Wycieczka w Beskid Huculski
27 kwietnia - 5 maja 1996

Ten tekst to krótki opis wyjazdu zorganizowanego przez Pawła Pontka i Wojtka Chemijewskiego z Akademickiego Klubu Turystycznego "Maluch" z Warszawy.

Z lewej u góry cała nasza ekipa (16 osób) plus spotkany po drodze ukraiński turysta (jedyny podczas całego tygodnia).


Z Warszawy wyjechaliśmy autobusem jadącym do Kałusza o 17.15 z Dworca Centralnego (autobusowy dworzec centralny jest obok kolejowego Dworca Zachodniego). Bylo nas szesnaście osób, więc aby mieć pewność że wsiądziemy bilety kupiłem dwa dni wcześniej (po 35,70 zł). Autobusem tym dojechaliśmy do Stanisławowa (obecnie Iwano-Frankiwsk) o około ósmej rano. Tam miejskim autobusem pojechaliśmy na dworzec kolejowy, skąd mieliśmy pociąg do Rachowa około dziewiątej. Bilety do Mikuliczyna kosztowały 200 tys. kuponów (1$ około 180 tys. kuponów, pieniądze można wymienić na granicy, w miastach jest dużo kantorów). Wsiąść do pociągu nie było łatwo - była sobota rano i pół miasta jechało na działki. Na szczęście większość pasażerów wysiadła na kilku pierwszych przystankach. W Mikuliczynie byliśmy około południa. Z kupnem chleba nie było problemów, pomimo że była sobota - goście sprzedawali chleb z ciężarówki.
Widok skądś na coś (pewnie na Doboszankę)

W Mikuliczynie obejrzeliśmy bardzo ładną cerkiew, wypilismy sok i zjedliśmy ciasteczka (kupione w miejscowym sklepie). Potem weszliśmy w góry. Nie będę się rozpisywał podając szczegółową trasę dzień po dniu, bo po pierwsze nie pamiętam, a po drugie nie jest to specjalnie interesujące. Tak mi się przynajmniej wydaje. Generalnie przeszliśmy przez Leśniów (1255), Bukowinkę (1257), Hordje Dobro (1353), Kopiec (1349) (nazwy szczytów i ich wysokości podaję za WIG-ówkami). Przeszliśmy przez szosę Worochta - Żabie i weszliśmy na Kostrzycę (1586). I spadliśmy do Worochty.
Widok na grań Czarnohory, gdzieś spod Kostrzycy

Ta trasa, w lecie pewnie trzydniowa, zajęła nam około tygodnia, przede wszystkim ze względu na głęboki, mokry śnieg zalegający wszędzie z wyjątkiem niezalesionych grani. A że większa część grani była zalesiona, więc szło się bardzo powoli.

Po pochodzeniu po górach zachciało nam się przez dwa dni pozwiedzać. Do Worochty zeszliśmy rano (wstaliśmy bardzo wcześnie) - gdzieś na siódmą. Niestety pociągu do Kołomyi nie było, był tylko do Stanisławowa (około dziesiątej). Poczekaliśmy, wsiedliśmy, zasnęliśmy. Na szczęście był pusty. Gdy po godzinie się obudziłem pociąg ciągle stał w Worochcie, a głos z głośnika mówił właśnie: "Informujemy że pociąg będzie stał jeszcze godzinę". Ni mniej ni więcej.

To był często jedyny możliwy sposób żeby posywać się na przód

W końcu dojechaliśmy do Stanisławowa. Od razu kupiłem bilety do Lwowa. Płackartny (kuszetka bez przedziałów) kosztował 550 000 kuponów od osoby, pociąg odjeżdżał koło pierwszej i przyjeżdżał do Lwowa koło ósmej (przpraszam, że informacje są tak niedokładne, ale nie robiłem notatek i nie pamiętam dokładnych godzin). Z kupnem biletów nie było żadnych problemów - o dziwo. Można było nawet bez problemu kupić bilety do Kijowa, na pociąg, który odjeżdżał za chwilę.

W porównaniu z rokiem 93-cim, kiedy byłem na Ukrainie poprzednio sporo się zmieniło. Wszędzie są kantory wymiany walut, nie ma koników. W sklepach jest dużo więcej niż było, dużo towarów z Polski. Ceny takie jak u nas (z wyjątkiem wódki - ta dalej prawie za darmo, no i biletów kolejowych).

Czas odejść z gór ...

We Lwowie, jak już wspomniałem, byliśmy koło ósmej rano. Od razu pojechaliśmy na dworzec autobusowy, żeby sprawdzić czy da się pojechać do domu. Autobusy do Warszawć są trzy: jeden o dziewiątej rano i dwa wieczorem. Ranny autobus pojechał pustawy, na wieczorne nie było już biletów. Oprócz tego był jeden autobuś do Lublina (o 16.00) oraz mnóstwo do Przemyśla. Ostatecznie kupiliśmy bilety do Lublina za 1 400 000 kuponów (około 7$). Autobus nie był zapchany.
Pomnik Mickiewicza w Stanisławowie

Mapy:

Jeżeli ktoś ma jakieś pytania to niech się nie krępuje i pisze.

Wojtek Chemijewski