lwowa, wiemy, że cały jutrzejszy ranek będziemy mogli poświęcić na zwiedzanie. Nie zwlekając zatem układamy się do snu. Niestety, okazuje się, że nie możemy spać na podwórzu, ponieważ pilnujący zakładu strażnicy wypuszczają na noc psa, o którym sami wyrażają się z przestrachem. Wobec tego rozkładamy się w pustej skrzyni ładunkowej chorwackiego TIR-a, który w międzyczasie zaparkował na dziedzińcu. Buda okazuje się być otwarta więc mimo nieobecności kierowcy postanawiamy zagnieźdźić się w niej na nocleg. Chorwat zresztą wkrótce wraca (musiało "nie pójść" mu na mieście) i wyraża oficjalną zgodę oraz radość. Jednocześnie proponuje mi trzydzieści dolarów za Violkę. Wykładamy mu przećwiczoną już teorię polskich trójkątnych związków i równie zdziwiony co niepocieszony kierowca zostawia nas i lokuje się w kabinie.
28 lipca
Rankiem żegnamy się z Mehmetem i idziemy zwiedzać. Duże wrażenie
robi na nas kompleks uniwersytecki, trzeba jednak przyznać, że całe miasto
jako takie ma swój niepowtarzalny "wschodni" urok. Jak zawsze zachwyca
nas też przecudnie kolorowe targowisko miejskie.
Dworzec kolejowy również pełen jest "kolorytu". Ten, kto nie miał okazji kupować biletu na ukraińskim dużym dworcu, nie wie co stracił. Ja zaś nie wiem jakich słów użyć, aby opisać nieopisywalne. Dla kogoś przyzwyczajonego do choćby polskiej kolejowej rzeczywistości (o tej zachodniej nawet nie wspominam), zetknięcie się z ukraińskimi dworcami (także pociągami) musi być niezłym szokiem. Często zdarzało mi się widzieć cudzoziemców stojących bezradnie pośrodku zjawiska zwanego "ukraińskim dworcem" z kompletną rezygnacją bądź szaleństwem w oczach. Kupowanie biletu to twarda gra, w której wszystkie chwyty są dozwolone. Zostawiamy Violkę przy plecakach i wbijamy się z Małgosią w zbity tłum zgromadzony przed kasą. Kobieta w okienku leniwie pobiera pieniądze z wyciągniętych w jej stronę rąk i niczym władczyni świata sprzedaje bilety nielicznym szczęśliwcom. Wszyscy krzyczą i przepychają się, toruję drogę jak mogę, a Małgosia wślizguje się w każde wypracowane przeze mnie miejsce. Powolutku kasa znajduje się w naszym zasięgu, teraz Małgosia wyciąga w jej kierunku rękę z plikiem banknotów, podczas gdy ja staram się jak mogę, by nikt nie rozbił naszego przyczółka. Przeżywamy jeszcze dwukrotne zamknięcie okienka (pani w kasie co jakiś czas postanawia odpocząć) i w końcu udaje się kupić bilety do Lwowa. Na wydanie reszty nie ma co liczyć, na szczęście zawczasu przygotowaliśmy kwotę zbliżoną do wymaganej. Nie musimy przebijać się spod okienka. Wystarczy przestać się czynnie bronić i momentalnie tłum wyrzuca nas poza teren walk.
Pociągi ukraińskie to jeszcze inna historia. Brud, prowizorka, toporność, zamknięte na głucho okna (upał i smród w środku przewyższają wszelkie wyobrażenia), wszystko to składa się na kolejową "normalność", która nikogo nie dziwi i nie porusza. Ludzie żyjący od lat w niezmiennie poniżających warunkach nie dostrzegają już otaczającej ich miernoty, nie chcą niczego zmieniać ani poprawiać. Żadne opisy nie oddadzą tej rzeczywistości, to trzeba zobaczyć i odczuć.
Jedziemy podstawową linią podkarpacką przez Śniatyń, Zabłotów, Kołomyję, Ottynię, Stanisławów, Halicz, Chodorów. Do Lwowa docieramy około północy. Zostawiamy plecaki w przechowalni bagażu (czyn wysoce ryzykowny) i zagłębiamy się w miasto.
29 lipca
A zatem znowu tradycji stało się zadość: jest północ a my
plączemy się po Lwowie. Fajnie by było zwiedzić kiedyś jakieś miasto
w dziennym świetle. Tymczasem chodzimy po ulicach, oglądamy kościoły,
których wieże giną w mroku nocy, w końcu zmęczeni anektujemy ławki
w jednym z parków i staramy się przespać. Łapiemy trochę snu, potem
umacniamy przyjaźń polsko - ukraińską na zaimprowizowanej imprezie
z dwoma młodymi Ukraińcami, którzy napłynęli właśnie do parku. O świcie,
kiedy działa już komunikacja, jedziemy obejrzeć cmentarz Łyczakowski.
Oglądamy polskie groby i zamyślamy się nad historią...
W Lwowie o bilety jest już łatwiej. Około południa wsiadamy w "przemytniczy" pociąg do Przemyśla, aby po dwóch godzinach odetchnąć znów polskim powietrzem. Na granicy w Mościskach/Medyce jesteśmy już "górą". Celnicy mają "sto pociech" z przemycającymi spirytus i metale szlachetne handlarzami i nawet nie patrzą na spokojnych turystów. Tymczasem spokojni turyści mają w plecakach rosyjskie koniaki, o których przewiezienie poprosił ich pewien Ukrainiec. Co tam, po dwie butelki można przewieźć, Słowianin Słowianinowi ma nie pomóc?
W Przemyślu tradycyjna rundka po kościołach, klasztorach, rynku. Potem wizyta na wzgórzu zamkowym i w końcu tam, gdzie zbiegają się wszystkie drogi - na dworcu. Łapiemy "osobowca" do Rzeszowa, tam swojski skład "zagórski" i ...śpimy (śniąc o następnej wyprawie).
DODATEK: CENY WYBRANYCH ARTYKUŁÓW ŻYWNOŚCIOWYCH W RUMUNII (1994)
(zebrała Justyna Świdzińska)
1 dolar USA = średnio 1600 lei
| chleb (0.5 - 1 kg) | 250- 500 lei |
| bułeczki różne | 120- 300 |
| cukier (kg) | 1000-1100 |
| ziemniaki (kg) | 500- 700 |
| ryż (kg) | 1100-1400 |
| cebula (kg) | 1300-1500 |
| pomidory (kg) | 350- 600 |
| kiełbasa (kg) | 4000-6000 |
| konserwy mięsne (zachodnie) | 2500-6000 |
| brzoskwinie (kg) | 700- 800 |
| arbuz (kg) | 600-1000 |
| śliwki (kg) | 800-1000 |
| napoje zachodnie (03l) | 300- 400 |
| napoje rumuńskie (03l) | 100- 200 |
| piwo (kaucja 150) | 350- 850 |
| wino (kaucja 150) | 800-1500 |