Ten tekst jest jedną ze stron WWW Akademickiego Klubu Turystycznego ,,Maluch'' z Warszawy. Został on opublikowany w celu ułatwienia podróżowania innym, autorzy nie biorą jednak żadnej odpowiedzialności za skutki wykorzystania zawartych w nim informacji, ani za ich dezaktualizację. Będziemy wdzięczni za uwagi i uzupełnienia. Z chęcią odpowiemy na wszystkie pytania dotyczące wyjazdu.
Wszystkie ceny podaję w walutach lokalnych. Orientacyjne kursy w stosunku do jednego dolara amerykańskiego w czasie wyjazdu to: 2,70 złotych, około 26 koron czeskich, około 29 koron słowackich, 146 forintów, 3200 lei, około 190 lewa, około 85.000 lirów tureckich, 42 funty syryjskie w banku, 48-50 funtów syryjskich na czarnym rynku.
| Nazwa miejscowości | Przyjazd | Odjazd |
|---|---|---|
| Cesky Tesin (CZ) | 21.00 | |
| Cadca (SK) | 21.38 | 22.15 |
| Fil'akovo | 2.43 | 3.12 |
| Abovce | 4.37 | |
| Banreve (HU) | 5.48 | |
| Miskolc | 6.50 | 7.20 |
| Puspokladany | 9.45 | planowo 9.47 |
| Biharkeresztes | 10.42 | |
| Oradea (RO) | 17.23 | |
| Timisoara | 20.18 | 22.13 |
| Craiova | 7.55 | 8.10 |
| Calafat | 10.32 | |
| Vidin (BG) | 17.05 | |
| Sofia | 21.55 | ok. 23.00 |
| Swilengrad | ok. 3.30 | 6.00 |
| Kapitan Andriejewo | ok. 6.30 |
Ceny: C. Tesin--Cadca 16 CZK (0,62$), Cadca--Abovce 153 SKK (5,13$), Banreve--Biharkeresztes 1128 HUF (7,73), Oradea--Timisoara 5000 ROL (1,56$), Timisoara--Calafat 10800 ROL (3,38$), prom Calafat--Vidin 2$, autobus 15 BGL (0,08$), Vidin--Sofia 280 BGL (1,51$), Sofia--Svilengrad 254 BGL (1,37$), autobus 20 BGL (0,11$), Svilengrad--K.Andriejewo 50 BGL (0,27$), Kapikule--Edirne 50000 TRL (0,59$).
Dzień 1, piątek 2.08, początek przejazdu tam. Naszym zamiarem było dojechanie do Egiptu. Niestety dzięki działaniom rządu Jordanii zwiedziliśmy ,,tylko'' Syrię -- co i tak zamierzaliśmy, oraz spory kawałek Turcji. Nie wiedzieliśmy, że w ambasadzie Jordanii w Damaszku dają wizy wszystkim oprócz Polaków -- to znaczy Polacy muszą czekać sześć tygodni (a tak naprawdę, to powinni załatwiać wizę jordańską w Moskwie). Jak się okazało na miejscu nie tylko my o tym nie wiedzieliśmy. W każdym razie z Warszawy wyjechaliśmy jako szczęśliwi posiadacze podwójnej wizy syryjskiej (wizę syryjską Polacy mogą dostać tylko w Warszawie), której wykorzystaliśmy połowę, oraz wizy egipskiej, której nie wykorzystaliśmy w ogóle.
Wymyśliliśmy sobie, że dojedziemy do Turcji najtaniej jak tylko można. Przyjęliśmy więc sposób podróżowania inny niż większość wybierających się tam. Nie jechaliśmy autobusem, który z Warszawy kosztował około 400 złotych w obie strony, plus łapówki dla celników, ale przyjęliśmy wariant kilkakrotnie tańszy i niewiele wolniejszy - jazdę lokalnymi pociągami na terenie kolejnych państw i przechodzenie przejść granicznych pieszo. Okazało się, że postąpiliśmy słusznie, bo do Turcji dojechaliśmy za cenę łapówek - około 25$. Dokładne dane przedstawione są w tabelce powyżej.
Pierwszą rzeczą, jaka trzeba było zrobić, to posiedzieć na Dworcu Centralnym w Warszawie, grzebiąc w rozkładach jazdy kolei słowackich, węgierskich i rumuńskich w poszukiwaniu najszybszego i najtańszego połączenia (takiego, aby nie kiblować długo na dworcach, a także żeby podjeżdżać pociągami możliwie blisko drogowych przejść granicznych, należy również pamiętać o tym, że koleje węgierskie są najdroższe -- należy więc skracać odcinek na Węgrzech). Warto mieć ze sobą mapy. Takie poszukiwania zajęły mi kilka godzin.
Ponieważ granice przekraczaliśmy o różnych porach i w różnych miejscach (nie należy liczyć, że na granicy będzie otwarty kantor, chociaż zazwyczaj jest), zabrałem ze sobą korony czeskie i słowackie, oraz forinty w ilości potrzebnej do przejazdu przez te państwa z pewnym zapasem. Okazało się, że słusznie -- mielibyśmy zapewne kłopoty z pozyskaniem koron słowackich w Cadcy w środku nocy.
Z Warszawy wyjechaliśmy pociągiem IC, co może się wydawać absurdalne bo przecież chcieliśmy jechać jak najtaniej, ale w piątek musieliśmy być w pracy, a znaleziony wariant przejazdu wymagał znalezienia się na granicy polsko-czeskiej wieczorem. A dzięki działaniom firmy przewozowej, z której usług zmuszeni jesteśmy w Polsce korzystać, w dzień do Katowic jeżdżą tylko ekspresy i IC. Tak więc dojechaliśmy z dwiema przesiadkami do Cieszyna na około siódmą wieczorem.
Przejście w Cieszynie jest bardzo wygodne -- droga od polskiej stacji kolejowej do czeskiej zeleznicnej stanicy zajęła nam, razem z odprawą, nie więcej niż pół godziny. Cesky Tesin jest na ruchliwej linii kolejowej, więc łatwo z niego wyjechać na południe Słowacji.
Z Cieszyna podróżowaliśmy w piątkę: Michał i Staszek z Krakowa, których poznałem przez Internet, a którzy mieli jechać z nami jedynie w tamtą stronę (jak się później okazało nie tylko), oraz Yaga, Przemek i ja.
Z Czeskiego Cieszyna pojechaliśmy za 16 koron czeskich do Cadcy. Cadca jest już na Słowacji -- niecałe czterdzieści kilometrów od Cieszyna -- jest to istotne, bo w obrębie czterdziestu kilometrów bilety z Czech na Słowację kupuje się z dużą zniżką.
Z Cadcy pojechaliśmy pociągiem ,,Bem'' (jadącym zresztą ze Szczecina do Budapesztu -- no ale przecież mieliśmy jechać jak najtaniej) do Fil'akova, a stamtąd lokalną ,,motorką'' do wsi Abovce (za bilet Cadca -- Abovce zapłaciliśmy po 153 korony słowackie). Z Abovców jest około trzech kilometrów do przejścia granicznego Kral'--Banreve.
Z przejściem granicy jak zwykle -- żadnych problemów. Fajna była mina węgierskiego WOP- isty jak usłyszał, że idziemy do Egiptu -- pięciu Polaków z plecakami, na zadupiu, o piątej nad ranem, na piechotę i twierdzą, że idą do Egiptu. Ja bym nie uwierzył. On chyba zresztą też nie uwierzył.
Dzień 2, sobota 3.08, przejazd tam, c. d. Od przejścia granicznego do przystanku kolejowego w Banreve jest jeszcze jakieś dwa kilometry. Ledwo zdążyliśmy na pociąg do Miszkolca. Bilety aż do stacji Biharkeresztes (miejscowość na granicy węgiersko--rumuńskiej) kupiliśmy u kanara za 1128 forintów. Węgry mają tę przyjemną cechę, że bilet na pociąg pospieszny kosztuje tyle samo co na osobowy (raczej powinienem napisać, ze bilet na pociąg osobowy jest równie drogi, co na pośpieszny) oraz że za wypisanie biletu nie dopłaca się. Żeby jeszcze bilety były trochę tańsze...
Z dwiema przesiadkami: w Miszkolcu i w miejscowości Puspokladany dojechaliśmy do Biharkeresztes. W Puspokladany na przesiadkę było według rozkładu dwie minuty (nie zakładaliśmy, że zdążymy, szczególnie że nasz pociąg pośpieszny spóźnił się piętnaście minut), ale pociąg do Biharkeresztes czekał nie tylko na nas, ale na jeszcze jeden pociąg, też pośpieszny, który był opóźniony jeszcze bardziej. To jest dopiero organizacja...
Z Biharkeresztes czekał nas najdłuższy spacer -- sześć kilometrów. Jadąc teraz wybrałbym raczej przejście, którym wracaliśmy -- Nagylak--Nadlac. Jest dalej na południe, więc trzeba nieco więcej zapłacić za bilet przez Węgry, ale nie dużo więcej (można gdzie indziej przekroczyć granicę słowacko-węgierską) i nie trzeba tak dużo spacerować -- od przystanku kolejowego Nagylak do stacji w Nadlac jest najwyżej trzy kilometry.
Nie mieliśmy żadnych kłopotów ani z przejściem (którego się trochę obawiałem, no bo nigdy nie wiadomo, co Rumunom strzeli do głowy), ani z wymianą dolarów na leje.
Przejście Biharkeresztes--Bors, na którym właśnie jesteśmy ma jeszcze jedną wadę -- oprócz sześciokilometrowego spaceru do granicy, trzeba jeszcze złapać stopa na czternastokilometrowy odcinek do granicy do miasta Oradea, albo czekać na przystanku kolejowym (który nie wiedzieć czemu nazywa się Episcopia Bihor) na jeden z bardzo niewielu pociągów międzynarodowych. My złapaliśmy stopa, właściwie wcale nie czekając. Był to autobus, więc zmieściliśmy się wszyscy.
Z Oradei pojechaliśmy do Timisoary (pociągiem accelerat -- czyli pośpiesznym) za 5000 lei. Stamtąd chcieliśmy jechać pociągiem rapid, czyli ekspresem, do Craiova, ale do tego rapida byśmy się w ogóle nie wcisnęli (jechał do Bukaresztu), więc pojechaliśmy osobowym, który jechał chyba ze cztery godziny dłużej, za to był całkiem luźny. Jeżdżąc po Rumunii należy pamiętać, że wszystkie acceleraty i rapidy są z miejscówkami. Kupując bilet na taki pociąg -- szczególnie jeżeli ten pociąg jest przelotowy -- należy się odpowiednio wcześnie zorientować, w której kasie będą sprzedawane na niego bilety (śledząc kartki lub pytając) i czatować. Bilety sprzedaje się na około godzinę przed odjazdem, tak jakby po przyjściu informacji ile jest wolnych miejsc. Gdy zaczynają sprzedawać bilety na pociąg, który nas interesuje należy stać w pobliżu kasy. Jeżeli przegapi się ten moment to być może trzeba będzie czatować aż zaczną sprzedawać bilety na następny pociąg. Nie da się kupić biletu w kasie, gdy skończą się miejscówki, można popertraktować z kanarem, zwykle z powodzeniem, ale cena ,,wypertraktowana'' jest wyższa niż ta w kasie.
Dzień 3, niedziela 4.08, przejazd tam, c.d. Z Craiova do Calafat (jest to miasteczko nad Dunajem, z Calafat do Widin w Bułgarii pływa prom, którym chcieliśmy się zabrać) mieliśmy jechać również pociągiem osobowym, więc kupiliśmy bilety na całą trasę -- od Timisoary do Calafat, za 10800 lei. Można oczywiście kupić bilet na accelerat na całą trasę z przesiadkami i potem kupować tylko miejscówki, można też dokupić ,,supliment'' jeżeli ma się bilet na accelerat a chce się jechać rapidem. Taki supliment kupiony w pociągu jest dość drogi, lepiej kupować go w kasie.
W Calafat również nie mieliśmy problemów z przejściem granicy. Na prom trzeba było jak zwykle czekać -- odpływa on jak się zapełni, a do tego potrzeba co najmniej pięciu autobusów lub tirów, albo odpowiednio więcej samochodów osobowych. Kosztuje dwa dolary (lub pięć marek -- jakiś zamierzchły kurs marki do dolara).
Po drugiej stronie rzeki odprawa bułgarska -- też bez problemów. Jak się Bułgarom powie, że się jedzie tranzytem, to przestają się delikwentem interesować. Za to wpisują ,,tranzit'' do paszportu i trzeba wyjechać z Bułgarii w jakimśtam określonym czasie -- nawet nie wiem jakim. Jeżeli ktoś jadąc do Turcji chce spędzić klika dni w Bułgarii (a warto moim zdaniem) to nie powinien mówić, że jedzie do Turcji. Naraża się przez to na pytania o konkretny cel podróży i na otrzymanie żółtej kartki, na której będzie musiał dokumentować noclegi, ale nie będą się go czepiać, że przekroczył czas na tranzyt gdy będzie wyjeżdżał. Podobno jak się przekroczy ten czas to trzeba płacić. Nie ma problemu z wymianą pieniędzy. Trzeba ich wymieniać możliwie mało, żeby było akurat na przejazd w jedną stronę, bo jeżeli coś zostanie to po dwóch tygodniach może być warte sporo mniej. Inflacja w roku 1996 (ten tekst piszę w styczniu 1997) wyniosła w Bułgarii ponad trzysta procent. My wymieniliśmy trochę więcej niż potrzeba, nadwyżkę straciliśmy w knajpach.
Tak w ogóle to przejście promowe Calafat -- Widin jest moim zdaniem najwygodniejsze jak się jedzie gdziekolwiek przez Bułgarię. Da się dojechać pociągiem z rumuńskiej strony, z Widin jest kilka pociągów do Sofii (warto jechać tą trasą w dzień -- linia kolejowa jest poprowadzona pięknym przełomem przez góry), jedzie się stosunkowo dużo przez Bułgarię, gdzie bilety kolejowe są tańsze niż w Rumunii no i jedzenie jest jadalne. Po czymś co sprzedają w Rumunii na dworcach i nazywają hot-dogami, a co potrafi być zielonkawą parówką w słodkiej bułce, która czasy miękkości przeżyła kilka dni temu, kebapczeta ze świeżym chlebkiem na dworcu w Widin sprawiają dużą przyjemność dla podniebienia i żołądka.
Z przejścia granicznego do miasta jedzie się miejskim autobusem. Powinien on kursować mniej więcej co godzinę, ale trudno się dowiedzieć kiedy będzie następny. Ani na granicy, ani w mieście nie ma rozkładu jazdy, nikt nic nie wie. Trzeba czatować, autobus przyjedzie na pewno. My czekaliśmy około półtorej godziny, w między czasie zrobiliśmy sobie na gazie herbatkę.
Autobus do miasta kosztował 15 lewa. Na dworcu kolejowym w toalecie próbowałem się umyć, ale jak umyłem jedną nogę, to przyleciała baba wrzeszcząc na mnie okropnie. Z potoku jej słów zrozumiałem tylko, że mycie nóg jest ,,absolutno zaboroneno''. Wyrzuciła mnie z tego kibla, nie dając mi umyć drugiej nogi, więc łaziłem jak idiota z jedną nogą czystą, a drugą brudną. Przez jakiś czas, aż mi się wyrównały.
Pociąg do Sofii kosztował 240 lewa. W przerwach między spaniem a spaniem podziwialiśmy piękny krajobraz - ale spaniu trudno się dziwić, od kiedy wyjechaliśmy z Warszawy minęły dwie doby. W Sofii byliśmy około 22 i okazało się, że pociąg z Budapesztu do Stambułu, którego planowy odjazd miał nastąpić godzinę temu, jeszcze nie przyjechał. Zdążyliśmy kupić bilety do Swilengradu . Oczywiście bilety należało kupować w kasie na dole, a my najpierw uderzyliśmy do kasy na górę, więc straciliśmy trochę czasu stojąc w dwóch kolejkach. Zawsze musi być trudniej, szczególnie w Bułgarii. Co nie zmienia faktu, że po raz kolejny w tej podróży mieliśmy dużego farta.
Szczęśliwie wsiedliśmy do pociągu, chociaż najpierw próbowaliśmy wsiąść do wagonów, które właśnie odczepiali. Były całkiem puste, w przeciwieństwie do tych, których nie odczepiali. Chcieliśmy usiąść w pustych przedziałach kuszetki, ale kanar się nie zgodził, więc położyliśmy się na karimatach na korytarzu. W Swilengradzie byliśmy nad ranem. W międzyczasie spotkaliśmy anglojęzyczną dziewczynę, która chodziła po pociągu w tą i z powrotem klnąc bardzo szpetnie -- łaziła tak od Budapesztu, gdzie kupiła zajętą miejscówkę. Oczywiście nikt z obsługi pociągu nie mówił ani słowa po angielsku, nikt też nie miał chęci jej pomagać, no bo i po co.
Dzień 4, poniedziałek 5.08, przejazd tam, dokończenie. Stacja kolejowa Swilengrad położona jest kilka kilometrów od miasta. Między stacją a miastem jeździ miejski autobus, o dziwo według jawnego i wywieszonego rozkładu jazdy. Autobus miał być o 4.40 -- kursuje dość rzadko, ale za to przez całą dobę -- więc spędziliśmy godzinkę w knajpie, dość drogiej jak na bułgarskie warunki, pewnie dlatego że całodobowej. Autobus do miasta kosztował 20 lewa, i pewnie zostaliśmy okantowani, bo nie dostaliśmy żadnych kwitków, ale cena i tak była śmieszna. W Swilengrad czekaliśmy jakąś godzinkę na autobus do Kapitan Andriejewo (tak się nazywa wieś graniczna). Autobus ten po drodze zajeżdża do wsi, które są położone po bokach drogi, w jednej z nich zatrzymał się obok hydrantu, kilka osób wyskoczyło z autobusu i nabrało wody do baniaków. Może to była jakaś woda lecznicza?
Z Kapitan Andriejewo trzeba było jeszcze przejść jakieś dwa kilometry, po drodze można się było umyć pod kranem. WOP-iści z budki obok patrzyli na nas tak, jakby nie wiedzieli jeszcze żeby się ktoś mył.
Przejście graniczne jest bardzo długie. Jak zwykle wszystkie kontrole migiem. U tureckich WOP-istów kupuje się wizę za 10$.
Zaraz za granicą są dolmuse do Edirne. Dolmus to kursujący wahadłowo minibus, odjeżdżający, gdy się zapełni. Jest to podstawowy środek lokomocji na krótkich dystansach w Turcji. Zresztą nie tylko w Turcji - w Syrii takie minibusy też jeżdżą, tylko nazywają się ,,servees''. Dolmus do Edirne kosztował 50 TTL (takim skrótem będę oznaczał tysiące lirów, elektroników proszę o brak skojarzeń). W Edirne byliśmy około jedenastej. Dolmuse stają na placu w centrum, dworzec autobusowy jest po drugiej stronie miasta, można tam dojechać drugim dolmusem, albo przejść się na piechotkę jakieś dwadzieścia minut.
Kupiliśmy bilety do Ankary na 17.30, za 900 TTL, zostawiliśmy plecaki w biurze linii autobusowej i poszliśmy pozwiedzać miasto.
Osobom, które nie były w Turcji i nie wiedzą jak jest zorganizowany przewóz autobusami w kraju, gdzie panuje drapieżny i dziki kapitalizm należy się w tym miejscu kilka słów wyjaśnienia. W Turcji nie ma państwowego przewoźnika, jest za to mnóstwo linii autobusowych, rywalizujących ze sobą o pasażerów za pomocą jakości oferowanych usług i cen. Efektem takiej konkurencji jest to, że autobusy wszystkich linii są jakości lepszej, niż autobusy kursujące z Polski na zachód Europy -- w Polsce powiedzielibyśmy, że są luksusowe, wszystkie z klimatyzacją, w każdym jest steward, który podaje wodę, często także dostaje się ,,poczęstunek'': napój i ciasteczko. Można dojechać prawie zkażdąt dokażdąt. A przynajmniej z Ankary i Stambułu można dojechać w dowolne miejsce w Turcji. I na dodatek ceny są niskie -- na przykład kurs z Kahty do Stambułu kosztował 1.800 TTL (czyli ok. 20$), za mniej więcej 1.100 kilometrów. Jedyną wadą autobusów w Turcji jest to, że się w nich pali -- ale tam palą wszyscy i wszędzie. Na dworcach autobusowych każda firma, której autobusy jeżdżą do danego miasta ma swoje biuro -- zwykle w postaci okienka, chociaż w Edirne, gdzie nie ma jednego dużego budynku dworcowego, są to budki. Często, w małych miejscowościach, na przykład w Goreme, jest tak, że dojeżdzają tam tylko dwie lub trzy firmy -- i te raczej współdziałają ze sobą niż konkurują -- do pobliskich miejscowości kurują ,,na przemian'', zachowując odstępy między autobusami, zaś kursami dalekobieżnymi się ,,dzielą'' -- w takim przypadku bilety są trochę droższe. Ale też tanie.
W Edirne warto zatrzymać się na kilka godzin po to, żeby obejrzeć przepiękny meczet. Jest to ponoć jeden z najpiękniejszych meczetów w Turcji, zaprojektowany zresztą przez samego Sinana -- tego, który zaprojektował meczet Sulejmana Wspaniałego w Stambule.
Dzień 5, wtorek 6.08, koniec podróży, Goreme. W Ankarze byliśmy około piątej rano. Do Goreme -- to jest miejscowość w Kapadocji, która była naszym celem w tej fazie podróży -- jeżdżą dwie firmy, bilet kosztuje 600 TTL. Zanim wyjechaliśmy trochę czasu zajęło nam znalezienie banku, który akceptował czeki podróżne. Nie żeby banki nie chciały akceptować, tylko z dworca do centrum jest spory kawałek, trzeba jechać autobusem miejskim. Jak się podpisuje na czekach podróżnych to trzeba się podpisać tak jak się jest podpisanym w paszporcie. Ja się podpisałem trochę inaczej i baba nie chciała mi dać pieniędzy, pomimo że oba podpisy na czeku były identyczne. W sumie miała rację, po jakimś czasie zresztą jej przeszło. Za wypłatę z czeków banki pobierają prowizję, ale nie jest ona wysoka. Więcej się straci, jak okradną z pieniędzy.
Pożegnaliśmy się z Michałem i Staszkiem. Oni wybierali się oglądać Nemrut Dag, więc pojechali autobusem do Kahty (za 1.200 TTL). Jak się okazało później, w Syrii, nie pożegnaliśmy się tak na amen.
Wyjechaliśmy z Ankary o 11.30, w Goreme byliśmy około 16-tej. Autobus do Goreme okazał się być autobusem do Aksaray, ale w Aksaray właściciel autobusu podstawił darmowy, który zawiózł nas na miejsce. Nie ma problemu ze znalezieniem noclegu, w miasteczku roi się od pensjonatów, ceny są w okolicach 5$. My płaciliśmy za miejsce w 3-osobowym pokoju, wykutym w tufie wulkanicznym, po 350 TTL, podobno można gdzieniegdzie przenocować taniej na tarasie.
Nie ma również problemu z wycieczkami po Kapadocji. W Goreme jest kilkanaście prywatnych biur oferujących takie wycieczki, a ich właściciele oczywiście czatują na przechodzących ulicą turystów. Zdecydowaliśmy się skorzystać z oferty jednego z takich biur -- jego właściciel twierdził, że już ma zajęte ponad czterdzieści miejsc a jego wycieczka jest z co najmniej dziesięciu powodów lepsza niż wszystkie inne. Podejrzewam, że jakby zapytać każdego innego to też by tak mówił. Facet zaoferował specjalną cenę dla Polaków, zresztą w całej Turcji jak się dowiedzą, że mają do czynienia z Polakami to zaraz obniżają ceny. Cena wywoławcza była 2.000 TTL, stargowaliśmy do 1.500.
Dzień 6, środa 7.08, Kapadocja. Okazało się, że decyzja o pojechaniu na wycieczkę była słuszna. Wycieczka trwała cały dzień, obejrzeliśmy podziemne miasto Derinkuyu, dolinę Ihlara, karawanseraj koło Aksaray, nie licząc kilkunastominutowych postojów ,,fotograficznych'' w wielu miejscach. Czterdzieści osób okazało się dwudziestoma, jechaliśmy w dwa dolmuse, ale atmosfera była bardzo przyjemna, byli Australijczycy, Holendrzy, Anglicy i Japończycy. Był z nami anglojęzyczny przewodnik, w cenę wycieczki wliczone były bilety wstępu tam, gdzie trzeba było je wykupić (na przykład w Derinkoyu) oraz całkiem spory obiad. Jeżdżąc domusami zwiedzilibyśmy dużo mniej za te same pieniądze. Do Goreme wróciliśmy około 20.30, po obejrzeniu zachodu słońca z pobliskiej górki.
Dzień 7, czwartek 8.08, koniec Kapadocji, Kayseri. Rano poszliśmy jeszcze do muzeum (Goreme open air museum, wstęp 270 TTL, studenci połowę). W muzeum można obejrzeć kościoły i klasztory wykute w tufie wulkanicznym z przepięknymi freskami. Byłoby ono bardzo fajne, gdyby nie tłum złożony z hałaśliwych francuskich i włoskich wycieczek.
Następnym etapem naszego wyjazdu miała być Syria. Zdecydowaliśmy się przekroczyć granicę największym przejściem -- Cilvogozu-Bab al-Hawa. Jak się okazało nie jest to najlepsze miejsce na wjeżdżanie do Syrii ale o tym później. Cilvogozu leży koło Antakyi, do której niestety nie da się dojechać bezpośrednio z Goreme. Z Goreme jeździ dużo autobusów do Kayseri (co godzinę, 240 TTL), są również autobusy do Stambułu (1.400 TTL), Ankary (700 TTL) i Adany. Zdecydowaliśmy się więc jechać z przesiadką w Kayseri.
Z Goreme wyjechaliśmy o 11.15, podróż trwała około dwóch godzin. Okazało się, że autobus do Antakyi jest dopiero o północy, więc poszliśmy zwiedzać miasto. Około piątej byliśmy już kompletnie znudzeni, przysiedliśmy więc na ławce w parku, przesiedzieliśmy tam ze dwie godziny, po czym zdecydowaliśmy się iść na dworzec. Przed samym odejściem zobaczyliśmy wyglądającego turystycznie samotnego gościa. Zagadnąłem go. Miał na imię Daniel, był Niemcem i wybierał się do Antakyi, a dalej do Syrii, tym samym autobusem, co my.
Wieczorem na dworcu zaczepiła nas dwójka ludzi, pytając nas skąd przyjechaliśmy. Gdy dowiedzieli się, że z Kapadocji zasypali nas pytaniami, bo się tam właśnie wybierali. Zdziwił mnie trochę ich akcent, bo brzmiał znajomo, zapytałem więc skąd są i okazało się, że z Czech. Tak więc resztę wieczoru spędziliśmy na największym dworcowym trawniku na rozmowach polskoczeskoangielskoniemieckich, między innymi o filmach Wajdy.
Gdy podjechał autobus zastanowiło mnie trochę, że na napisane Iskenderun, a nie Antakya. Ale skoro wszyscy twierdzili, że jedzie do Antakyi...
Dzień 8, piątek 9.08, Antakya, Aleppo, Damaszek. Autobus nie jechał jednak do Antakyi, tylko do Iskenderun. Na dworcu w Iskenderun wysiedliśmy, bo nie było innego wyjścia. Poszedłem się kłócić, klienci byli bardzo zaskoczeni, że mamy bilety do Antakyi. Zabrali nam te bilety i kazali siedzieć. W ogóle nie garnęli się do rozmowy. Wydawało się, że będzie trzeba jechać dalej na własną rękę za dodatkowe pieniądze, ale po jakiejś półgodzinie podjechał autobus innej firmy. Facet, który zabrał nam bilety coś tam chwilę pogadał z kierowcą tego autobusu i wzięli nas za darmo.
W Antakyi od razu obleźli nas naganiacze firm autobusowych, oferując kurs do Aleppo za 1.000 TTL. Uznaliśmy że jak za niewiele ponad sto kilometrów jest to trochę za dużo. Powiedziałem, że nie chcę jechać do Aleppo, tylko chcę się dostać dolmusem do granicy. Oczywiście usłyszałem, że tam nie jeżdżą żadne dolmuse, jak koniecznie chcę jechać do granicy, to mogę pojechać ich autobusem za 400 TTL od osoby.
Olaliśmy ich, wzięliśmy plecaki i poszliśmy z dworca. Daniel przyłączył się do nas, chociaż nie wydawał się do końca przekonany, czy faktycznie uda nam się dojechać taniej do Aleppo.
Po przejściu kilkuset metrów zapytałem jakiegoś dziadka o dolmuse do granicy. Oczywiście jeździły -- do Reyhanli, które jest położone dziewięć kilometrów od przejścia granicznego. Zatrzymaliśmy dolmus, kierowca zgodził się podjechać aż pod samą granicę za dodatkowe 500 TTL od wszystkich. Wraz z opłatą za przejazd do Reyhanli wyszło po 200 TTL na osobę (kurs do Reyhanli kosztował 75 TTL, zawsze można było dalej próbować stopa, ale skoro za dolmus nie zapłaciliśmy wiele... I tak wyszło dwa razy taniej niż autobusem, a jakby było nas więcej to wyszłoby jeszcze taniej).
Kierowca podwiózł nas pod samo tureckie przejście. Formalności trwały chwilę. Za przejściem były jeszcze jakieś domy i ostatni posterunek. Obok tego posterunku kran -- a że było południe więc chętnie się trochę umyliśmy. Przy okazji nawiązaliśmy szczerą przyjaźń z kilkoma żołnierzami. My nie mówiliśmy w ogóle po turecku, zaś oni mówili tylko po turecku, wobec tego trudno było się dogadać. Ale za to byli bardzo sympatyczni, pozwolili nam skorzystać z koszarowej latryny.
Niestety z ostatniego posterunku tureckiego widać było tylko drogę donikąd. Okazało się, że syryjskie przejście jest oddalone o trzy kilometry. Byliśmy załamani -- można chodzić z plecakiem, ale w południe na południu to jest to lekki koszmarek. Zdecydowaliśmy się łapać stopa. O dziwo złapaliśmy bardzo szybko. Był to autobusostop. W tym autobusie jechało zaledwie kilka osób, było w nim za to koców co najmniej dla plutonu wojska. Kierowca zatrzymywał się przy każdym posterunku i rozdawał te koce żołnierzom. Gdy dojechaliśmy do właściwego przejścia granicznego nie został im żaden. Ciekawe co oni tak naprawdę przemycali, bo w autobusie oprócz koców nic nie było.
Już na przejściu w Bab alHawa okazało się, że Syria to zupełnie inny kraj niż Turcja. Od razu rzucił się w oczy wielki portret czuwającego ze ściany Assada,. I drobiazgowość kontroli paszportowej -- bardzo bawiło nas, gdy WOPista przepisywał nasze dane po arabsku do wielkiej książki. Miał problemy z wymówieniem naszych imion i nazwisk, imion rodziców a także zlokalizowaniem i zrozumieniem daty wydania mojego paszportu. Problem polegał na tym, że ktoś, zapewne chcąc uniknąć nieporozumień wbił pieczątkę z miesiącem napisanym słownie po polsku. Za to kontroli celnej nie było w ogóle.
Na granicy można wymienić pieniądze, ale po kursie oficjalnym. Oficjalnie dolary wymienia się po 42 funty, na czarnym rynku (w knajpach, sklepach, hotelach, punktach usługowych) po 48-50. Gdy wyszliśmy w końcu z budynku, okazało się, że nasz autobusostop na nas czeka i zawiezie nas do Aleppo. Za darmo. Tak więc po raz kolejny mieliśmy szczęście. Zamiast miliona lirów zapłaciliśmy po dwieście tysięcy.
Odradzam jednak wjazd do Syrii przejściem Cilvogozu-Bab al-Hawa. Po pierwsze dlatego, że dolmus dojeżdza tylko do Reyhanli -- dziewięć kilometrów od granicy i trzeba mu dopłacić albo tupać, po drugie dlatego, że od tureckiej odprawy jest strasznie daleko do syryjskiej, i po trzecie dlatego, że po syryjskiej stronie przejście jest na odludziu i jest się skazanym na stopa. Chyba że się zapłaci za autobus z Antakyi do Aleppo. Jest to rozwiązanie wygodne, ale drogie. My o tym nie wiedzieliśmy, gdybyśmy wiedzieli to wjeżdżalibyśmy do Syrii inną drogą (na przykład w Akcakale). Przy wjeżdżaniu inną drogą należy tylko mieć na uwadze, że inne przejścia są czynne od dziewiątej do piętnastej, tylko to jedno jest całodobowe.
W Aleppo kierowca wysadził nas przy dworcu autobusowym. Pierwsze wrażenie Syria zrobiła na nas nieszczególne -- nic nie wiadomo, nic się nie da przeczytać, nie da się dogadać (potem okazało się że jednak da się bez problemu) i na dodatek oszukują -- chciałem kupić wodę na straganie, pierwszy sprzedawca chciał 50 funtów, a drugi 25. W Damaszku kupowaliśmy taką samą wodę po 15. Na dworcu stał autobus, który wyglądał jak karawan -- szyby miał zasłonięte czarnymi szmatami, które chroniły wnętrze przed słońcem. Autobus jechał do Damaszku, ale gdy chcieliśmy do niego wsiąść to coś nam zaczęli zawzięcie tłumaczyć. Domyśliliśmy się, że trzeba gdzieś pójść kupić bilety, ale zupełnie nie zrozumieliśmy gdzie, dopiero jakiś gość nas zaprowadził. Przy wypisywaniu biletów spisali nas z paszportów. Później okazało się, że spisują przy kupowaniu każdego biletu. Kompletnie zaskoczyło mnie również, że kobieta, która wypisywała bilety płynnie mówiła po angielsku. Znajdźcie u nas na stacji autobusowej czy kolejowej w głębi kraju, a nawet w Warszawie kogoś mówiącego w obcym języku. Nie ma szans, nawet w kasie międzynarodowej na dworcu centralnym w Warszawie. A w Syrii czy w Turcji prawie wszędzie znajdzie się ktoś, kto potrafi przynajmniej powiedzieć parę słów.
W autobusie jechało z nami dwóch Duńczyków i jacyś Włosi. Jak sobie pogadaliśmy w cywilizowanym języku to od razu się ta Syria zrobiła bardziej swojska. W Damaszku Duńczycy pokazali nam tani hotel. I w końcu pierwsze, niefajne wrażenie się jakoś zatarło.
Po Syrii podróżuje się podobnie jak po Turcji. Jest co prawda państwowy przewoźnik -- ,,Karnak'', ale są też firmy w stosunku do niego konkurencyjne. Autobusy tych firm są nieco droższe, ale jeżdżą częściej. O ile na przykład z Damaszku do Palmyry ,,Karnak'' kursuje tylko dwa razy dziennie, o tyle autobusami innych firm można dojechać w ciągu całego dnia. ,,Karnak'' ma zwykle wydzielony dla siebie dworzec, chociaż na przykład w Damaszku dworce ,,Karnaka'' i konkurencji są obok siebie. W Syrii jest też odpowiednik dolmusa -- tu nazywa się to ,,servees taxi'' (właśnie że nie ,,service''). Podobnie jak w Turcji w autobusach się pali, chociaż raz jechaliśmy autobusem dla niepalących, był sporo droższy i często stawał żeby pasażerowie mogli zapalić. Występuje też zjawisko, którego na szczęście nie ma w Turcji -- w autobusach puszczają muzykę. Jest okropna już po trzech minutach słuchania na cały regulator, a autobusem nierzadko jedzie się przez kilka godzin. Jeżeli akurat nie słuchają muzyki to oglądają filmy. Pół biedy jeżeli jest to jakiś amerykański film (puszczają zwykle filmy na których się biją) -- takie filmy mają oryginalny tekst i tylko arabskie napisy, można więc sobie pooglądać jak się rozumie po angielsku. Gorzej jak się trafi na odcinek egipskiej opery mydlanej. Filmy puszczają czasem nawet w dolmusach (będę używał tureckiego określenia, między sobą też tak mówiliśmy). Poza tym nie należy się dziwić kontrolom wojskowym po drodze, ostatecznie jesteśmy w kraju, gdzie jest dyktatura wojskowa. Autobus staje wtedy obok posterunku, do środka wkracza żołnierz, który dostaje listę pasażerów i z ważną miną przechadza się po autobusie przyglądając się wszystkim.
Jak już pisałem spotkani w autobusie Duńczycy zaprowadzili nas do taniego hotelu. Położony jest on w centrum miasta, około 20 minut piechotą od dworca autobusowego. Jest to stara, 3- piętrowa, pofrancuska willa z ,,wypoczynkowym'' dziedzińcem w środku, otoczonym na każdym piętrze balkonami. Był on cały ,,zapełniony'' turystami z całego świata, atmosfera była tam niepowtarzalna. Nocleg kosztował 150 funtów, jeżeli nie ma wolnych miejsc to można przenocować na podłodze za 125. Ale wtedy trzeba się dość wcześnie zwinąć. Niestety nie ma tego hotelu w przewodniku ,,Lonely Planet'', a przynajmniej w tym wydaniu, które ja mam (w tym (1997) roku ukazało się nowe wydanie). Mieści się w okolicy numeru 25 na mapie centrum Damaszku, jego adres jest następujący: Al-Haramain Hotel, Bahsa St., Sarouja, Damaszek, tel. 2319489.
Dzień 9. Sobota, 10.08. Damaszek. Rano poszliśmy do ambasady Jordanii. Okazało się, że Polacy aby dostać wizę muszą czekać na zgodę kogoś z Ammanu, co trwa nawet do sześciu tygodni. Oczywiście nie ma żadnej możliwości aby to przyspieszyć. Byliśmy bardzo wściekli. Na moje twierdzenia, że dzwoniłem do nich z Polski i dowiedziałem się, że bez problemu dostaniemy wizę w ciągu jednego dnia (co było szczerą prawdą) usłyszałem tylko że komuś musiało się pomylić. Gość przyjmujący podania był zresztą wyjątkowo antypatyczny. Rozmowę z nim należałoby chyba zacząć od dania w mordę. Trudno się dziwić naszej wściekłości.
Poszliśmy do konsula. Oczywiście usłyszeliśmy to samo - że on nie może przyspieszyć wędrowania pism do Ammanu, jedyna co może zrobić to wysłać nasze papiery faxem z prośbą o szybsze załatwienie. Kazał się pytać za tydzień. Nie wiem czy faktycznie wysłał te papiery faxem, czy tylko chciał nas spławić. Zreszta nie ma to teraz większego znaczenia. W konsulacie awanturowała się już kilkuosobowa grupa Polaków. Byli to pierwsi Polacy, których spotkaliśmy w Syrii, wydało się nam to czymś niezwykłym. W ciągu kilku następnych dni zmieniliśmy zdanie.
Resztę dnia poświęciliśmy na zwiedzanie Damaszku. Mnie osobiście centrum miasta -- a szczególnie meczet Omayyadów -- bardzo się podobały. Nie da się opisać atmosfery na bazarze (właściwie okolice meczetu to w całości bazar).
Dzień 10. Niedziela, 11.08. Damaszek, Palmyra. Rano pospaliśmy ile się dało i już koło trzeciej ruszyliśmy się w kierunku dworca, aby pojechać do Palmyry. Okazało się, że przez cały dzień są tylko dwa autobusy ,,Karnaka'' -- o 7.00 i 12.30. Ale konkurencja -- właściwie o każdej porze można pojechać prywatnym autobusem.
Bilet kosztował 110 funtów. Jechaliśmy około 3,5 godziny. Zważywszy na fakt, że z Damaszku do Palmyry jest 400 kilometrów, można sobie wyobrazić jak ten autobus jechał. Na miejscu byliśmy mniej więcej o siódmej. Zamieszkaliśmy w pokoju w hotelu ,,Citadel Hotel'' -- za 110 funtów. Było tak tanio dlatego, że pokój mieścił się w piwnicy i miał okno wychodzące na knajpę, co oznaczało hałas do późnej nocy. W bardziej godziwych warunkach najtaniej jest w hotelu ,,New Tourist Hotel'', miejsce kosztuje tam 150 funtów.
Wieczorem w knajpie spotkaliśmy Staszka i Michała, z którymi jechaliśmy z Polski. Zwiedzili oni Nemrut Dag oraz północną część Syrii i następnego dnia rano jechali do Damaszku złożyć podania o wizy jordańskie. Spotkaliśmy również trójkę Polaków -- małżeństwo z dzieckiem -- podróżującą samochodem. Dowiedzieliśmy się od nich, że w Syrii nie znają benzyny bezołowiowej, wiec nawet jak się ma katalizator to trzeba jeździć na normalnej. Przez dużą część wieczoru większość osób w knajpie rozmawiała po polsku.
Dzień 11. Poniedziałek, 12.08. Palmyra. Wstaliśmy około 7.30. Zwiedzanie rano, przed nastaniem skwaru, było całkiem przyjemne. Ruiny imponują swoją wielkością, może dlatego, że byliśmy tam prawie sami? Można je może porównać do Efezu, ale w Efezie są straszne tłumy. Dopiero koło dziewiątej zaczęły się pojawiać autokarowe wycieczki.
Większość ruin zwiedza się za darmo, zapłacić trzeba tylko za wstęp do świątyni Baala. Płaci się zwyczajową w tym kraju stawkę -- dorośli 200 funtów, studenci (posiadający ISIC) 25. Jest to największa ulga, jaką widziałem w życiu.
Około 11 poszliśmy wylegiwać się w pokoju -- skwar na dworze stał się nie do wytrzymania. Wieczorem, gdy zrobiło się chłodniej, poszliśmy na zamek, z którego roztacza się panorama na ruiny, oazę, miasto i spory kawał pustyni. W drodze powrotnej spotkaliśmy kolejne sześć osób z Polski. Spotkani Polacy opowiedzieli nam, ze słyszeli od kogoś, że jest podobno Polak, który dostał w Stambule jordańską wizę, dzięki temu, że miał papier z uczelni, że studiuje archeologię. Wieczorem poszliśmy do tej samej knajpy co poprzedniego dnia spróbować mensaf. Jest to beduińska potrawa, składająca się z ryżu, kurczaka, orzechów, migdałów i doprawionego na ostro białego sera ze śmietaną. Pyszne.
Dzień 12. Wtorek, 13.08. Deir Ez-Zur, Doura Europos. Rano (około jedenastej) wsiedliśmy do autobusu ,,Karnaka'' do Deir Ez-Zur. Autobus ten wyjeżdża z Damaszku o siódmej. Na miejscu byliśmy nieco po trzynastej. Z Palmyry do Deir Ez-Zur jest około 200 kilometrów, jedzie się przez pustynię, raz na kilkadziesiąt kilometrów mijając osiedla Beduinów. W pewnym momencie autobus został zatrzymany przez dwóch facetów w arafatkach, którzy pozostawili na poboczu ciężarówkę, zabierając ze sobą tylko jakąś -- zapewne zepsutą -- jej część.
Rozgościliśmy się w hotelu ,,Damas''. Według przewodnika nocleg miał kosztować tu tylko 45 funtów. Niestety ceny się zmieniły: pokój 2osobowy kosztuje 325, 3osobowy 425, zaś 4osobowy 525 funtów. W hotelu tym jest tak potworny syf, że trudno opisać. W ogóle prowincja znacznie różni się od stolicy, o wiele więcej tu śmieci, zaś turysta jest o wiele dziwniejszym zjawiskiem niż w Damaszku. Gdy szliśmy ulicą goniły nas tabuny dzieci krzyczące ,,hello'', stawało się to coraz trudniejsze do wytrzymania. Gdy wyciągnąłem aparat zebrała się wokół mnie spora grupa Arabów, żeby im robić zdjęcia. Czułem się tam jakby trochę ,,off the beaten track''. Temperatury są znacznie wyższe (w każdym razie nam wydawało się, że są znacznie wyższe) niż w Damaszku.
Około trzeciej po południu pojechaliśmy do Doura Europos. Dworzec ,,dolmusowy'' jest około dwóch kilometrów od hotelu, przy szosie Abu Kamal Aleppo. Stamtąd też wyruszają autobusy dalekobieżne. ,,Karnak'' na swój dworzec bliżej centrum miasta, ale autobusów jeździ stamtąd bardzo niewiele.
Za półtoragodzinną jazdę dolmusem zapłaciliśmy po czterdzieści funtów. Jazda była niezbyt przyjemna -- przy zamkniętych oknach było strasznie duszno, przy otwartych do środka wpadało rozżarzone powietrze, które przyło w ryja. W dolmusu puszczali jakiś kiczowaty film typu ,,karate'' z arabskimi napisami. Niestety długość filmu była chyba obliczona na całą trasę do Abu Kamal, bo nie obejrzeliśmy, zapewne najbardziej fascynującej, końcówki. Zostaliśmy wysadzeni -- na pierwszy rzut oka -- na środku pustyni. O tym, że sięga tu jakaś cywilizacja świadczyła tylko szosa i napowietrzna linia telefoniczna.
Ruiny twierdzy znajdują się około dwóch kilometrów od szosy, nad samym Eufratem. Warto tam pojechać, bo widok na rzekę z 90metrowej skarpy jest naprawdę imponujący. Ruiny były zupełnie puste, nie licząc ciecia z motorowerem, który stał przy bramie i pobierał ,,baksheesh''.
Z powrotem do Deir Ez-Zur wróciliśmy mikrobusostopem. Łapaliśmy około trzydziestu minut. Nie jechał przez ten czas żaden dolmus, zatrzymał się tylko jakiś Arab z Kuwejtu (w pobliskim Abu Kamal jest przejście graniczne z Irakiem), aby nas przeprosić, że nie może nas zabrać, ale ma cały samochód wypełniony żonami i dziećmi. Zabrał nas jakiś facet, który jechał prywatnie mikrobusem.
W drodze powrotnej drogę ,,przebiegło'' nam stado wielbłądów. Pierwszy raz widziałem wielbłądy, które nie służą do tego, aby sadzać na nich chcących się sfotografować bogatych turystów. Staliśmy chyba z dziesięć minut czekając, aż przejdą przez szosę.
W nocy było strasznie gorąco. Niewiele pomagał kręcący się niemrawo w pokoju wentylator. Pewną ulgę przynosiło położenie na sobie bardzo mokrego ręcznika. Dopóki nie wysechł, oczywiście. Postanowiliśmy, że następnego dnia pojedziemy do pustynnej twierdzy Ar Rusafeh.
Dzień 13. Środa, 14.08. Deir Ez-Zur, Damaszek. Już w drodze na dworzec musieliśmy zmieniać plany. Yagę chyba trochę przypiekło na pustyni (mimo chustki na głowie!) i przy dużych dolegliwościach żołądkowych i wysokiej temperaturze zupełnie nie nadawała się na włóczenie po pustyni. Postanowiliśmy więc jechać do Damaszku, aby tam, jeżeli się jej nie poprawi, pójść do lekarza. Do lekarzy w Deir Ez-Zur jakoś nie mieliśmy zaufania, liczyliśmy na to, że w polskiej ambasadzie znają jakiegoś dobrego lekarza, który rozumie po angielsku. Na dworcu autobusowym ,,Karnaku'' okazało się, że do Damaszku jeździ tylko jeden autobus - o siódmej rano. Poszliśmy więc na dworzec ,,prywaciarzy''.
Bilety kupiliśmy po 110 funtów. Cena mnie zaskoczyła, bo za bilety z Damaszku do Palmyry też płaciliśmy po 110, ale w tym kraju wszystkie ceny, nawet w sklepach, są umowne. Gdy kupowaliśmy bilety kazali nam dac paszporty, po czym przyszedł jakiś gość w cywilu i zabrał je do pomieszczenia z napisem ,,police'', gdzie obejrzeli je dokładnie razem z jakimś mundurowym. Oddał nam je po kilku minutach. Widocznie nie wzbudziliśmy podejrzeń.
Podróż minęła bez większych sensacji.
W Damaszku zamieszkaliśmy w tym samym hotelu, co poprzednio. Większość gości hotelowych stanowili Polacy. Oprócz nas Staszek i Michał, oraz szóstka Polaków spotkanych przez nas w Palmyrze oraz mityczny student archeologii z jordańską wizą.
Dzień 14. Czwartek, 15.08, Damaszek. Pierwsze kroki rano skierowaliśmy do ambasady jordańskiej. Oczywiście wiz brak. Staszek z Michałem było poprzedniego dnia w polskiej ambasadzie prosząc o pomoc w ich załatwieniu. Dowiedzieli się, że Polska i Jordania prowadzą coś w rodzaju wojny dyplomatycznej -- polega to na utrudnianiu obywatelom życia - na przykład w postaci (nie)wydawania wiz.
,,Szczęśliwi'' pojechaliśmy do Crac des Chevaliers. Autobus ,,Karnaka'' do Homs kosztował 50 funtów, stamtąd dolmus na samo miejsce 25 funtów. Zamek sprawia duże wrażenie (bilety jak zwykle -- studenci 25, nie-studenci 200 funtów).
Wymyśliliśmy sobie, że pojedziemy do Latakii, żeby sprawdzić, czy nie ma przypadkiem jakichś statków do Egiptu (w przewodniku było napisane, że był, ale jest remontowany i ma zacząć znowu pływać lada dzień). Spod zamku pojechaliśmy do szosy HomsTartus za 25 funtów (tyle ile do Homs, ale jest to zrozumiałe, na szosie kierowca pewnie nie złapie pasażera, więc nie opłaca mu się brać mniej), potem pojechaliśmy do Tartus ,,kolorowym autobusem'' za 15 funtów.
O kolorowych autobusach jeszcze nie pisałem. Jest to najtańszy publiczny środek transportu w Syrii. Są to niewielkie autobusy zabierające około 30 pasażerów. Strasznie zasyfione, jeżdżą nimi najbiedniejsi. Nie jest rzadkim widokiem dziadek plujący na podłogę.
Z Tartus pojechaliśmy z przesiadką do Latakii za 25+10 funtów), tam dowiedzieliśmy się, że nie ma statków do Egiptu, wróciliśmy do Damaszku dość drogo (za 150 funtów), ale za to autobusem dla niepalących! W środku nie palili, ale często były przerwy na papierosa. W hotelu byliśmy około drugiej.
Dzień 15. Piątek, 16.08, Bosra. Piątek, więc wszystko, przede wszystkim ambasada zamknięte. Z łóżek wstaliśmy niewiele po południu i już koło trzeciej pojechaliśmy do Bosry. Bosra leży z boku szosy DamaszekAmman, przy granicy jordańskiej, w Damaszku powiedzieli nam że jeździ tam tylko ,,Damas Tour'' (dość drogi przewoźnik), później, w Bosrze okazało się, że nie tylko, bilet kosztował 50 funtów.
Jechaliśmy około dwóch godzin. Gdy wysiadaliśmy zapytałem gościa, kiedy będzie wracał, odpowiedział, że o ósmej. Mieliśmy około trzech godzin, więc nie spiesząc się wszystko sobie obejrzeliśmy. Koło siódmej siedliśmy w knajpie, w miejscu, w którym wcześniej nas wysadzono. Czekaliśmy do dziesięć po ósmej, a ponieważ autobusu nie było więc ruszyliśmy się w kierunku, z którego miał nadjechać. Po mniej więcej stu metrach było biuro oferujące dolmuse do Damaszku. Zaoferowało o 22.30, twierdząc że nic innego już do Damaszku nie będzie. Pytani o ,,Damas Tour'' stwierdzili, że już pojechał -- dziwne to, bo nie mógł nas nie minąć. Chcąc niechcąc kupiliśmy bilety na 22.30 i zrezygnowani wróciliśmy do knajpy. Dolmus podjechał o dziewiątej przerywając nam picie herbatki. Cała Syria.
Dzień 16. Sobota, 17.08, Damaszek, Hama. Rano poszliśmy do ,,Immigration Office'', bo ktoś powiedział, że podobno tam można załatwić wizę libańską. Oczywiście była to bzdura -- zresztą jakby się głębiej zastanowić do doszłoby się do wniosku, że to jest bzdura i bez chodzenia. Tak czy inaczej nie udało nam się wypełnić wolnego czasu Libanem. Później poszliśmy do ambasady jordańskiej. Znów to samo -- ,,weźcie wy się odp...'' -- tylko trochę uprzejmiej. Poszliśmy jeszcze raz do konsula. Twierdził, że wysłał fax do jakiegoś ministra w Ammanie, ale nie dostał jeszcze odpowiedzi, że wyśle jeszcze jeden i żebyśmy wrócili za trzy dni. Trudno było stwierdzić, czy łże czy nie, ale po przeliczeniu czasu jaki nam został uznaliśmy że prawdopodobieństwo tego, że wizy będą we wtorek jest za małe żeby czekać i postanowiliśmy zacząć się powoli wycofywać w kierunku Polski.
Wyruszyliśmy więc do Hamy. Nocleg znaleźliśmy w hotelu ,,Riad'' na dachu, po 125 funtów (noc w pokoju kosztuje 240). Na dachu są łóżka z pościelą i łazienka z prysznicem. Tylko zegar na wieży obok strasznie się tłucze przez całą noc.
Warto pojechać do Hamy aby obejrzeć nurie. Szkoda tylko, że nabrzeża obok najfajniejszych -- poczwórnych są zajęte przez strasznie drogie knajpy (kola za 65 funtów to, jak na warunki syryjskie spora przesada).
Dzień 17. Niedziela, 18.08, Afamia, Aleppo. Postanowiliśmy pojechać do Latakii, żeby się pobyczyć nad morzem. Z Hamy dolmuse jeżdżą tylko do Suquaylabiyah (20 funtów). Stamtąd są dolmuse do Latakii, ale bardzo rzadko, następny miał być dopiero o 12.30. Gdy policzyliśmy czas to wyszło nam, że jak dotrzemy do Latakii i znajdziemy hotel to już trzeba będzie iść spać. Więc daliśmy sobie spokój i pojechaliśmy tylko zobaczyć ruiny w Afamii. Gość zdarł z nas za dolmus 15 funtów, zawiózł nas co prawda pod same ruiny, ale to tylko kilometr od wsi a normalna taryfa do wsi jest 5 funtów.
Warto tam pojechać, jeżali się ma zniżkę studencką. Nie-studenckie 200 funtów to trochę za dużo, studenckie 25 jest w sam raz.
Po obejrzeniu ruin pojechaliśmy z powrotem do Suquaylabiyah, następnie do Hamy i dalej do Aleppo. Postanowiliśmy pojechać na Nemrut Dag w Turcji. Najlepsze do tego celu wydało nam się przejście graniczne Quamishle/Nusaybin, wysunięte najdalej na wschód w Syrii, już w prawdziwym Kurdystanie. Kupiliśmy zatem bilety do Quamishle na autobus odjeżdżający o północy i poszliśmy zwiedzać miasto.
Po ponad tygodniu jeżdżenia po Syrii z przerażenia, jakie przeżywaliśmy wjeżdżając tutaj nie pozostało już ani śladu. Miasto okazało się bardzo ciekawe. Nie weszliśmy niestety do zamkniętej już cytadeli, a szkoda.
Dzień 18. Poniedziałek, 19.08, Quamishle -- Kahta. W Quamishle byliśmy około szóstej rano. Po krótkim poszukiwaniu poczty, potem dłuższym poszukiwaniu skrzynki pocztowej (żeby wrzucić ostatnie kartki z Syrii -- o dziwo doszły), poszliśmy na przejście graniczne. Przejście było nieczynne, miało się otworzyć o dziewiątej. Wywołaliśmy sporą sensację. Gdy pojawiliśmy się na przejściu był tam tylko jeden żołnierz, który obejrzał sobie co Michał ma w plecaku, potem schodzili się następni i żaden nie omieszkał sobie z nami pogadać. Brak u nich znajomości angielskiego a u nas arabskiego bardzo utrudniał wzajemne zrozumienie, ale nie utrudniał konwersacji. O dziwo wszyscy prosili, żeby im dawać mapę Syrii albo Turcji -- może mapy to u nich towar deficytowy.
Syryjska odprawa trwała tyle co zwykle. Czyli dość długo, bo przecież trzeba dane z naszych paszportów przepisać po arabsku do wielkich książek. A nie jest to proste, szczególnie w przypadku starych paszportów, gdzie nie ma słowa po angielsku.
Za to turecka odprawa trwała dużo dłużej niż zwykle. Najpierw celnicy przetrzepali nam plecaki. Potem czekaliśmy ponad pół godziny na wizy. Nie były to samoprzylepne karteczki, jak na uczęszczanych przejściach, ale stemple wypełniane ręcznie. Nasze wizy miały numery w okolicach trzydziestu. Jeżeli wydali tylko tyle wiz nawet od początku roku, to nie dziwię się, że wzbudziliśmy tam sensację. Przejście to w ogóle nie jest zbyt ruchliwe, przez półtorej godziny naszego przebywania tam przejechały tylko dwa samochody i taczka oraz przeszło kilkunastu pieszych.
Za przejściem był posterunek wojskowy. Jeszcze raz sprawdzili nam paszporty i -- tym razem dokładniej -- zawartość plecaków. I nareszcie koniec granicy. Znaleźliśmy się w środku tureckiego Kurdystanu. Wszędzie wojsko i policja, jakoś tak nieprzyjemnie. Ale oprócz dużej ilości wojska Nusaybin niczym się nie różni od innych miast. Za to jak poszedłem do konika wymienić resztki syryjskich funtów na liry, na moje tureckie ,,dziękuję'' facet odpowiedział ,,don't speak Turkish to me, I'm. Kurd''. Poczułem się nieswojo, przeprosiłem i się zmyłem.
W Nusaybin nie ma również problemu z wymianą dolarów, czy spieniężeniem czeków albo kart, jest tam kilka banków. Syryjskie funty można wymienić u koni. Teoretycznie nie wolno lirów wywozić z Syrii w ogóle (głoszą to tablice na przejściach granicznych), ale mi zostało tylko około 3$, przecież nie wyrzucę tego do śmieci.
Rozstaliśmy się z Michałem i Staszkiem. Oni jechali stopować gdzieś we wschodniej Turcji. Umówiliśmy się w Edirne na wspólny powrót we wtorek za tydzień na dwunastą w Edirne i pojechaliśmy dolmusem do Mardin (za 100 TTL), ani zaś poszli w kierunku rogatek miasta łapać stopa.
Dalej pojechaliśmy do Sanli Urfy (autobus, 400 TTL), Adiyaman (dolmus, 170 TTL) i Kahty (20 TTL). W Kahcie zanocowaliśmy w hotelu Kommagene, który polecali nam Staszek i Michał. Nocleg kosztował 250 TTL w pokoju i 150 na dachu. Byłu to podobno ,,specjalne ceny dla Polaków''. Gość twierdził, że parę dni wcześniej było u niego dziesięć osób z Polski. Na wszelki wypadek nie uwierzyliśmy.
Właściciel hotelu organizuje też wycieczki na górę Nemrut. Za taką wycieczkę należy zapłacić około czterech milionów lirów za minibus. My jechaliśmy we czwórke (z jednym Japończykiem), więc kosztowała nas ona po milionie. Po długich targach właściciel zgodził się zapłacić za bilety wstępu (270 TTL dla nie-studentów, 135 dla studentów). Nie bardzo da się dostać na górę inaczej niż z wycieczką, podczas gdy tam byliśmy przejechało tam tylko kilka samochodów, w większości pełnych, mała jest więc szansa na stopa. Wycieczka była ,,na zachód słońca'', miała się rozpocząć następnego dnia o trzynastej.
Dzień 19. Wtorek, 20.08, Kahta. Rano poszedłem sprawdzić autobusy. Z Kahty można pojechać do Ankary (1.200 TTL), Stambułu (1.800 TTL) i Antalyi (1.600 TTL). Do Antalyi jest tylko jeden autobus, o jedenastej rano. Kupiliśmy bilety na następny dzień.
Na Nemrut naprawdę warto pojechać. Posągi na szczycie góry robią wrażenie. Po drodze można zobaczyć parę innych rzeczy, na przykład rzymski most, czy ruiny Eski Kale, oraz wykąpać się w strumieniu.
Dzień 20. Środa, 21.08, droga do Antalyi. Jedziemy do Antalyi. Przejazd trwa około 18 godzin (jest to prawie 1000 kilometrów).
Dzień 21. Czwartek, 22.08, Thermessos, Fethiye. Jesteśmy na miejscu około szóstej rano. Wybieramy się do Thermessos. Najpierw należy pojechać na ,,wylot'' drogi do Thermessos każdym autobusem jadącym do Fethiye krótszą drogą (nie nad morzem), stamtąd jest jeszcze około dziesięciu kilometrow do przejścia albo przejechania taksówką (1.000 TTL za cała taksówkę po długim targowaniu). Miasto jest jednak warte nawet znacznie większych kosztów. Jest to jedno z najciekawszych miejsc jakie widziałem w Turcji.
Wróciliśmy do Antakyi po plecaki i pojechaliśmy do Fethiye (450 TTL). Na dworcu już byli właściciele pensjonatów oferujący noclegi po 500 TTL, twierdząc że to absolutnie najtaniej w Fethiye. Poniewać to ,,najtaniej'' wydało nam się dość drogie, więc olaliśmy ich i poszliśmy w kierunku portu. W pierwszym pensjonacie, do którego zaszliśmy (nieco w bok od głównej ulicy, ale były drogowskazy) dostaliśmy nocleg za 300 TTL, pod warunkiem, że zostaniemy przez dwie noce, bo jeżeli tylko na jedną noc, to 350 TTL. Był to ,,Stad Pansiyon''.
Dni 22-23. Piątek-Sobota, 23-24.08. Oprócz pójścia na plażę i zwiedzenia grobowców nad miastem nie robimy nic specjalnego. Przyczynił się do tego mój chory żołądek i zmęczenie po trzech tygodniach ciągłego jeżdżenia.
Dzień 24. Niedziela, 25.08, Pamukkale, Selcuk. Rano o dziewiątej pojechaliśmy do Pamukkale. Bilety kosztują 500 TTL (można pojechać za 450 TTL do Denizli i stamtąd za 30 na górę).
Po obejrzeniu potwornie zatłoczonych ,,platform'' i o wiele ciekawszych wykopalisk wróciliśmy do Denizli, a stamtąd pojechaliśmy do Selcuk. Byliśmy tam już w zeszłym roku przy okazji zwiedzania Efezu. Nie pojechaliśmy wtedy do Prieny i Miletu, co chcieliśmy teraz nadrobić. Po wyjściu z autobusu otoczyła nas czereda naganaczy, jeden z nich twierdził, że u niego jest dziesięciu Polaków. I tym razem wydało nam się to mało prawdopodobne -- takie stado? My poszliśmy jednaj do pensjonatu, gdzie byliśmy w zeszłym roku. Nie było niestety miejsc w pokojach, więc postanowiliśmy przenocować na dachu za 500 TTL za wszystkich. Miejsca w pensjonatach w Selcuk kosztują 350-500 TTL od osoby.
Wieczorem poszliśmy na dworzec, żeby znaleźć wycieczkę do Prieny, Didimy i Miletu. Z boku padło ,,tradycyjne'' pytanie: ,,where are you from?''. Standardowo odpowiedzieliśmy ,,Polonya'', na to pytający zaczął wrzeszczeć w kierunku oddalających się na horyzoncie dwóch facetów: ,,Polonya, Polonya, your friends here!!''. Oni na to odwrócili się i zaczęli iść w naszą stroną -- a my cóż, poczekaliśmy. Głupio przecież uciekać na widok rodaków. Gdy podeszki okazało się, że jest to fragment naszego klubowego obozu (w góry Rumunii!), mało tego -- jeden z nich mieszka obok mnie w akademiku. Nieduży ten świat...
Dzień 25. Poniedziałek, 26.08, Priena, Milet, Didima. Jedziemy na wycieczkę dolmusową do Prieny, Miletu, Didimy i na plażę. Najbardziej podobał mi się Milet, może dlatego, że był prawie zupełnie pusty. Za to plaża jest obleśna. Potworny tłum i bardzo wysokie ceny. Za wycieczkę zapłaciliśmy 1.000 TTL od osoby. Wieczorem wyjechaliśmy z Selcuk autobusem do Edirne za 1.200 TTL.
Dzień 26. Wtorek, 27.08, powrót. W Edirne jesteśmy około ósmej. Na dwunastą jesteśmy umówieni ze Staszkiem i Michałem, nie liczymy za bardzo, że przyjadą, w końcu byli gdzieś przy granicy Irańskiej ale ku naszemu zdziwieniu pojawiają się punktualnie.
Na granicę jedziemy dolmusem. Zdarli z nas 60 TTL zamiast 40, pod pozorem konieczności wzięcia opłaty za bagaże. To już chyba taka reguła, że wyjeżdżając z Turcji przepłacamy za dolmus, w zeszłym roku było tak samo. Po bułgarskiej stronie przejścia wymieniamy resztki tureckich lirów. W Kapitan Andriejewo jesteśmy o trzeciej po południu. Autobus do Swilengradu ma być o wpół do szóstej. O wpół do piątej podjeżdża jakiś autobus, który zabiera nas na stację kolejową. Kierowca wziął od nas po 100 lewa, nie dając żadnych kwitów.
Na dworcu okazało się, że za chwilę odjeżdża pociąg do Płowdiw (planowy odjazd o 16.50). Bilety kupujemy u kanara za 770 lewa (do Widin, jest to o około 100 lewa drożej niż kosztowały bilety w przeciwną stronę, nie wiem niestety czy to był haracz za wypisanie, czy podnieśli ceny). W Płowdiw mamy dziesięciominutową przesiadkę na ekspres do Sofii. Bilety mamy na pospieszny, więc musimy dopłacić kanarowi. Kanar powiedział, że dopłata kosztuje 130 lewa od osoby, po czym wziął po 60 w łapę i poszedł sobie. W Sofii po dwóch godzinach był osobowy do Widin. Był pusty, więc sobie pospaliśmy.
Dzień 27. Środa, 28.08, powrót. W Widin jesteśmy około siódmej rano. Do przystani promowej jeździ autobus numer 1, który powinien odjeżdżać co godzinę, niestety nie ma żadnego rozkładu jazdy. Gdy pojawiliśmy się na przystanku, autochtoni twierdzili, że autobus będzie za 10 minut, ale przyjechał za godzinę. Inne autobusy przejeżdżały w tym czasie kilkakrotnie.
Odprawa graniczna przeszła szybko, prom stał po naszej stronie, więc szybciutko zajęliśmy miejsca. A prom stał i stał i stał... aż odpłynął tuż przed jedenastą.
Rumuńska odprawa też poszła bardzo szybko. Nie dało się niestety wymienić resztek lewa, na szczęście większość z nich wydaliśmy w sklepie przy przejściu granicznym na wino ,,Sofia'', które kosztowało tam po około 5 złotych za butelkę.
O 12.00 odjeżdżał z Calafat pociąg do Craiovej. Bilety kosztowały 3.500 lei, pani dała nam poczytać rozkład kolejowy, z którego dowiedzieliśmy się, że z Craiovej bez problemu możemy pojechać rapidami do Timisoary i stamtąd do Aradu, ale dalej do Oradei nie będzie żadnego pociągu przez siedem godzin. Po analizie mapy i rozkładu zdecydowaliśmy się nie siedzieć w Aradzie, tylko pojechać stamtąd na drogowe przejście graniczne Nadlac/Nagylak. Uważalimy, że to niekorzystne, bo wymagało dłuższej jazdy przez Węgry, za którą wydawało nam się że zapłacimy majątek. Jak się później okazało niesłusznie, przejście to jest chyba najlepsze jeżeli się jedzie gdzieś na południe.
W Craiovej udaje nam się kupić bilety na rapid do Aradu i miejscówkę do Timisoary -- w Craiovej nie da się kupić miejscówek z Timisoary do Aradu, można to zrobić dopiero w Timisoarze. Nie kupiliśmy tam miejscówek, bo nie zdążyliśmy, pociąg już był podstawiony. Kupiliśmy u kanara ,,supliment'', dość drogo, bo za 2.000 lei. W Aradzie za 1.500 lei kupiliśmy bilet do Nadlac, przesiadka zajęła nam pół godziny. Przez całą Rumunię przejechaliśmy jak po sznurku, wyszło nam trochę drożej niż w tamtą stronę -- 21.800 lei zamiast 15.800, ale przecież wtedy jechaliśmy prawie samymi osobowymi, a teraz rapidami. Za ,,luksus'' trzeba płacić.
Od stacji kolejowej w Nadlac do przejścia granicznego trzeba przetuptać około 3 kilometrów przez miasteczko, za to po węgierskiej stronie przystanek kolejowy jest przy samym przejściu. Odprawa trwała bardzo krótko, jak zwykle.
Dzień 28. Czwartek, 29.08, powrót. Pociąg z Nagylak odjeżdżał dopiero o 3.26, czekaliśmy więc około półtorej godziny. Przez ten czas ugotowaliśmy sobie zupkę i herbatkę. Bilety kupiliśmy u kanara -- my z Yagą do Budapesztu, za 988 forintów, Michał, Staszek i Przemek do Balassagyarmat za 1284 forinty. Balassagyarmat to miasteczko położone przy granicy słowackiej, znajduje się tam przejście graniczne (po słowackiej stronie nazywa się ono Slovenske Darmoty), jest ono niedaleko Budapesztu, niestety nie ma kolei po słowackiej stronie, ale kursują autobusy do Sah, a stamtąd można dalej pojechać pociągiem. Wracając teraz jechałbym jednak na przejście w Komarom/Komarno, jest podobne do Cieszyna po dwóch stronach granicy położone jest jedno miasto, z obu stron dochodzi linie kolejowa. Z Komarno można dalej pojechać przez Nove Zamky i Trnavę do Ziliny. Bilet przez Węgry przy takim wariancie kosztuje tylko o dwa dolary więcej niż wariantem przez Biharkeresztes, a nie trzeba wędrować sześciu kilometrów i jedzie się krócej przez Słowację i Rumunie, więc różnica w cenie się zwraca.
Z Nagylak pociąg jechał do Szegedu, a właściwie do stacji Uj-Szeged, która znajduje się po przeciwnej stronie Cisy niż centrum. Przez Cisę nie ma mostu kolejowego, więc aby pojechać na przykład do Budapesztu, trzeba przejechać na stację Szeged autobusem miejskim za 100 forintów.
W Budapeszcie rozstaliśmy się z chłopakami, zostaliśmy sobie tam na kilka dni.